Lalka... ale czy tylko lalka?

Słynna bajka o nowych szatach cesarza, kończąca się okrzykiem o jego nagości. Coraz częściej kołacze się w mojej głowie jej wspomnienie, gdy obserwuję kierunki jakie obierają niektóre uznane do niedawna teatry niezależne. Tym razem ta konstatacja przyszła do mnie na widowni Komuny Warszawa, gdzie gościnnie Teatr Malabar Hotel pokazał „Umadevi”. 


Premiera indyjska odbyła się 18 stycznia 2026 na Kochi Muziris Biennale. Spektakl polski jest zatem, jak mniemam, owocem akademickiej wyprawy do Indii, na jaką ruszyli studenci Akademii Teatralnej w styczniu 2026 roku. Wraz z nimi pojechali wykładowcy Uczelni - prof dr hab Marcin Bartnikowski, dr hab Marcin Bikowski, dr Paula Czarnecka i dr Łukasz Chotkowski. Czyli troje aktorów i reżyser „Umadevi”. Grupa Wykładowców - cytuję zapowiedź ze strony Akademii Teatralnej, filii w Białymstoku „…weźmie natomiast udział w Festiwalu w New Delhi, prowadząc warsztaty animacyjne, wygłaszając prelekcje i wzmacniając długofalową współpracę międzynarodową.”. Rzecz dotyczy Polki, która od 1935 roku w Indiach żyła.  Przeszła na buddyzm. Wanda Dynowska. Poetka, społeczniczka, która starała się nieść pomoc tybetańskim uchodźcom. Podobno była kulturową emancypantką żyjącą według własnej idei współistnienia między kulturami i religiami - to urywek z programu przedstawienia.


Niewątpliwie Malabar Hotel nadal urzeka lekko napisanym tekstem, błyskotliwą narracją i pięknym prowadzeniem lalek - na scenie kryją się za nimi postaci Aktorów. Ich spektakl to żart sceniczny albo szkic, mający na celu połechtanie jedynie intelektu widzów bez zbędnej metafizycznej czy psychologicznej głębi. Tylko nagość cesarza objawia się w całej okazałości. Bo tam, moim zdaniem nic więcej nie ma. Po co organizować prawie godzinne widowisko w którym troje aktorów przemierza meandry losów Wandy Umadevi, pokazywać nagrane w czasie indyjskiej wycieczki videorelacje z urokliwych plaż, oraz kilka osób w interakcjach z lalką przedstawiającą tytułową bohaterkę? Po co z poważnymi minami opowiadać ludziom straszliwe banały? Jeśli to żart, aluzja do niespójnych i utopijnych poglądów Umadevi - nie kupuję tego. Każdy człowiek ma prawo do swoich, choćby najbardziej utopijnych i zabawnych przekonań. Wierzy w nie i stanowią dla niego wartość. Prezentowanie ich w ośmieszającej formie, a taką moim zdaniem przyjmuje „Umadevi” to szyderstwo. Ze sceny płyną definicje pojęć podstawowych. Sprowadzają się do truizmów możliwych do streszczenia jako: wolność  polega na tym że ludzie są wolni. Empatia to po prostu  empatia dla innych a wspólnota oznacza że jest się wspólnotą. Tak to mniej więcej wybrzmiewa. Można przyjąć taką konwencję. W takim razie nie jest to „mój” rodzaj narracji. Porywały mnie ich spektakle. „Nieosobni”, „Deszcz”. Wspaniałe, pełne delikatności i grające na emocjach. Szacunku dla postaci. Tutaj tego nie znalazłem. Jest na dodatek potwornie nudno. Podszyta poczuciem besserwisseryzmu drwina z Umadevi. Rozkrzyczana lalka, prowadzona przez Marcina Bikowskiego, kaprysząca i sypiąca chaotycznymi urywkami myśli. Zacząłem jej współczuć. Pewnie żyła w imię swoich zasad. Wierzyła w nie i stanowiły dla niej wartość. Tu sprowadzone do prostego mianownika stały się karykaturami samych siebie.  


Dla kontrapunktu i sprawiedliwości pozwolę sobie przypomnieć, kim była Wanda Dynowska, bohaterka „Umadevi”. To pisarka, poetka, popularyzatorka hinduizmu w Polsce. Aby nie zarzucać Państwa biograficznymi fikołkami skupię się na najważniejszych wydarzeniach Jej życia. Do Indii trafia w 1935 roku. Wojna to po pierwsze nieudana próba powrotu do Polski. potem organizowanie pomocy dla Polaków, którzy wraz z Armią Andersa wyszli z ZSRR. Przez trzy lata pracy dla polskiego konsulatu w Bombaju odkładała 3/4 swoich zarobków. Za zaoszczędzone pieniądze stworzyła Bibliotekę Polsko-Indyjską. Dwa razy - w 1960 i 1969 roku - przyjechała do Polski. Podczas obu wizyt szukała pomocy dla znajdujących się w rozpaczliwej sytuacji uchodźców tybetańskich, między innymi spotykając się z Karolem Wojtyłą. Od 1960 roku pracowała wśród tybetańskich dzieci, które podczas ucieczki przed chińską inwazją utraciły rodziców. Uczyła je angielskiego, dożywiała, szyła im ubrania. Znajdowała dla nich miejsca w szkołach indyjskich, zdobywała stypendia w placówkach zagranicznych. Jej zdrowie załamało się w 1970 roku. 20 marca 1971 roku, po przyjęciu komunii i wysłuchaniu katolickiego nabożeństwa, ubrana w karminowe sari przyjęła pozycję medytacyjną i zapadła w trans. Tego samego dnia zmarła. Zgodnie z ostatnią wolą jej zwłoki zostały spalone. Nie jestem pewien, czy to postać godna rozkrzyczanej lalki śmigającej w karminowym kostiumie po offowej scenie Polski roku 2026. 


Wyszedłem zmęczony. Godzinnym słuchaniem o niczym i śledzeniem ruchu lalek w nadziei, oczekiwaniu na to, że wreszcie coś się na scenie wydarzy. Coś, co wyjdzie poza ramy mielizny na rzeczce Wkrze w sierpniowy upał. Popłynie wartkim nurtem. Z przykrością skonstatowałem że nawet finału w tym przedstawieniu nie ma. Po prostu narracja się urywa. 


Jedna, może jedna scena pozwala podnieść ciążące powieki. To przesłuchanie głównej bohaterki w polskiej ambasadzie okresu PRL. Niby nic wielkiego i wszystko przewidywalne. Ale zręcznie wykorzystana jest gra kamery i mnogości malutkich, białych plastikowych ludzików.  Jestem życzliwym człowiekiem. Nie lubię krytykować. Dlatego ten moment wskazuję jaki jutrzenkę. Błysk w oceanie nudy. 


Pobieżne, chaotyczne, sklecone naprędce widowisko. Tak. Zrobili je ludzie bez wątpienia utalentowani i umiejący pudrować niedostatki. Jednak nawet kilo pudru w postaci lekkiej formy i kubeł szpachli zrobionej z błyskotliwej teści nie pokryją tego, że Malabar Hioel na razie ma szkielet. Pomysł spektaklu „Umadevi”. Jeżeli miałby stanąć w Malabar’s Hall of Fame obok wspomnianych „Nieosobnych” i „Deszczu”, to droga przed nim długa i kamienista. 


tekst, reżyseria, dramaturgia: Łukasz Chotkowski

lalki: Marcin Bikowski

muzyka, wideo, światło: Marcin Bartnikowski

występują: Paula Czarnecka, Marcin Bartnikowski, Marcin Bikowski, Tapas Chatterjee (wideo)

produkcja: Katarzyna Szumlas, Marcin Bartnikowski




Komentarze

Popularne posty