Dżuma na śmierć i życie

Dżuma jest życiem. Nic więcej - tak brzmi finałowe przesłanie spektaklu w reżyserii Wojciecha Kościelniaka. Obejrzałem go na 64 Rzeszowskich Spotkaniach teatralnych, czyli 05 Festiwalu Arcydzieł, a matecznikiem „Dżumy” jest scena bydgoskiego Teatru Kameralnego im. Wandy Rucińskiej. Trzy prawie godziny, jedna przerwa. I co?


I mnóstwo kłębiących się myśli. Dobrych, złych. Ambiwalentnych. Wyszliśmy z Teatru im. Wandy Siemaszkowej rozdyskutowani. Bo porwanie się na teatralną adaptację opowieści tak rozległej i wielowarstwowej jak „Dżuma” Alberta Camus to dzieło bardzo dyskusyjne. Jak dokonać niezbędnych skrótów? Wyłowić z powieści wątki główne, odciąć bezlitośnie poboczne? Przecież tam wszystko się ze sobą zaplata. Stanowi całość nierozerwalną, składającą się na egzystencjalny obraz społeczeństwa w laboratoryjnej klatce. Labiryncie wręcz lęku, decyzji i rozterek. Ludzi nagle pozbawionych wolności i zmuszonych do walki o przetrwanie w obliczu nieobliczalnej epidemii. Na dodatek, co brzmi już jak szaleństwo, bydgoska inscenizacja to musical. A przecież ten gatunek kocha historie proste, pozwalające się opowiedzieć bez nadmiernego angażowania innych, niż wyobraźnia sfer umysłowych. 


Zapewne przyjemniej byłoby zacząć od chwalenia „Dżumy”. Jednak w mojej głowie kołacze się wątpliwość: Czy to się Kościelniakowi zwyczajnie nie „rozjechało”? Stworzył widowisko, które w ambitnym planie ma ów splot egzystencjalny przenieść na scenę. Jednak ta jest bezlitosna. Nie znosi nadmiaru. Karze za przesadę. I tu jest, moim zdaniem, ukryta słabość przestawienia: Ono jest za długie. Momentami traci dynamikę. Kolejne opowieści o ludzkich losach nie popychają fabuły. Oglądając „Dżumę” przypomniałem sobie wystawę „Witkacy sejsmograf przyspieszenia”, którą w 2022 roku pokazano w warszawskim Muzeum Narodowym. Składała się z ponad 500 prac. I uczciwie mówiąc jej przejście w ciągu jednego dnia było zarezerowane jedynie dla ślepych estetycznie snobów, którzy poszli tam aby strzelić selfiacza na tle wystawowego logo i wstawić go na Insta budząc szacun u znajomych. Tu było podobnie. Nagromadzenie wątków, świetnych zabiegów artystycznych powodowało irytację. Złościłem się sam na siebie że nie mam już siły żeby wszystko należycie dojrzeć i docenić. A wywołanie takiego uczucia nie jest zaletą żadnego działania twórczego. 


Co więcej. Kościelniak zmienił płeć głównych bohaterów. W wersji Camusa są mężczyznami. U polskiego reżysera do głosu doszły kobiety. W tym jednak wypadku specjalnie to nie razi. Nie jest to na szczęście zabieg tak idiotyczny jak w niedawnej premierze „Złego” w Teatrze Powszechnym, gdzie Krzysztof Garbaczewski kazał aktorkom grać silne, stricte męskie postaci warszawskich gangsterów, stróżów prawa i chwackiego kioskarza Juliusza Kalodonta zamieniając „Złego” w bajdurzenie gawroszy nad szklaneczką lemoniady. Ale - nie o tym spektaklu tu mowa.  Mamy zatem doktor Rieux, panią Tarrou, panią Rambert. OK - każda wizja Reżysera jeśli trzyma się kupy jest do zaakceptowania. Tą kupy się trzyma. Tylko czy te postaci Kościelniakowi się udały? Czy są równie przejrzyste a ich obecność jest równie zasadna jak w powieści Camusa? Na przykład historia Tarrou z drugiego aktu. Czy jw ogóle est w spektaklu potrzebna? W powieści bezwzględnie tak. Na scenie - mam wątpliwości, czy jej monolog zwieńczony aktem sprzeciwu wobec ojca i kary śmierci ma sens. Snuje się także w efekcie zupełnie niewykorzystany Cottard. Ciekawa to postać w powieści. Dżuma jest jego zbawieniem, bo w powszechnym bałaganie unika aresztowania. Można rzec - zachowuje status quo tak długo jak długo trwa epidemia. Jest u Camusa postacią drugoplanową ale ma swoją misję. Jego zabarykadowanie się i strzelanie do ludzi gdy choroba ustępuje to symbol. Boi się powrotu reguł. Anarchia i zamęt stały się jego środowiskiem a normalność wpędza go w obłęd. W spektaklu natomiast Cottard to przyjemny gość w białym garniturze i kapeluszu panama, który dziarsko hasa po scenie co jakiś czas na nią wskakując gdy mu to zapisano w scenariuszu. Ale przyczyna jego bytu uzasadnienia nie ma. Bo Kościelniak zabrał mu najważniejsze narzędzie - finalny upadek. Może wobec tegotzreba było go usunąć w całości? 


Dość. Przecież za moment dojdą Państwo do błędnego przekonania, że bydgoski Kameralny przygotował marny spektakl. A jest zupełnie odwrotnie! Można użalać się nie nad niedoborem, a raczej nad klęską urodzaju. I tu, myślę, rozumiem Reżysera. Mając tak świetny artystycznie materiał, tak znakomite songi, bardzo trudną decyzją jest dokonywanie skrótów. Diabelnie wręcz trudną i nie chciałbym być w Jego skórze. Ta „Dżuma” jest przede wszystkim znakomita muzycznie. Występujący wymiennie Muzycy:  Kacper Kasprzak, Adam Lemańczyk (pianiści), Grzegorz Nadolny, Antoni Olszewski (kontrabasiści), Patryk Dolepski, Mateusz Krawczyk (perkusiści) grający kompozycje Mariusza Obijalskiego to moim zdaniem najmocniejszy punkt przedstawienia. Tak. Przecież Aktorzy mają dzięki Nim zadanie ułatwione. Poruszają się w uniwersum kapitalnego dźwięku. Budującego emocje i stwarzającego pole do wokalnych popisów. To nie wszystko. Tego spektaklu nie ma bez scenografii. Fantastycznej, powiększonej o świetnie skorelowane projekcje video. Oran ze swoimi zakamarkami, tajemnymi zakątkami, z upałem miasta na pustyni, rośnie przed oczami Widzów i wkrada do ich wyobraźni. Mariusz Napierała tę scenografię wymyślił. I wielkie za nią dla Niego brawa! A wizualizacje i multimedia to z kolei doskonała robota Zachariasza Jędrzejczyka i Veraniki Siamionavej. Ha! To nie koniec. Przecież nie sposób pominąć świateł! Kapitalnych, szczególnie w pierwszym akcie, gdy praca reflektorów buduje nastrój napięcia. Grozy. Nadciągającej, jeszcze nieogłoszonej ale już widocznej jak na dłoni, nieuchronnej hekatomby. Epidemii, która idzie aby zabijać mieszkańców Oranu. Te reflektory  dopełniają całość. Budują przepiękny, plastyczny świat zapowietrzonego miasta. Ukłony szacunku dla Reżysera świateł Tadeusza Trylskiego. 


Pojawiają się Aktorzy? Nie. Na początku jest… Dżuma! Anioł Zła i Grozy. Wpełzający w miejskie zakamarki. Wciskający się pod ludzką skórę. Przerażający brakiem litości. Dżuma nie jest życiem. Jest Śmiercią. Tańczą tę rolę (Anioła Dżumy) na zmianę Mateusz Pietrzak i Maria Salwińska. Miałem przyjemność oglądania Salwińskiej. To kreacja. Wspaniała, niesamowicie sugestywna, skupiająca uwagę w każdym pojawieniu się na scenie. Jej Anioł Dżumy ma tylko jedną wadę: Jest go dla mnie za mało. Mógłby tańczyć i tańczyć w nieskończoność. Żartuję oczywiście, bo przecież rola ta jest doskonale przemyślana i wkomponowana w przedstawienie. Anioł Dżumy wije się w skurczach cierpienia i żądzy zabijania. Dopada umykających przed chorobą ludzi. Odbiera im życie. A na twarzy nie drga mu ani jeden muskuł. Salwińska swoją postać buduje wyłącznie świetnie zaplanowanymi i zatańczonymi układami choreograficznymi (Mateusz Pietrzak jest twórcą choreografii w tym widowisku - brawa!!!). Pozostaje zarazem zdystansowana. Zimna. Bezlitosna. Dżuma w „Dżumie” wyszła Kościelniakowi wprost idealnie! Nie mówi ani słowa. A zostaje w pamięci na długo.


Aktorsko widowisko jest w miarę równe. Oczywiście są momenty lepsze i gorsze. Pozostając w świecie lepszych nie sposób pominąć kazania Ojca Paneloux (Leszek Andrzej Czerwiński), czyli songu wieńczącego pierwszy akt widowiska. Mocnego, znakomicie zaśpiewanego, napisanego i zagranego. To taki moment w teatrze, w którym nawet najbardziej już czekający antraktu Widzowie szeroko otwierają oczy aby nie uronić ani jednego ruchu, słowa, nuty. Esencja musicalu, bo przecież bydgoska „Dżuma” właśnie musicalem jest. Ciekawie prezentuje się grany przez Nikodema Bogdańskiego Józef Grand. Jeden z wątków skomplikowanej powieściowej układanki, czyli pierwszy orański ozdrowieniec. Ujmujący swoją delikatnością, czytelny i pięknie pokazany. W pierwszym akcie doskonale wypada, moim zdaniem, scena przedstawiająca rodzinę sędziego Othona, czyli rodzinny obiad w restauracji tuż przed wybuchem epidemii. Bardzo dobrze się to ogląda a pomysł z manekinami pozostałych członków rodziny - daje do myślenia, choć oczywiście nie jest niczym nadmiernie artystycznie odkrywczym. 


I tak to się miesza, miele i huśta, można napisać. Świetne sceny z przeciągniętymi  Wszystko jednak podane w tak znakomitej oprawie, że trudno wskazywać gdzie mogłyby zadzwonić nożyce i kawałek tej „Dżumy” miałby spaść na podłogę. Obejrzałem spektakl bydgoski z wielkim zaciekawieniem. Czy Dżuma to życie, jak zabrzmiało w finale? Dyskutowałbym. Przestawienie nie jest spójnym i przekonującym dowodem takiej tezy. Nadmiar wątków, ich gmatwanina, mam wrażenie utrudnia percepcję. Pozostaję przy swoim odbiorze: Dżuma która nadeszła z Bydgoszczy jest śmiercią. Ale to zasługa kapitalnie tańczącej Marii Salwińskiej. 


Scenariusz i reżyseria: Wojciech Kościelniak (scenariusz w adaptacji Wojciecha Kościelniaka na podstawie powieści Alberta Camusa)

Muzyka: Mariusz Obijalski

Choreografia: Mateusz Pietrzak

Scenografia: Mariusz Napierała

Kostiumy: Anna Adamek

Producentka wykonawcza i druga reżyserka: Katarzyna Witkowska

Reżyseria świateł: Tadeusz Trylski

Druga asystentka reżysera i choreografka: Katarzyna Kłaczek

Przygotowanie wokalne: Paulina Zaborowska

Multimedia i wizualizacje: Zachariasz Jędrzejczyk i Veranika Siamionava


Obsada:


Sara Lech (Doktor Bernarda Rieux), Julia Witulska (Ona), Katarzyna Chmara (Jeanne Tarrou), Katarzyna Kłaczek (Régine Rambert), Nikodem Bogdański (Józef Grand), Adrian Wiśniewski (Cottard), Błażej Chorobiński (Sędzia Othon), Leszek Andrzej Czerwiński (Ojciec Paneloux), Zofia Gołaj (Infdok), Michał Rybak (Michel), Filip Łach (Doktor Richard), Judyta Wenda (Matka), Witold Szulc (Hiszpan), Piotr Jankowski (Doktor Castel), Radosław Garncarek (Doktor Castel), Łukasz Lenart (Prefekt), Dominik Ochociński (Prefekt), Mateusz Pietrzak (Anioł dżumy), Maria Salwińska (Anioł dżumy)

 

Muzyka na żywo: piano: Kacper Kasprzak, Adam Lemańczyk; kontrabas: Grzegorz Nadolny, Antoni Olszewski; perkusja: Patryk Dolepski, Mateusz Krawczyk





Komentarze

Popularne posty