To w ogóle nie jest...
„To nie jest spektakl o twojej urodzie” w Teatrze Collegium Nobilium ma tylko jedną zaletę: Zdejmuje z przedstawienia Teatru Studio „Witaj Abdo” piętno najbardziej chybionego widowiska dotykającego styku kwestii polskich i narodowościowych. To, co jako swój dyplom pokazała Marta Twardowska, nie mieści się moim zdaniem w żadnych ramach. I to nie jest komplement. W Collegium Nobilium bywały już spektakle mocne. Brutalne. Dość wspomnieć fenomenalnych „Zbombardowanych” Ewy Platt. Ale one miały sens. Były spójne. Ten potworek nie zawiera w sobie niczego. To zlepek bredni, propagandy i grania na emocjach widzów.
Zacznę od zdarzenia oburzającego. Teatr to umowa. Zawieramy ją wszyscy - widzowie i twórcy. My oglądamy, oni pokazują swoje dzieła oddając je widzom, do analizy i wnioskowania. Gdy twórcy proponują interakcje zawierany jest kolejny kontrakt. Nie wolno robić niczego wbrew woli widza, który przyszedł do teatru i chce czuć się na tyle bezpiecznie na ile sam zdecyduje.
Od pierwszej minuty potworka krążące po scenie zamaskowane aktorki opowiadały coś o lipie z Ogrodu Saskiego - tu moja uwaga: jeśli lipa widziała tam dwie wojny i inne wymieniane okropności, raczej nie mogła spotkać się fizycznie z czołgiem, o czym ze sceny usłyszałem. Bo gdyby się spotkała, to by nie było drzewa a została zupełnie inna „lipa”. Potem narrację przeniosły się na ulicę Wierzbową, nie wiedzieć dlaczego. W każdym razie krążyły i opowiadały historie. Nagle z biustonoszy wyciągnęły sobie żelowe wkładki. Jedna z nich - aktorek nie wkładek - Monika Świtaj, podeszła do mnie. Szanowna Pani, wyraźnie dałem Pani sygnał głową że nie chcę interakcji. Zignorowała go Pani. Wyraźnie odmówiłem wzięcia w dłonie tych wkładek, które przed momentem wyjęła Pani spod kostiumu. Zignorowała to Pani i… ułożyła mi je na kolanach. To jest złamanie wszelkich zasad. Ja mam prawo odmówić. Została naruszona moja przestrzeń osobista. Moja wolna wola brania lub nie udziału w interakcji. Poczułem się upokorzony, potraktowany przedmiotowo. Do końca przedstawienia siedziałem bez ruchu. Mam prawo nie chcieć dotykać czegoś, co inny człowiek wyjął sobie spod ubrania. Mam do cholery prawo decydowania, co trzymam na kolanach. Zastanawiam się kiedy pani reżyser i pani aktorka wyjmą spod kostiumu inny intymny kobiecy przedmiot i położą go komuś na kolanach. Oby nie mnie. Była to sytuacja absolutnie skandaliczna moim zdaniem. Jej prawny opis - ku przestrodze twórczej młodzieży - znajdziecie Państwo na końcu tekstu.
Chcę, abyście mnie dobrze zrozumieli: Nie chodzi o estetyczne doznania z powodu umieszczenia żelowych cycków na moich kolanach. Chodzi o naruszenie, wbrew mojej woli, prywatnej przestrzeni. Na to zgody być nie może. I aby zamknąć temat wyjaśniam, że słowa „cycki” użyłem wyłącznie w celu oddzielenia żelowych atrap od kobiecych piersi, których nigdy i pod żadnym pozorem nie śmiałbym tak nazwać.
A teraz o reszcie. „To nie jest…” w zasadzie nie bardzo wiadomo o czym jest. Zaczyna się od tego, że na wyświetlanym filmie Maciej Karbowski maszeruje do teatru z wielkim plastikowym workiem. Ten worek to, jak wynika z płynącego w tle monologu, wytwór jego wyobraźni. Kim jest postać grana przez Karbowskiego? Skąd nabrał tak traumatycznych doświadczeń? Tego się nie dowiemy. Żyję na tym świecie od kilkudziesięciu lat. Myślę, co najmniej dwa razy dłużej niż gentleman z workiem. Nie zaryzykowałbym twierdzenia, że mam jakikolwiek tak ciężki bagaż traum. Wstyd by mi było wobec tych którzy żyją jeszcze, a o Polskę walczyli w czasie ostatniej wojny. Tych, którzy byli poddawani represjom komunistycznego systemu. A także tych, co walczyli w wojnach i brali udział w misjach stabilizacyjnych jako Żołnierze Rzeczypospolitej. Nie śmiałbym spojrzeć im w oczy.
„Widz” dociera z workiem do teatru. Siada w pierwszym rzędzie. Zamaskowane kobiety - Erynie? Walkirie? Trzy Gracje? - opowiadaja swoje bajania. Nie bardzo wiem jaki mają one ze sobą związek przyczynowo skutkowy. Co łączy lipę z Ogrodu Saskiego, ulicę Wierzbową z torturami Agaty Sycylijskiej, jakimiś scenkami rodzajowymi z życia rodzinnego, oraz tragedią w teatrze mariupolskim. Obserwujemy przez godzinę paranoiczny misz-masz różnych działań aktorskich, które w żadnej mierze się ze soba nie spinają.
Na dodatek są tu kompletne brednie pokazujące jednostronną, wykrzywioną wizję świata. Nie jestem wielkim fanem marszów i pochodów. Jakichkolwiek. Raz jeden, w 2018 roku wziąłem udział w Marszu Niepodległości z okazji setnej rocznicy tejże. O ile wiem, razem ze mną, przeszło w nim około ćwierć miliona ludzi. Nie widziałem wtedy ani wspominanych w spektaklu zmasakrowanych twarzy, ani zniszczonych przystanków autobusowych, ani nie słyszałem o ludziach którzy z przerażeniem chowali się po domach i śledzili wiadomości aby dowiedzieć się kiedy będą mogli bezpiecznie wyjść na zewnątrz. Obserwuję od tamtego czasu media. Nigdy o takich przypadkach nie mówiono, a kto jak kto ale media na pewno by nagłośniły doniesienia o pobitych, rannych i o zrujnowanym mieście.
To trwa nieco ponad godzinę. Mam na myśli „To nie jest historia o twojej urodzie”. Dlaczego taki tytuł? Bóg raczy wiedzieć. Co ten spektakl ma opowiadać w czwartym roku paskudnej wojny, która dzieje się u naszego wschodniego sąsiada? Także nie wiem. Bo my już, wszystko co w widowisku opowiedziano, wiemy. Przetrawiliśmy jak gorzkie ziarna. Znamy. Jest to mamlanie w koło Macieju tego samego. Powtarzalne, przewidywalne, płytkie granie na emocjach.
W końcu przenosimy się do Mariupola. I znowu jesteśmy poddawani brutalnej bzdurze. Ze sceny słyszymy wstrząsającą historię, na podstawie której można uznać - tak to przynajmniej odebrałem - że bestialskie zbombardowanie tamtejszego teatru miało miejsce w czasie spektaklu, przy pełnej widowni. Mowa jest na przykład o kołyszących się nad głowami aktorów reflektorach na rampie, czy żyrandolu nad widzami. Nieprawda. Teatr w Mariupolu nie grał od 24 lutego 2022 roku. Był miejscem schronienia dla mieszkańców miasta i uchodźców z pobliskich miejscowości. Barbarzyńskie jego zbombardowanie nastąpiło 16 marca 2022 roku, mimo wymalowania przed nim cztery dni wcześniej napisu „Dzieci”, mającego oznaczyć go jako obiekt cywilny. Nie wolno, moim zdaniem, przekraczać granicy prawdy w takiej sytuacji. Bo zamiast projekcji, do wyobraźni kierowana jest propaganda.
W finale siedząca obok mnie czwarta - przez cały czas na scenie są trzy aktorki - artystka wychodzi na scenę żałobnie zawodząc. Ubrana jest w letnią sukienkę - jeśli rzecz nadal dzieje się w marcu w Mariupolu, to kostiumograf się nie popisał - zaplamioną sztuczną krwią. Wyjąc maszeruje do plastikowego worka. Potulnie się w nim układa. Pozostałe panie worek zapinają i wchodzą do trzech identycznych. Tam już zapinają się same. Maciej Karbowski ma szczęście, bo tego już oglądać nie musi. Zrządzenie Losu i ręka pani reżyser pozwoliła mu opuścić wcześniej widownię.
Tyle. Podobno jest to spektakl dyplomowy. Nie mnie oceniać lat studenckiej pracy reżyserującej „To nie jest spektakl o twojej urodzie”, Marty Twardowskiej. Jako widz opisałem swoje doświadczenia z tym widowiskiem i swój jego odbiór.
A teraz wyciąg wieści na temat prawa widza i obowiązku aktora. Jak zauważyłem kilkoro młodych adeptów sztuki teatralnej było moją przygodą rozbawionych:
Aktor nie ma prawa naruszać nietykalności cielesnej widza wbrew jego woli. Każdy człowiek, również podczas spektaklu teatralnego, jest chroniony prawem.
Kwestie prawne i etyczne w tej sytuacji obejmują:
Ochronę prawną: Zmuszanie widza do kontaktu z rekwizytami lub częściami garderoby, a tym bardziej ich fizyczne umieszczanie na ciele widza (np. na kolanach) bez jego wyraźnej zgody, stanowi naruszenie nietykalności cielesnej. Zgodnie z art. 217 Kodeksu karnego, jest to czyn zabroniony.
Brak domniemanej zgody:Zakupienie biletu i przyjście do teatru nie oznacza automatycznej zgody na bycie aktywnym uczestnikiem przedstawienia w sposób naruszający prywatność. Widz ma prawo decydować o granicach swojego komfortu.
Granice interakcji: Aktorzy mogą wchodzić w interakcję z widownią (np. zadawać pytania lub podawać drobne przedmioty z bezpiecznej odległości), ale wszelkie bardziej inwazyjne działania wymagają wcześniejszego uprzedzenia widza i uzyskania jego akceptacji.
Jeśli widz znajdzie się w takiej sytuacji i poczuje się przekroczony jego komfort osobisty, ma prawo stanowczo odmówić, odsunąć rekwizyt, a także zgłosić incydent obsłudze teatru (np. bileterom lub kierownikowi widowni). W skrajnych przypadkach naruszenie to może być podstawą do dochodzenia zadośćuczynienia za naruszenie dóbr osobistych.
żródło: ogólnodostępne w internecie strony kancelarii prawnych


Komentarze
Prześlij komentarz