Osiecka w Tutti Frutti
Podczas tygodniowej wyprawy do Budapesztu, mam wrażenie, Los kroczył tuż za mną i złośliwie chichotał. Zapewne układał sobie ripostę na moje zdania z ostatniego tekstu, które dotyczyły przedstawienia „Osiecka” z Teatru Ateneum. A brzmiały one tak: Recital z piosenkami Agnieszki Osieckiej doprawdy bardzo trudno jest zepsuć. Nie wiem, co musiałoby się stać aby te teksty nie chwyciły widzów za serce. Nie otworzyły ich wyobraźni. No i już wiem! Los wskazał mi możliwość. Po prostu - trzeba było pójść do Teatru Rampa na spektakl „Osiecka. Dzikość serca”. Bęc!
Ale Szanowni Państwo - byłbym nieuczciwy, gdybym pominął istotny element wieczoru. Widzowie Rampy, a to Teatr mam wrażenie o stałej, sprofilowanej publiczności, nagrodzili przedstawienie w reżyserii Leny Frankiewicz owacją na stojąco. Natomiast w kulminacyjnym punkcie widowiska bawili się niczym enerdowscy emeryci podczas festynu w Karl Marx Stadt w latach siedemdziesiątych dwudziestego stulecia.
Ja - nie. To przedstawienie opiera się na podobnym założeniu, co „Umadevi” Teatru Malabar Hotel. Upraszcza i spłaszcza do granic intelektualnych mielizn życiorys branej na warsztat postaci. Przenosi na scenę odsączony z wielowątkowości, jednowymiarowy, fastfoodowy rzekłbym rys charakterologiczny. Tam była Wanda Dynowska, tu sprawa jest „grubsza”. Popkulturowy hebel rozjechał Agnieszkę Osiecką.
Dostajemy ją w wersji sztampowej i oklepanej. Nie pomaga nawet to, że została rozbita na dwie postaci - narratorki Agnieszki (Magdalena Kumorek sugestywnie lunatyczna, akcentująca słowa jak skrzyżowanie Osieckiej z Krystyną Jandą) oraz Osieckiej-właściwej (Agata Łabno, która umie śpiewać i nie waha się z tej umiejętności korzystać, nawet gdy aranżacje piętrzą problemy). Nie wiem, co miał ten zabieg na celu. Poza dostarczeniem Pani Magdalenie możliwości pokazania, że umie zagrać staczającą się w otchłań uzależnienia kobietę wiele, moim zdaniem nie wniósł na scenę. Jedna dobrze napisana i wykreowana Osiecka w spektaklu zupełnie by wystarczyła. Miał być zapewne dialog ego i id. Tylko, czy zaistniał?
Ale nie Osieckie są najgorsze. Kicz. To jest zwyczajny, prowincjonalny, kicz moim zdaniem. W pierwszym akcie aranżacjami Mariusza Obijalskiego zdewastowano kilka największych i najpiękniejszych piosenek Osieckiej. Do tego stopnia, że słuchając przepięknej przecież ballady „Nim wstanie dzień”, którą genialnie śpiewał niegdyś Edmund Fetting modliłem się aby ten koszmar już się skończył. Zrobienie z tego utworu rozwlekłego i ciągnącego się nudnego gluta jest wydarzeniem zupełnie niebywałym i myślałem, że niemożliwym. A jednak!
Podobnie zdewastowani zostali „Okularnicy”. Tragicznie moim zdaniem wypadła piękna przecież ballada „Miasteczko- cud”. Powiedzieć nudna, to nic nie powiedzieć. Jest przaśna. Dyskotekowa, ale to dyskoteka gdzieś w stodole na dalekich rubieżach PRL. Tu kolejna konstatacja ze zdziwienia: Twórcom udało się z tych błyskotliwych i lekkich przecież wierszy-tekstów piosenek uczynić coś płytkiego i jarmarcznie zawstydzającego. Zaiste, piekielna jest siła aranżerów.
Scenę zaludniają osoby, które na szczęście Twórcy opatrują adnotacją w opisie na internetowej stronie Teatru. Można tam przeczytać, że spektakl to impresja artystyczna, a postaci stanowią „kreację poetycką i dramaturgiczną twórców”. Święta naiwności. Poezji w tym widowisku nie znalazłem. Dramatyczna za to jest jego całość. Nudna, stereotypowa, sprawiająca wrażenie wykonanej od niechcenia. Bez refleksji nad celem i skutkiem działania.
Oglądamy Osiecką, która maszeruje przez życie kierując się własnymi zasadami. Jakimi? Nie pytajcie mnie, nie znalazłem ich w spektaklu. Głównie robi to na co ma doraźnie ochotę. Jej partnerzy przewijają się z prawa na lewo i lewa na prawo niczym ludziki wycinane z gazety. Żadna z osób nie jest obdarzona czymś głębszym niż prosty, do bólu przewidywalny, rekwizyt. Marek Hłasko ma papierosa. Wojciech Frykowski samochód na pedały. Daniel Passent nic nie ma ale za to najwięcej mówi. Zapewne w ramach zadośćuczynienia za brak charakterystycznego rekwizytu. Jest Agata Passent, której powierzono rolę wyrzutu sumienia i błąkający się za nią terapeuta, w kulminacyjnej scenie zbiorowego śpiewania „Małgośki” nadmuchujący balony i rozrzucający na widowni. Oglądający machają wtedy rękami jak Hatifnatowie w Muminkach gdy zbliżała się burza.
Ostatni gwóźdź do trumny Osieckiej w Rampie wbiła Agata Stanula, która zaprojektowała stroje i choreografię. Kostium, stworzony do sceny „Niech żyje bal”, powinien śnić się Twórcom jako koszmarne memento po nocach przez wieczność. Nie uwierzą Państwo. Ten rozdzierający song o tragicznym życiu na krawędzi rozpaczy i udawanego szczęścia zaśpiewała w Rampie… malinowa beza! Tak ów kostium wygląda. No i choreografia. Postaci plączą się bez ładu i składu, podrygują i wywijają kończynami w sposób dowolny. Jaki to ma związek z losem Osieckiej? Kolejne pytanie na które nie umiem odpowiedzieć.
Widziałem w Rampie średnią „Witkację”, fatalnego „Złego” i całkiem zabawną „Lalkę”. Teraz teatr z Targówka proponuje widowisko mogące, moim zdaniem, zaspokoić gusta jedynie wyposzczonych i wygłodniałych do granicy egzystencji miłośników rozrywki na poziomie słynnego programu „Tutti Frutti”, który lata temu serwował niemiecki kanał telewizyjny RTL. Widziałem i muszę z tym żyć.
Nie rozumiem i chyba nie chcę zrozumieć nieuczciwej, moim zdaniem, idei dowolności interpretowania losów postaci rzeczywistych. Jeśli Twórcy chcą stworzyć kogoś jednowymiarowego, płytkiego i płaskiego - dlaczego wikłają w swoje zabawy prawdziwe osoby o znakomitych, ciekawych życiorysach? Wiem, że marketingowo umieszczenie nazwiska Osieckiej w tytule spektaklu może się opłacać i działać jak magnes. Powinno to jednak, moim zdaniem, nakładać pewien obowiązek na Twórców. Zwykłej ludzkiej uczciwości i szacunku. Tego w Rampie nie ma. Jest marnej jakości pretensjonalna zabawka, prosta jak kijek i śmieszna jak łańcuch przy psiej budzie. A sceniczny komitet chroniący pamięć Osieckiej w skład którego wchodzą, oczywiście grane przez Aktorki, Hanna Bakuła, Maryla Rodowicz i Elżbieta Czyżewska - to już apogeum obciachu.
Pozostawiam Państwu decyzję: iść albo nie iść. Ale nie mówcie potem, że nie ostrzegałem.
TWÓRCY
OBSADA
Magdalena Kumorek
AGNIESZKA
Agata Łabno
OSIECKA
Magdalena Pamuła
AGATA
Robert Tondera
WIKTOR
Dominika Łakomska
MARIA, ELŻBIETA
Kamila Boruta-Marszałek
JÓZEFINA, HANNA
Marek Zawadzki
WITEK, WOJCIECH
Marcin Januszkiewicz
MAREK, MARZENKA
Wojan Trocki
MAREK, MARZENKA
Konrad Marszałek
DANIEL
Anna Mierzwa
MARYLA
MUZYCY



Komentarze
Prześlij komentarz