Niech żyje... świat
Recital z piosenkami Agnieszki Osieckiej doprawdy bardzo trudno jest zepsuć. Nie wiem, co musiałoby się stać aby te teksty nie chwyciły widzów za serce. Nie otworzyły ich wyobraźni. Dlatego z pełnym spokojem szedłem do warszawskiego Teatru Ateneum na „Osiecką” w reżyserii Ewy Telegi w wykonaniu Katarzyny Łochowskiej i Mateusza Dębskiego. I od razu napiszę: Moim zdaniem nie zepsuli!
Ciekawie to jest pomyślane. Kluczem nie jest skomplikowana, kompletna biografia poetki, wraz z jej zakamarkami i blaskami. Wyjęli jeden z niej element. I nad nim Twórcy się z uwagą pochylili. Bycie drugą. Destrukcyjne, dewastujące spokój, godność i radość uczucie do kogoś, kto nie jest wolny w rozporządzaniu swoją osobą i czasem. Osiecka doskonale znała ten smak. Jej słynny romans z Jeremim Przyborą, owocujący „Listami na wyczerpanym papierze”, zapisem ich uczucia. Sama też zadawała ból. Odchodziła, zostawiała za sobą czyjeś potłuczone losy. Walorem „Osieckiej” w Ateneum jest klarowność obrazu. Czystość. Nie ma niepotrzebnych scen dramatycznych. Nadmiaru trącącego patosem, emocjonalnego wymachiwania rękami i sercem. Jest kobieta.
Spotykamy ją w nocy gdy wchodzi do baru. Przez jego witrynę widać środek innego lokalu. To hopperowski bar z Nighthawks, wspaniałego obrazu, który pasuje tutaj jak nic innego. Postaci za szybą ożywają. Poruszają się. Świetny to pomysł na zilustrowanie tego konkretnego spektaklu, a scenografię oraz oświetlenie stworzyła Joanna Zemanek. Natomiast projekcje są dziełem Ignacego Ciunelisa. Dają spójne, ciekawe przestrzenie dla poruszającej się po Scenie 61 Katarzyny Łochowskiej. Starannie pracują reflektory - podświetlając z różnym natężeniem, w zależności od zabarwienia emocjonalnego wykonywanych utworów, skąpaną w półcieniu scenę.
Pusto w tym zaaranżowanym barze. Jedynie pianino, dwa hokery, lada. I kobieta. W płaszczu, jakby właśnie weszła wprost z wyludniającej się w takt zapadających ciemności ulicy. Kończy rozmowę przez telefon. Kończy etap życia. Wykrzykuje słowa o zawodzie miłosnym. O rozstaniu. I zaczyna stopniowo przechodzić do „Czarnych perfum” (muz. Przemysław Gintrowski). Ten moment, moim zdaniem, znakomicie pokazuje jaki to będzie recital i co czeka widzów. Jesteśmy w aurze wątpliwości, rozpaczy, wszelkich emocji targających tą której nadzieję na szczęście właśnie upadają. Musi skapitulować. Wycofać się, ustępując miejsca małżeńskiemu prawu.
Łochowska śpiewa te piosenki czysto, z uwagą skupiając się na tym aby interpretacja nie zasłoniła wymowy padających słów. Początkowo miałem wrażenie, że do grającego na pianinie Mateusza Dębskiego (w dublurze z Franciszkiem Wajdzikiem) dobrze byłoby dołączyć kontrabas. Wesprzeć ten głos, wołającej o swojej rozpaczy, samotnej kobiety. Do pewnego momentu. Gdy zabrzmiały kolejne utwory, kiedy popłynęły słowa „Na zakręcie”, „Wariatka tańczy”, czy „Miasteczko cud” zmieniłem zdanie. Siła tego widowiska tkwi właśnie w surowości. Oszczędnym gospodarowaniu środkami przekazu. I wtedy słowa biorą górę. Brzmią. Budują obraz bohaterki recitalu.
Są w nim piosenki bardzo znane, mniej znane. Dobrane według przemyślanego klucza. Spójne. Warto zajrzeć do Teatru Ateneum na ten, pełen rozważnie układanych emocji, kameralny i bardzo osobisty recital. Posłuchać, jak mówi poetka, która szła przez życie według własnych zasad i swoim kluczem otwierała, zamykała w nim drzwi. A potem zanurzyć się w przepięknie zaśpiewany na bis wielki przebój „Niech żyje bal” z mocnym przesłaniem dla Widzów, które zabieramy ze sobą w warszawski wieczór. Jeszcze nie noc. Na szczęście…
Występują
Katarzyna Łochowska
Mateusz Dębski (gościnnie) / Franciszek Wajdzik (gościnnie)
Twórcy
Reżyseria: Ewa Telega
Asystentka Reżysera: Paulina Staniaszek
Scenografia, kostiumy i światła: Joanna Zemanek
Projekcje: Ignacy Ciunelis
Aranżacje muzyczne: Mateusz Dębski
Inspicjenci: Wojciech Gratkowski/Agnieszka Harnowska/Jerzy Kacperski


Komentarze
Prześlij komentarz