Wojna na gesty

Joseph Goebbels uważał, że propaganda opiera się na konkretnych filarach: 


  • Kulcie wodza, silnego lidera stanowiącego synonim nieomylnego zbawcy, przywódcy
  • Emocjach zamiast faktów, czyli zastąpieniu myślenia racjonalnego silnie działającymi na podświadomość wykreowanymi akcjami o mocnym aspekcie wizualnym 
  • Kreowaniu wroga jednoczącego naród, stworzeniu poczucia zagrożenia łączącego ludzi wokół konieczności obrony podstawowych wartości, które de facto nie są zagrożone, zagrożenie jest kłamliwą kreacją
  • Manipulacji faktami tak, aby z ich oderwanych od kontekstu fragmentów budować pożądaną narrację.  


Przeczytajcie, proszę raz jeszcze. A potem zamknijcie Państwo oczy. Czy jest wokół nas, w publicznej przestrzeni choć jeden ośrodek władzy - wewnętrznej, zagranicznej - który nie kieruje się tymi założeniami? Nie. Nie ma. Byłem niedawno dwa dni na Podkarpaciu. Dostałem alert RCB o „Rosyjskim ataku powietrznym na terenie Ukrainy” i o tym, abym „oczekiwał dalszych komunikatów”. Czy można stworzyć coś bardziej głupiego i bardziej nasączonego propagandą strachu? Nie wiem z tego przekazu gdzie ów atak konkretnie ma miejsce i dlaczego w Rzeszowie mam obawiać się tego, że Rosja bombarduje (albo ostrzeliwuje, cholera wie) Ukrainę. I na co mam niby czekać? Jak? Z plecakiem w dłoniach i w ubraniu? W piwnicy? 


Jesteśmy nadzy. Odarci z opoki zabezpieczającej przed propagandową papką, której celem jest ukierunkowanie naszego myślenia w pożądane strony. Szarpani przez zawiadowców tego przekazu. Spolaryzowani, zdezorientowani. Bezbronni. O nas jest „Wojna na słowa”, widowisko przygotowane przez Instytut Prawa Performatywnego. Na scenie Centrum Kultury przy Łowickiej Olga Bołądź, Arkadiusz Brykalski i Mateusz Janicki. 


Czy o manipulacji można mówić bez manipulowania? A może w ogóle przekazywanie informacji nie jest bez niej możliwe? Przeładowanie przestrzeni publicznej bezlikiem wiadomości wymaga selekcji. Doboru faktów na potrzeby percepcji ogółu odbiorców. Pamiętam, jak wielki sprzeciw wywołał we mnie dwadzieścia pewnie lat temu Grzegorz Miecugow, gdy na jednym ze spotkań powiedział że rola współczesnego programu informacyjnego w wiodącym kanale ogólnokrajowym ogranicza się nie do dostarczania faktów ale jedynie do ich porządkowania. Zatem kto jest odpowiedzialny za ich dostarczanie - pytałem sam siebie pracując już wtedy na pograniczu newsów i szkoleń medialnych. Rozwój komunikacji wyrwał dziennikarzom z rąk stery. Przestali być megafonami ogłaszającymi wydarzenia. Rzeka faktów, prawd, półprawd i nieprawd popłynęła jak z wyrwy w rozbitej tamie. Rozlała się, wykorzystując nowe narzędzia informacyjne. Media społecznościowe, technologie mobilne. A potem sztuczną inteligencję. Straciliśmy kontrolę. Możliwość zweryfikowania prawdy i zdemaskowania fałszu.


Popatrzmy na liczby. W marcu 2025 roku, według portalu Wirtualnemedia.pl z Facebooka korzystało 25,5 miliona Polaków, czyli 85,5 procent internautów. Z Instagrama 16,3 miliona (54,9 proc.). Z TikToka 15,6 miliona (52,4 proc.). Media tradycyjne, te które w jakimś sensie podlegają przynajmniej iluzorycznej kontroli jakościowej przekazywanych treści są cieniem tych wartości. Tu już dane Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji: Telewizja Republika średnio w 2025 roku miała 320 tysięcy widzów. TVN24 - 270 tysięcy. TVP INFO - 89 tysięcy. Czy te dane są prawdziwe? Nie wiem. Przygotowała je przecież internetowa wyszukiwarka, oparta na algorytmie AI. Korzystała z dostępnych w sieci artykułów. Prawdziwych?


Odbiegłem od spektaklu, ale czy od tematu? Może to spektakl umknął w uproszczenia? Twórcy wzięli na warsztat manipulację wyselekcjonowaną. I postawili tezę: Rosyjska wojna kognitywna trwa i to ona powoduje, że w Polsce spada poparcie dla Ukrainy a rośnie wrogość do Ukraińców. Fakty te są zdiagnozowane poprawnie. Istotnie. W wielu badaniach i w codziennych obserwacjach widać, że polski zryw społeczny z lutego 2022 roku to już zamierzchła przeszłość. Gdyby dzisiaj miało się wydarzyć coś podobnego atakowi Rosji na Ukrainę, zapewne Polacy z o wiele większym dystansem podeszliby do kwestii pomagania zaatakowanej stronie. Tylko czy za taki stan rzeczy można winić  jedynie Rosję i jej akolitów? 


Z treści przedstawienia wynika, że tak. Naprawdę? To Rosja kazała Kijowowi opóźniać i unikać wołyńskich ekshumacji? Z Moskwy przyszło na Ukrainę polecenie nazwania jednej z jednostek specjalnych imieniem bohaterów UPA? Także stamtąd wysłano do rady obwodu lwowskiego nakaz ogłaszania 2027 rokiem UPA? Jeśli mamy mówić szczerze o genezie niechęci Polaków do Ukraińców - nie szukajmy odpowiedzi uproszczonych. Zapewne, czynię tu zastrzeżenie bo dowodów na to nie mam, zapewne rosyjscy specjaliści od propagandy wykorzystali te fakty w swojej narracji. Tak. Ale ich nie stworzyli. To chodzenie na skróty powoduje, że „Wojna na słowa” sama nie jest wolna od propagandowego wydźwięku. Nie sięga do spodu, do przyczyny (między innymi historyczne zaszłości polsko-ukraińskie, współczesne różnice kulturowe między oboma narodami, postawy ukraińskie w Polsce po 2022 roku). Zatrzymuje się na pewnym poziomie uznając skutek (działanie Rosji) za przyczynę (niechęć Polaków do Ukraińców). 


Widowisko performatywne, w którym Aktorzy przytaczają fakty wyselekcjonowane na potrzeby umownej tezy o rosyjskiej sprawczości propagandowej ma także absurdalny aspekt. Uproszczenie powodujące zamęt. Z natłoku informacji podawanych w „Wojnie na słowa” wyłania się skrystalizowana postać wroga numer jeden. Króla propagandowego zła. Niczym w orwellowskim „Roku 1984” Emmanuel Goldstein, tu ucieleśnieniem wszelkiej nieprawości  jest Paweł Usiądek. Przyznam do wczoraj nie wiedziałem, kto ów zawodnik zacz. Dzięki Twórcom spektaklu już wiem. To wiceprezes Ruchu Narodowego. Pokazany jako polityk szczególny, który w życiu publicznym słowa prawdy nie powiedział. Odwoływanie się w przedstawieniu do jego słów, przeinaczeń i skrótów myślowych powoduje karykaturalne wrażenie, że gdyby Usiądek poszedł siedzieć za propagowanie nienawiści na tle narodowościowym, to wszystko w Polsce byłoby OK, albo prawie OK. Nie. Nie byłoby. Bo Usiądek jest produktem a nie substratem. Skutkiem, nie przyczyną. Na dodatek produktem o znikomym zasięgu i sprawczości. Fundamentem demaskowania propagandy są fakty. A tych jest znacznie więcej, niż Instytut Prawa Performatywnego postanowił w „Wojnie na słowa” zaprezentować.  


Toniemy w propagandowym bajorze. Na dodatek brzeg oddala się a bajoro roi od wirów i niebezpiecznych prądów. Czym jest prawda we współczesnym świecie? Czy nauczeni egzystencji uproszczonej, skupionej na przyjemnościach i korzyściach jesteśmy w stanie odnaleźć ją w stanie czystym? Obawiam się, że „Wojnie na słowa” to się nie udało. Dowód tezy o pełnej rosyjskiej odpowiedzialności za wzrastającą niechęć Polaków do Ukraińców nie został moim zdaniem przeprowadzony w sposób przekonujący. Zapewne nie mógł, bo bez uczciwej analizy wszystkich aspektów zagadnienia nie jest możliwe ustalenie takiej odpowiedzialności. Inaczej powstanie coś na wzór słynnej „Winy Tuska”. Czyli zrzucenie całości odpowiedzialności na stronę którą zapewne bez winy nie jest. Ale nie jest winna całkowicie i jedynie. 


To spektakl społecznie i politycznie zaangażowany. Mający  niewielką wartość formalną. Trudno analizować walory reżyserskiego warsztatu i skupiać się na atrakcjach aktorskich popisów, skoro główną rolę w założeniu ma grać treść. Może to kolejna słabość tej wypowiedzi? Błędny dobór narzędzia? Teatr jest fikcją. Umową widza i twórcy. Kreuje rzeczywistość wokół zbioru faktów i mitów. Prawdy i fantazji. Czy ze sceny Centrum Łowicka padały treści prawdziwe? Skupione wokół rzetelnego, uczciwie obiektywnego komunikatu? A może była to napisana na potrzeby teatralne fabuła prawdę symulująca? Gdzie jest ta prawda? Doprawdy - nie wiem. 


Troje aktorów. Olga Bołądź w roli prokuratorskiej, stawiającej tezę o rosyjskiej sprawczości. Arkadiusz Brykalski jako advocatus diaboli. I Mateusz Janicki przyjmujący obowiązki sędziego - moderatora. Całość w konwencji edukacyjnej prezentacji, wspartej planszami wyświetlanymi na horyzoncie scenicznym. Odczytanie aktów prawnych, fragmentów raportów, publikacji medialnych. Mnie nie przekonało, choć doceniam intencje Twórców. 


P.S. Nieszczęśliwy tytuł: „Wojna na słowa”. Fraza z polskiego serialu „Wojna domowa” w reżyserii Jerzego Gruzy. Idąc tropem propagandowych możliwości wykrzywiania rzeczywistości - czy tytuł spektaklu ma sugerować, że wojna na Ukrainie to wojna domowa republik ZSRR? Żartuję, aby pokazać jak można działać stosując komunikacyjne akrobacje…


reżyseria: Instytut Prawa Performatywnego


scenariusz: Anna Cybulska, Milena Kuchnia, Filip Płuciennik, Hanna Stacewicz, Agata Patora

dramaturgia: Milena Kuchnia, Filip Płuciennik, Hanna Stacewicz


obsada: Olga Bołądź, Arkadiusz Brykalski, Mateusz Janicki


muzyka: Dominik Strycharski


wizualizacje: Michał Mitoraj


produkcja: Milena Paszkowska


konsultacje artystyczne: Michał Zadara





Komentarze

Popularne posty