Dwanaście razy sukces
Bardzo trudne zadanie postawił sobie Piotr Ratajczak. Ale zarazem wspaniała to przygoda dla reżysera. Zmierzyć się z „Dwunastoma gniewnymi ludźmi”, arcydziełem dramatu sądowego pióra Reginalda Rose. Jak uniknąć porównań do trzymającego w napięciu filmu Sidneya Lumeta z 1957 roku? Jak wybrnąć z sytuacji, w której w zasadzie jest to przygoda jednorazowa. Kto raz „Gniewnych” w jakiejkolwiek wersji widział, czy czytał - już tych emocji tak głęboko zapewne nie przeżyje. Cały cymes tkwi tutaj w suspensie. W warszawskim Teatrze Współczesnym scenę wypełnia wielka, ciągnąca się wzdłuż trzech ścian, ława. Jej tylna część w razie potrzeby odsuwa się, powiększając przestrzeń sceniczną. I to w zasadzie wszystko. Jeszcze trzy ekrany, używane w sposób bardzo oszczędny, oraz dwa sprężynowe noże. Niczego więcej nie potrzeba. Marcin Chlanda, autor scenografii i zarazem reżyser świateł, stworzył moim zdaniem świetne pomieszczenie dla przysięgłych. Dzieli je, gdy jest taka potrzeba, za pomocą oświetl...