Manifest Seweryna
Osiemdziesiąt lat skończył 25 kwietnia Andrzej Seweryn. Dzień wcześniej na „jego” scenie, czyli w warszawskim Teatrze Polskim którego jest dyrektorem, premiera „Horacjusza” w reżyserii samego Mistrza. Co chce powiedzieć swoją inscenizacją tekstu Corneillea Andrzej Seweryn współczesnemu teatrowi?. Bo takie pytanie z okazji jubileuszu i wagi siedemnastowiecznego tekstu - wydaje się uzasadnione.
Seweryn mówi wyraźnie o swoim postrzeganiu teatru. Jego fundamentalnej wizji. Ten „Horacjusz” jest spektaklem ultra klasycznym i ultra konserwatywnym. Nie ma w nim niczego, co szaleje po współczesnych scenach. Nie usłyszymy kwakania mikroportów, nie oślepią nas ledowe lampy, nie będziemy zastanawiać się czy kupiliśmy bilety do teatru czy kina. Nie ma biegających tabunów dzieci, osób niepełnosprawnych, wielopłciowych i innych, którym przebojowość i moda zastępują talent i dyplom aktorski. Jest teatr. Czysty. I co dalej?
Tu zaczynają się schody. Bo sztuka gdy nie ewoluuje przestaje nadążać za epoką. Staje się pustym dźwiękiem epigona. „Horacjusz” to głos ważny. Paradoksalnie, w szalonych naszych czasach teatralnego laboratorium, jawi się jako eksperyment. Wehikuł, na którego pokładzie widz warszawskiego teatru kwietnia 2026 roku zostaje przeniesiony do lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Czy tamten teatr wytrzymuje jednak próbę czasu? Zapewne byłbym megalomanem, gdybym podjął się kategorycznej odpowiedzi na tak postawione pytanie. Nie ma już dziś aktorów zdolnych do zagrania takiego spektaklu. Nie ma tylu głosów, umiejętności interpretatorskich. To pierwszy mankament widowiska Andrzeja Seweryna. Miałem wrażenie, patrząc na spektakl z dystansu, że nie wszyscy aktorzy swobodnie poruszali się w świecie pozbawionym mikroportów. Szczególnie Panie toczyły walkę podobną pojedynkowi Horacjuszy z Kuriacjuszami. Ale przedmiotem ich zmagań nie były zawiłości tekstu. Walczyły o to, aby okiełznać przestrzeń widowni i być słyszane w dalszych rzędach.
Zaskoczyła mnie scenografia, autorstwa Justyny Łagowskiej. Dziś takich projektów już na scenach nie ma. Są zabudowy silnie korelujące z treścią, czasem akcji, czy funkcjonalnością w spektaklu. Ta jest inna. Nie ma żadnego związku z epoką króla Tullusa, czyli circa 670 rokiem przed naszą erą. Od biedy tych pięć tapicerowanych krzeseł i tapetowane na granatowo ściany można połączyć z siedemnastym wiekiem i naszym wyobrażeniem o wnętrzach, w których Corneille swoje dramaty pisał. Ale prezentuje się to ubogo. Nad wyraz, moim zdaniem, ubogo. Na dodatek ten upiorny piasek. Rozumiem, że miał symbolizować upływ czasu, odnosić się do klepsydr upływ dokumentujących. Jednak dlaczego w pierwszym akcie sypie się ze ścian formując coś na podobieństwo zasp? A w drugim, pokrywając całą scenę czyli pałac Horacjuszy, przypomina bardziej plażę we Władysławowie niż rzymską posiadłość patrycjatu. No i te pięć krzeseł. Na początku stoją tyłem do widzów. Po pierwszej scenie obsługa obraca dwa z nich, a trzy wynosi. Jaka była ich rola? Nie mam pojęcia. Może nadmiernie przywiązuję wagę do słynnej czechowowskiej strzelby, czyli do założenia że każdy rekwizyt w spektaklu „gra” swoją rolę. Ale te nie zagrały moim zdaniem niczego.
Płynie natomiast ta historia wartko. Andrzej Seweryn, przenosząc „Horacjusza” na scenę, nie skorzystał z kolejnego demona współczesnego teatru czyli Diabła Adaptatora. Pięć aktów skrócił, ale wiernie oddał ich sens i przebieg. Ogląda się to z przyjemnością zatapiając w dylematach dramatu. Jednak moim skromnym zdaniem w obliczu doświadczeń, jakie ludzkość zafundowała sobie w okresie między dniem dzisiejszym a jego napisaniem, już nie budzi on nadmiernych emocji. Horacjuszowie i Kuriacjuszowie kręcą się na karuzeli intryg, posłańcy przynoszą kolejne wieści, zmieniające sytuację o sto osiemdziesiąt stopni. Patrzymy na to czując, że to wszystko jest zbyt przewidywalne. Zbyt naiwne i mało wyrafinowane. Czekamy na rozwój wypadków. Te zmierzają utartym szlakiem do wielkiego finału, gdy na scenie pojawia się sam król Tullus i swoją królewską mądrością wydaje sprawiedliwy wyrok.
Czy pobrzmiewają w całej historii odniesienia do współczesności? Ja ich nie zauważyłem. Skupiając się na śledzeniu „Horacjusza” wpadłem w jego urok. Z przyjemnością konstatowałem te i owe kwestie, sceny. Jednak doszukiwanie się drugiego dna i aluzyjnej podszewki uważam za nieuprawnione. Jeśli być miała, to została tak wszyta w spektakl, że stała się niewidoczna.
Warszawski Teatr Polski przynosi widzom spektakl inny, niż to co można w stolicy oglądać. Rzetelny i uczciwy. Oparty o klasykę literatury. Czy zaspokajający gusta współczesnych odbiorców? Szalenie jestem ciekaw jak będzie odbierany, czy stanie się popularnym wyborem spędzenia teatralnego wieczoru. Bo jest „Horacjusz” Andrzeja Seweryna także pewnym papierkiem lakmusowym. Można za jego pomocą zbadać, czy w Warszawie jest jeszcze zapotrzebowanie na teatr odrzucający sceniczne nowinki. Z ciekawością czekam na wynik tego badania.
Twórcy
Autor:
Pierre Corneille
Reżyseria:
Andrzej Seweryn
Przekład:
Jerzy Radziwiłowicz
Scenografia, kostiumy, światło:
Justyna Łagowska
Muzyka:
Wacław Zimpel
Opracowanie dźwiękowe:
Mateusz Boruszczak
Projekcje:
Tomek Michalczewski
Efekty pirotechniczne:
Tomasz Pałasz
Asystentka scenografki:
Dagmara Daleka
Asystentka kostiumografki:
Maja Iwanek
Asystent reżysera / Inspicjent:
Filip Chauvin
Asystentka reżysera / Producentka wykonawcza:
Justyna Kowalska
Suflerka:
Iwona Mierzwa
Zdjęcie na plakacie:
Ksawery Zamoyski
Obsada:
Tullus:
Sławomir Grzymkowski
Stary Horacjusz:
Szymon Kuśmider
Horacjusz:
Modest Ruciński
Kuriacjusz:
Ignacy Liss
Walery:
Maksymilian Rogacki
Sabina:
Hanna Skarga
Kamila:
Irmina Liszkowska
Julia:
Dorota Landowska
Flawian:
Sławomir Głazek
Prokulus:
Antoni Ostrouch
Gwardia królewska:
Marcin Różycki, Marek Szadkowski, Daniel Śmigielski, Marek Wilkowski, Wojciech Zygmunt

Wybieram się, ale dla mnie najważniejsze jest jedno - bez kamer, bez ekranów, bez golasów. A kwestia mikroportów - to jest problem młodego pokolenia - nie jest nauczone poprawnej emisji głosu. Szkoda
OdpowiedzUsuńRzeczywiście, słyszę często że obecnie nauka emisji głosu nie jest nadmiernie doceniana w szkołach. W „Horacjusza” to ewidentnie słychać. Rzeczywiście jest to spektakl „saute”. Co moim zdaniem stanowi jeden z jego walorów. :) Pozdrawiam serdecznie J. M.
OdpowiedzUsuńBardzo mi się spektakl podobal. Wreszcie słyszałam każdą głoske słów wypowiadanych na scenie. Piękny tekst literacki wspaniale przedstawiony.
OdpowiedzUsuńDziękuję za recenzję. Już wiem, że chcę zobaczyć ten klasyczny "eksperyment". Po dziesiątkach spektakli, w których:
OdpowiedzUsuń- sceny można ustawiać dowolnie bo i tak ich kolejność nie ma najmniejszego znaczenia,
- nie wiem skąd dobiega głos bo aktorzy grają z mikroportami,
- tekst dramatyczny jest tylko pretekstem, niemiłosiernie pociętą przez "dramaturga", sprowadzoną do banału, resztką pierwowzoru,
- losy postaci nie obchodzą mnie w najmniejszym stopniu,
- głównym moim odczuciem jako widza jest zażenowanie (plus nuta niedowierzania jeśli rzecz dzieje się w dobrym teatrze a na scenie stoją wybitni aktorzy).
Oczywiście nie zawsze jest tak źle...ale coraz częściej. Liczę na Radziwiłłowicza, Seweryna, Rucińskiego, Kuśmidera...
Znakomicie! Jestem bardzo ciekaw wrażeń i opinii. Proszę o kilka słów po obejrzeniu „Horacjusza”. Pozdrawiam serdecznie J. M.
Usuń