Iwona, księżniczka Szekspira?

Teatr to wielki kocioł podgrzewany laboratoryjnym palnikiem. Warzy się w nim materia, z której jak bąble wyskakują widowiska. Rozpryskują się nad widzami. Olśniewają, piętnują żrącym sokiem chemicznych substancji. Brudzą. W kotle miesza się twórczą moc teatru. Niedawno widziałem spektakl przygotowany przez tą samą, co dzisiaj panią Reżyser. Podobny był team Twórców. Stworzyli wtedy ledwie bąbel pary, który rozwiał się i znikł. A to przecież w dużej mierze ci sami Artyści, którzy przywieźli do Rzeszowa „Iwonę, księżniczkę Burgunda”. Reżyseruje Lena Frankiewicz. Scenografia Agaty Stanuli. Kostiumy Krystiana Szymczaka. Choreografia Agnieszki Kryst. Multimedia i video Mateusz Zieliński. Muzyka Stefan Wesołowski. Przedstawienie przyjechało z Bielską Białej, z tamtejszego Teatru Polskiego. Widziałem kilka różnych „Iwon”. Oczywiście piękno teatru polega na tym, że każdy sam według własnego kryterium, ocenia produkty zachodzących w kotle reakcji chemicznych. Dla mnie widowisko Leny Frankiewicz to jeden z najlepszych spektakli jakie widziałem. Kompletny pod każdym względem. 


Pani Reżyser znakomicie wydobyła coś, co pobrzmiewa w głowie czytelnika i widza zagłębiającego się w gombrowiczowską „Iwonę księżniczkę Burgunda”. Szekspirowski cień, który kładzie się na tym tekście. Odniesienia, aż nadto same się pchające przed oczy, tu zabrzmiały czysto i wyraźnie. Książę Filip (Michał Czaderna) jest hamletowski. Podszyty dylematami, umykający królewskim normom i zwyczajom. Wspierany przez Cyryla (Mateusz Wojtasiński) i Cypriana (Grzegorz Margas), dwóch przyjaciół jak w lustrze odbijających Rosenkranca i Gildensterna. Tamci przez Hamleta odtrąceni. Ci również odsuwani przez Filipa, który brnie w tuman szaleństwa, zmierzając nieuchronnie do własnej zagłady. Wymyka się z niej. Gombrowicz inaczej niż Szekspir kończy swoją opowieść. Tam władcy Elsynoru giną. Tu, w wyniku zbrodni, umykają zagładzie. Ratują status quo. Frankiewicz buduje moim zdaniem znacznie więcej powiązań między Szekspirem i Gombrowiczem. Świetny jest monolog Królowej Małgorzaty (brawurowa rola Marty Gzowskiej-Sawickiej)  z drugiego aktu „Iwony”. Bodaj pierwszy raz zobaczyłem go  tak dramatycznym, tak logicznym wśród różnych inscenizacji które widziałem. Królowa zaczyna, jak zwykle, od swoich wątpliwej jakości wierszy. W bielskiej inscenizacji stają się one popowymi piosenkami śpiewanymi przez władczynię. A potem następuje jej przemiana. Małgorzata staje się ucieleśnieniem zbrodni i sumienia, splecionych w dialogu szarpiących nią wątpliwości. Zabić Iwonę, czy pozostawić swojemu losowi? Miotana wątpliwościami królowa przemierza scenę. Moduluje głos, momentami wpada w nikczemny skrzek ludzkiej podłości. Wydobywa się z niego. Po to by jak smoczy oddech zionąć ogniem zła. Widzicie Państwo już Gertrudę ze sceny rozmowy z Hamletem w swojej komnacie? Tej zakończonej zabiciem Poloniusza? Tu moim zdaniem Frankiewicz połączyła obie królowe w sposób wprost fantastyczny. A Poloniusz i Szambelan (Piotr Gajos)? Obaj wygadani, obaj kunktatorscy. Gotowi na wszystko w imię zachowania monarszego status quo. I król Ignacy (popis po prostu Grzegorza Sikory). Wspaniale skonstruowana postać, choć zachodząca w nim w drugim akcie przemiana w pewnego lidera współczesnego nam świata - przyznaję znakomicie zagrana - aż nadto oczywista i może nawet niech będzie mi wolno pozostać w wątpliwości, czy nie nadmiernie efekciarska. Natomiast on sam w swoim skrywanym okrucieństwie. W sekrecie dawnej zbrodni i lekkości z jaką planuje kolejną, w takt podszeptu Szambelana - szekspirowski. Podobny bratobójcy Klaudiuszowi, który przebiegłością i żądza władzy zdobywa duński tron w „Hamlecie”. 


Jak w tym wszystkim usadowić, ulokować tytułową Iwonę (kreacja Anity Janci wprost stworzona do nagród)? Odnaleźć miejsce dla postaci, która w tekście Gombrowicza prawie się nie odzywa? Zazwyczaj inscenizacje skazują ją na rolę wyrzutu sumienia. Snującego się jak duch w myślach i za plecami pozostałych bohaterów. Anna Augustynowicz w inscenizacji „Iwony, księżniczki Burgunda” (premiera 16 maja 2026) w warszawskim Teatrze Ateneum zakuła ją wręcz w kaganiec. Maskę, wykluczającą możliwość mówienia. Przypięła do niej arkan, na którym była prowadzona po scenie. Frankiewicz wybrała zupełnie inną drogę. Iwona w spektaklu z Bielska Białej wręcz krzyczy. Bez słów ale głośno i wyraźnie. Świetnie Pani Reżyser zaplanowała wzmocnienie tej postaci za pomocą pracy kamery. Oglądając detale twarzy Iwony czytamy z nich jak z książki. Ofelia? U Szekspira zniszczona przez dworski kaprys bezwzględnego uprzedmiotowienia, w imię ratowania Hamleta. Staje się zabawką w jego rękach. Odtrącona, poniżona popada w obłęd i ginie. U Gombrowicza jej los jest podobny. Ofiara książęcego witza, narastającej potem niechęci dworskiego establishmentu. Aż do wyrafinowanej intrygi z karasiami. Tak wyrafinowanej, że aż głupiej, jak pada ze sceny. Warto popatrzyć na inscenizację Leny Frankiewicz trzymając na kolanach egzemplarz „Hamleta”. Świetnie się w tej konwencji Jej  „Iwonę księżniczkę Burgunda” ogląda. 


Ale to nie koniec. Nie wszystko. Bo Pani Reżyser udało się, jak rzadko mam wrażenie kiedy, dojrzeć w tekście Gombrowicza traumy i fobie nękające Autora. Jego niechęć do klas niższych, a zarazem fascynację bytowaniem plebsu. Iwona i Inocenty skupiają na sobie oko, jak bakterie obserwowane w okularze mikroskopu. Tak też są traktowani. Materiał badawczy. Bez czucia, bez wrażliwości. Martwy za życia - zatem dopuszczający wszelkie możliwości krojenia go i rozczłonkowywania w imię zaspokajania ciekawości. Miętusowa skłonność do parobka z „Ferdydurke”? Podobnie. I ta fascynacja erotyką. Skrywana ciekawość i zarazem potrzeba wyszukiwania drobnych elementów, czyniących pikanterię i posuwających życie na skraj perwersji. Frankiewicz mówi w swojej inscenizacji o seksie dosadnie. Świetna jest scena fizycznej miłości Iwony i Filipa. Wstrząsająco mocna, dobitna i nie pozostawiająca miejsca na wątpliwości z kolei ta, w której król Ignacy gwałci Iwonę. A ona zapada się w niemy strach przed tym, do czego posunąć mogą się wobec niej postaci zaludniające dramat Gombrowicza. Scena, która wreszcie ma należyte miejsce, jest przełomowym momentem dramatu. 


Jest jeszcze inna możliwość czytania bielskiej inscenizacji. Iwona oaz Inocenty wchodzą na scenę od strony widowni. Ona po przejściu przez salę siada w pierwszym rzędzie i stamtąd zostaje zabrana przez Cyryla, doprowadzona przed oblicze księcia. Siedzi dłuższą chwilę między widzami. Staje się jedną z nich. Potem, kaprysem kasty, zostaje porwana i wtłoczona do ich bańki. Świata, którego nie zna, nie rozumie i który w konsekwencji doprowadza ją do zguby. Z drugiej strony widowni ruszy w drogę na scenę Inocenty. On także jest obcym ciałem w arystokratycznej układance orszaku króla Ignacego i królowej Małgorzaty. Oboje - Iwona i Inocenty - różnią się od pozostałych postaci kostiumami. Gdy tamci ubrani w pretensjonalne „artystyczne” stroje wystawiają twarze na łaskę promieni słonecznych, ci wyglądają jak zwykli, nam współcześni, codzienni szlifierze bruku. Powszedni, szarzy. Jak definiuje Frankiewicz te dwa światy? Czym jest dworska bańka, która od początku spektaklu trwa na scenie? Dzisiejszym plemieniem celebrytów show biznesu? Arystokracją finansjery? A Iwona i Inocenty? Oto ludzie prości, w prostocie swojej niezauważalni. Przedmiotowi. Kolejna możliwość czytania tej wersji „Iwony księżniczki Burgunda”, voila!


Jestem pod ogromnym wrażeniem wieloznaczności spektaklu teatru Polskiego z Bielska Białej. Lena Frankiewicz rozłożyła „Iwonę, księżniczkę Burgunda” na bezlik możliwych do łączenia puzzli. A potem pieczołowicie, z namysłem ułożyła z nich swój obraz dramatu Witolda Gombrowicza. Fascynujący możliwościami interpretacji. Nowych, ciekawych. Rozwijających to, co w odczytywaniu „Iwony” brzmiało ale mam wrażenie do tej pory tak ciekawie nie zostało wyłożone. Wyszedłem z Teatru im. Wandy Siemaszkowej oczarowany. Żal mi, że tylko na dwa dni mogłem zajrzeć do przepięknego jesienią Rzeszowa, na tutejsze Spotkania Teatralne, czyli Festiwal Arcydzieł. W jego ramach Artyści „Siemaszki” pokażą jeszcze „Fausta” w reżyserii Jana Nowary. A potem będzie oczekiwanie na werdykt. Ciekaw jestem decyzji Jury i Publiczności.  Choć w tym drugim przypadku mam wrażenie - można przewidzieć kto otrzyma tą najważniejszą moim zdaniem na każdym festiwalu nagrodę. Bo przecież teatr, ten wielki kocioł w którym bulgocze sztuka, robi się dla Widzów…



Reżyseria – Lena Frankiewicz

Scenografia – Agata Stanula

Kostiumy – Krystian Szymczak

Choreografia – Agnieszka Kryst

Reżyseria świateł – Damian Pawella

Multimedia/ Video – Mateusz Zieliński

Muzyka – Stefan Wesołowski

Asystent reżyserki – Mateusz Wojtasiński

Asystentka choreografki – Katarzyna Sikora

Premiera: 17 maja 2025 r.

Czas trwania: 160 minut (1 przerwa)

 

Obsada

Anita Jancia (Iwona), Grzegorz Sikora (Król Ignacy), Marta Gzowska-Sawicka (Królowa Małgorzata), Michał Czaderna (Książę Filip), Piotr Gajos (Szambelan), Marta Suprun/ Żaneta Rus (Iza), Mateusz Wojtasiński (Cyryl), Grzegorz Margas (Cyprian), Jagoda Krzywicka (Dama I), Wiktoria Węgrzyn-Lichosyt (Dama II), Flaunnette Mafa (Dama III), Sławomir Miska (Inocenty, Żebrak), Adam Myrczek (Walenty)





Komentarze

Popularne posty