Trwaj chwilo!
Ten spektakl powinien, moim zdaniem, nazywać się „Faust, część Pierwsza”. Bo opowiedziane na scenie rzeszowskiego Teatru im. Wandy Siemaszkowej zdarzenia to właśnie pierwsza odsłona przypowieści Johanna Wolfganga von Goethego. Reżyserujący spektakl Jan Nowara wybrał i zaadaptował historię do momentu zbawienia Małgorzaty (Gretchen). Nie przenosimy się zatem w świat antyku, nie poznajemy Fausta, gdy mimo władzy nad światem nadal nie czuje, że jego symboliczna podróż-poszukiwanie sensu jest ukończona. Prawo adaptatora - święte prawo. O ile nie rozjeżdża się dzieła literackiego czołgiem współczesnych ideologii, nie spłyca dydaktycznym smrodkiem, wszystko jest w porządku. A Nowara jest, moim zdaniem, od spłycania daleko. Stworzył widowisko piękne. Wciągające, spójne i pod każdym względem atrakcyjne dla widza.
Sekwencje scen są przesiąknięte symbolami, wsparte doskonale dobraną muzyką. Usłyszymy tu fragmenty utworów Mozarta, Haendla, ale też mocny gitarowy riff. Zacznę od ukłonu w kierunku Tomasza Bajerskiego, który tę muzykę w ramy widowiska ujął. Jego praca daje rzeszowskiemu „Faustowi” dynamikę. Jest przemyślana i starannie dopasowana do sytuacji. Sceny w rzeszowskim spektaklu są wymagającymi uważnej obserwacji symbolami, aktorzy momentami zatrzymują się, chwilami przechodzą przez układy choreograficzne. Bezbłędnie to Bajerski odczytał i wypełnił dźwiękami.
Sam jednak dźwięk przecież nie wystarczy. Potrzeba diabolicznego, dobywającego się z głębin piekielnych, blasku. Różnych odmian czerwieni, zmian oświetlenia tak aby eksponować poszczególne części sceny, kosztem innych, chwilowo tonących w ciemnościach. Magdalena Gajewska wyreżyserowała tu światła i na dodatek stworzyła znakomitą scenografię. Składają się na nią stalowe, surowe rusztowania. Ruchome. Wraz z potrzebami kolejnych scen aktorzy przesuwają je, wyczarowując tło czy też stelaż do wspaniałych, zapadających w pamięć sytuacji. Kapitalna jest, moim zdaniem, scena Małgorzaty w Kościele z otaczającymi ją trzema ukrzyżowanymi. Chrystusami? Zbawicielami? Główna postać to przecież Mefistofeles, rozpięty na stelażu z charakterystyczną raną w boku. Taką jak ta, która powstała gdy Jezus został przebity włócznią. Mocna, świetnie zagrana, oświetlona, przemyślana scena. Wieloznaczna. Jak wiele w tym spektaklu. Nie odpowiadam na pytanie, jak ją czytać. Pozostawiam Państwu radość szukania własnych odpowiedzi. Jednak diabeł na krzyżu w kościele, spoglądający z perspektywy krucyfiksu na cierpienie i upadek duszy, którą sam na dno zszargania zaprowadził. Plastyczne i zastanawiające.
Tu, moim zdaniem, tkwi odpowiedź na pytanie dlaczego Nowara nie zdecydował się na całość „Fausta”, poprzestając na części pierwszej. Gdyby zrobił inaczej, jego spektakl utonąłby w kombinacjach, symbolach, dwuznacznościach. Zmęczyłby widzów. Byłby trudny w odbiorze. No i piekielnie długi. Już w obecnej wersji rzeszowski „Faust” ma około stu minut. A jest to wartka opowieść, koncentrat dzieła Goethego.
Czy bardzo na tym skrócie tracimy? Cóż. Puryści zapewne powiedzą, że tak. Nie dostajemy kawa na ławę odpowiedzi jak zakończy się zakład Boga z Mefistofelesem i jaki los spotka tytułowego bohatera. Ale czy tak nie jest ciekawiej? Zaadaptowany przez Nowarę tekst urywa się. Jego spektakl kończy gwałtowne wyciemnienie, tuż po scenie zbawienia Małgorzaty. Zostajemy sami z pytaniami, co z Faustem i kto zakład wygrał. Nie mam o to do Twórcy widowiska pretensji. Postać tytułowa jest tak, wydawać by się mogło, jednoznaczna że prosta, powierzchowna odpowiedź zdaje się oczywista. Doprawdy? Właśnie! Magia tego spektaklu tkwi w jego wieloznaczności. Nowara dał widzom do rozwiązania we własnych sumieniach i systemach wartości nie lada zagadkę. Jaki jest ten jego Faust? Zaprzedanym Złu zbrodniarzem? A może nie? Czy zaślepienie i diabelskie sztuczki są wystarczającymi okolicznościami łagodzącymi jego poczynań? Jednocześnie, gdybyśmy popatrzyli na ten dylemat z większego dystansu. Rzucili go na siatkę zdarzeń współczesnych. Jaka jest waga występków złych, popełnianych nagminnie w rytmie koniunkturalizmu, wszechobecnego pędu ku życiu prostemu i lekkiemu? A jak zważyć coraz rzadsze uczynki czystego dobra? Może Bóg - jeśli przyjmiemy na potrzeby rozważań Jego istnienie - sam się w tym wszystkim zagubił i prowadzi nasz świat do kolejnej, oczyszczającej katastrofy na miarę biblijnego Potopu? Świetnie się to ogląda, a jeszcze lepiej po wyjściu z „Siemaszki” idzie sam na sam z własnymi myślami.
Mając tak zbudowaną przestrzeń sceniczną Nowara wprowadza do niej aktorów. Całkiem dobrze radzących sobie z powierzonymi zadaniami. Boga, czyli Dyrektora/Pana gra Sławomir Gaudyn. Bądźmy szczerzy, wiele akurat w tej postaci do zagrania nie było, ale to co jest wypadło bardzo sprawnie. Mefistofeles Michała Chołki jest ucieleśnieniem giętkości intelektualnej, fizycznej i emocjonalnej. Świetnie się mu ta diabelska sztuka udała. Jest cieniem, gdy cieniem być trzeba. Esencją zła, gdy tego wymaga sytuacja. A zarazem przewrotnością, zakłamaniem i manipulacją, która wciąga Fausta w kolejne kręgi podłości. Tu już klasę pokazuje Robert Żurek. Wspaniały w scenach odmładzania Fausta, negocjacji z Mefistofelesem. Świetny w słynnym monologu, stanowiącym zarzewie całej historii. Nie można pominąć Anieli Kowalskiej, której Małgorzata to także rola na wskroś przemyślana i starannie dopracowana. Od bogobojnej naiwnej nastolatki, przez zakochaną dzierlatkę, upadłą kobietę, aż do bytu. Duszy ludzkiej. Steranej życiowymi klęskami, poranionej upiornymi zdarzeniami. Duszy, która z ufnością opiera głowę na boskim ramieniu w scenie finałowej. Kowalska to zagrała znakomicie. Czysto, czytelnie, po prostu pięknie.
Starannie unikałem tego, co powinno znaleźć się na początku opowieści o rzeszowskim „Fauście”. Czyli rozłożenia na kawałki prologu utworu Goethego, który Nowara w swojej adaptacji zostawił. Jednak myślę, że słusznie zmieszał „Dedykację w teatrze” z „Prologiem w niebie’. Połączył dwa światy - ludzki i boski w jedność. Powstały prolog tego konkretnego spektaklu stał się kłębowiskiem myśli, wątpliwości. Wymiany poglądów i zdań między postaciami. Zacierają się granice Aktora i Mefistofelesa, Dyrektora i Pana. Idziemy przez ten fragment, można powiedzieć, równym krokiem. Przecież tu najważniejszy jest zakład Boga z Biesem. I oczywiście on stanowi clou tej sceny. Kolejna - to już, jak pisałem, świetnie zagrany i przedstawiony przez Roberta Żurka monolog Fausta.
Widziałem kilka „Faustów”. Zazwyczaj nudziły mnie. Długością, napaćkaniem tematów i na siłę czynionych aluzji do współczesności. W tym kontekście „Faust” z Siemaszkowej jest zupełnie inny. Skrócony, skrystalizowany. Tak. Zgadzam się. Niepełny. A jednak jest w tym spektaklu niebywała intelektualna siła i wartość. Może to „Faust” na miarę naszych czasów i możliwości? Nie wiem. Wiem, że jeszcze tu kiedyś wrócę.
przekład – Krzysztof Lipiński
reżyseria, dramaturgia, opracowanie tekstu – Jan Nowara
scenografia, kostiumy, reżyseria świateł – Magdalena Gajewska
muzyka – Tomasz Bajerski
choreografia – Jarosław Staniek
projekcje – Olga Balowska
inspicjentka – Anna Jochym
OBSADA
Dyrektor / Pan – Sławomir Gaudyn
Poeta / Faust – Robert Żurek
Aktor / Mefistofeles – Michał Chołka
Duch Ziemi – Paweł Gładys
Małgorzata – Aniela Kowalska
Marta – Magdalena Kozikowska – Pieńko
Czarownica / Czarownica Handlarka – Anna Demczuk
Walentyn – Mateusz Marczydło
Zły Duch – Józef Hamkało
PIEKIELNE TOWARZYSTWO:
Karolina Kochańska
Magdalena Kozikowska – Pieńko
Aleksandra Ożóg
Paweł Gładyś
Józef Hamkało
Mateusz Marczydło
Piotr Napierała



Komentarze
Prześlij komentarz