Męczeństwo Alexandra Portnoya
21 sierpnia 2023 roku pisałem o „Kompleksie Portnoya” na moim dawnym blogu: Portnoy odbija się od swoich marzeń i niespełnionych, a pokładanych w nim oczekiwań. Walczy, za broń mając sto pięćdziesiąt osiem punktów ilorazu inteligencji. I ta sztuka taka jest. Błyskotliwa, czarująca i zarazem wyrachowana. Wtedy grali to w Teatrze Warsawy na Nowym Mieście. Minęła epoka od czasu sceny kierowanej przez Aldonę Machnowską i Adama Sajnuka. Ścieżki ludzkie zaplatają się a potem biegną w swoje strony. Nie ma teatru na Rynku Nowego Miasta. „Kompleks…” gościnnie pojawia się w Komunie Warszawa. Reżyserują Adam Sajnuk i Aleksandra Popławska. Na scenie troje tych samych co wtedy Aktorów - wspomniany Sajnuk w roli Alexandra Portnoya, Monika Mariott jako Matka, Anna Smołowik wcielająca się w aż sześć postaci i, tu nie jestem pewien czy grał Ojca także w 2013 roku, Bartosz Adamczyk.
Pamiętam tamtego Portnoya doskonale. Psychologiczny dramat, szarpiący człowiekiem uwikłanym w traumy i nawyki wyniesione z dzieciństwa w tradycyjnym żydowskim domu. Lęki, natręctwa kierujące nim w życiu dorosłym, uniemożliwiające budowanie relacji z kobietami. Symboliczna klatka - scenografia sprawiła na mnie wrażenie więzienia myśli. Emocji i pragnień, z którymi Alexander Portnoy musiał żyć, jednocześnie nie potrafiąc się uporać. Może czas przyćmił pamięć, a może dzisiaj „Kompleks…” jest grany zupełnie inaczej? Jednak takich refleksji, po spektaklu z listopada 2026 roku, nie mam.
I bardzo dobrze. Dzięki temu zobaczyłem sztukę Philipha Rotha z zupełnie innej strony. Przebojowa, świetnie napisana farsa podszyta teatrem psychologicznym. Rządzi nim zbudowana z mnóstwa zabawnych - codziennych epizodów, przywar, nawyków i przekonań - postać Portnoya, stanowiąca czytelny i logiczny trzon dramatu. Dookoła niej osoby planu drugiego, swoją obecnością kreujące losy głównego bohatera. Równie bliskie codzienności zachowaniami, nawykami co Portnoy. Monika Mariotti - ekspansywna, wybuchająca energią, dominująca Matka. Uzależniająca małego Portnoya od siebie. Splot szantażu psychologicznego, przemocy psychicznej, żonglowania kijem i marchewką. Idealnie to jest zagrane. Zbudowane. Ma się wrażenie, że Matka mieszka tu, tuż za ścianą. A może nawet bliżej? Może we wspomnieniach każdego z nas? Bartosz Adamczyk kreuje Ojca. Statecznego, choć ubogiego patrona żydowskiej nowojorskiej rodziny z pogranicza dzielnicy slumsów. Mając tak napisaną rolę trzeba zmrużyć oczy, poczuć zapach tego domostwa. Wejść w za duże, wytarte buty wędrownego sprzedawcy tanich ubezpieczeń o gastrycznych dolegliwościach. Potem podnieść powieki i być Ojcem. Adamczyk zrobił to właśnie na scenie. Ojciec, który za wszelką cenę próbuje zachować status quo czteroosobowej rodziny, panować nad jej postaciami. Trzymać w ryzach umykający świat. Mamy do wyboru - zabawny, albo tragiczny. W tej odsłonie Twórcy postawili na humor. I świetnie się to ogląda. Konwencja farsy, mam wrażenie, znakomicie odpowiada Annie Smołowik. Po trzynastu latach Jej postaci dojrzały. Nadal zaskakują różnorodnością, wdziękiem. Urodą i kapitalnym, komediowym blaskiem. Smołowik gra Hanah Portnoy, siostrę Alexandra, potem w zaciemnionym brzegu sceny przeskakuje w kostiumy kolejnych postaci portnoyowych kobiet. Każda inna. Każda zabawna. Każda gdzieś tam w głębokim fundamencie nadal ma pierwiastek Ani z Polski, którą Pani Anna zbudowała w kabarecie Pożar w Burdelu. Zabawnej, wzruszającej prostolinijnej dziewczyny z sąsiedztwa. Z przyjemnością ten pierwiastek w „Kompleksie Portnoya”’2026 odnajdowałem.
Osobne miejsce ma w swoim spektaklu reżyserujący i grający główną rolę Adam Sajnuk. Moim zdaniem On zmieniając sposób kreowania Alexandra przestawił zwrotnicę i posłał „Kompleks…” po torach komediowych, rezygnując z magistrali dramatu psychologicznego. Jego Portnoy nabrał dystansu. Wtedy miotał się po scenicznej klatce uwięziony w świecie traum i reminiscencji. Teraz patrzy na świat z humorem. Dezynwolturą rzekłbym. Bawi, zastanawia, momentami rozmiesza do łez. Przypominał mi Michaela Corleone z "Heavy Traffic", filmu który w 1973 roku wyreżyserował Ralph Bakshi. Sceny Portnoya zaciekle zaspokajającego nastoletnie potrzeby, potem ta z koncertu na którym wreszcie dokonało się to co dokonać się miało między nim a Pielgrzymką, i to co zrobiła z nim Szelma - to perełki humoru. Dosadne ale nie wulgarne. Zabawne ale nie przaśne. Echhh, chciałbym wskoczyć w wehikuł czasu. Cofnąć się do sierpnia 2013 roku. Zobaczyć jeszcze raz tamten spektakl. Bo jestem zdezorientowany: Czy moja pamięć mnie zawodzi, czy oni zagrali to w kompletnie inny sposób niż wtedy?
Ale to już wyłącznie moja sfera pragnień. Państwa pozostawię w realnym, 2026 roku. A mamy tu świetną, mądrą rozrywkę. Doskonale zagrany i wyreżyserowany spektakl. „Kompleks Portnoya” Teatru Warsawy. Nie ma na co czekać, póki jest. Czekanie proszę zostawić mnie. Za kolejne trzynaście lat na „Portnoya” zamierzam wrócić!
Na motywach książki Philipha Rotha
Przekład: Anna Kołyszko
Scenariusz: Adam Sajnuk
Reżyseria: Adam Sajnuk Aleksandra Popławska
Scenografia: Sylwia Kochaniec, Katarzyna Adamczyk, Adam Sajnuk
Kostiumy: Katarzyna Adamczyk
Obsada:
Monika Mariotti
Anna Smołowik
Bartosz Adamczyk
Adam Sajnuk



Komentarze
Prześlij komentarz