Bezkresne morze wrażliwości
On zrobił coś strasznego. Ona zrobiła coś strasznego. Oboje spotykają się w barze na Bronxie. Pusto, niedługo zamknięcie lokalu. Zaczynają zazębiać się ich losy. I powstaje z tego spektakl wprost przepiękny. Delikatny, pełen wrażliwości i wzruszenia. Trzymamy za bohaterów kciuki bo ta historia jest opowiedziana tak dosadnie i tak realistycznie, że wierzymy. Czujemy ich obecność tuż obok. Jesteśmy tam razem z Dannym i Robertą. A potem wzruszamy się aż do zaciśnięcia krtani…
Ale zacznijmy od początku. To „Danny i bezkresne niebieskie morze”, premiera w Teatrze Druga Strefa. Reżyseruje Maria Wierzbicka. Na scenie Marcel Parysek (Danny) i Kasia Pachelska (Roberta). Ona skończyła londyńską The Royal Central School of Speech and Drama. On Akademię Sztuk Teatralnych w Krakowie, a jest też absolwentem nowojorskiego Stella Adler’s Studio. Ważne. Bo grają tak, jak w Polsce się w teatrach nie gra. Tworzą pieczołowicie postaci wręcz do bólu realne. Przekonujące. Wciągają w ich świat tak, jakbyśmy przechodzili na drugą stronę lustra. Dodatkowo Marcel Parysek, wspólnie z Polą Krzesiak, przetłumaczyli na język polski tekst dramatu autorstwa Johna Patricka Shanleya, który na scenie oglądamy. Szedłem z nieufnością. Nie znałem tych aktorów. Nie znałem Pani Reżyser. I stało się to wspaniałe, zaczarowane zdarzenie. Gdy zaczęli, kiedy ruszył dialog pierwszej sceny już było wiadomo: Czas otworzyć oczy i nastawić uszy. Oni nadają na tej teatralnej częstotliwości, na której spotyka się tylko najlepszych.
Fabuła nie jest specjalnie nowa, zapewne wielokrotnie taki pomysł Państwo widzieli, czy też o nim słyszeli: Dwoje potłuczonych życiem ludzi spotyka się w barze. Późno. Niedługo zamknięcie. Podejrzana okolica. Pusto. Oboje łakną kontaktu. Szukają czyichś oczu. Lustra, w którym mogą odbić i zobaczyć swoje pokiereszowane losy. Wpadają na siebie i… Wystarczy. Nie opowiem więcej, bo tu nie fabuła jest moim zdaniem najważniejsza. To trzeba umiejętnie zagrać. Mocny, nie przeczę, tekst trzeba umieć przenieść na scenę, zbudować napięcie między postaciami. I oni to zrobili wprost fenomenalnie.
Danny jest agresywny. Siła i brutalność to jego pancerz za którym chowa się przed światem. Dwa dni poprzedzające wizytę w barze spędził na ulicznych bójkach. Zmęczony, obolały siada z butelką piwa. Roberta z kolei gdy miała osiemnaście lat zaszła w ciążę. Urodziła ale życie nie ułożyło się po jej myśli. Zniszczyli je nadopiekuńczy rodzice. Rozpadło się jej zawarte z przymusu tandetne małżeństwo. Nienawidzi syna, nie znosi matki. Jest jeszcze coś. Coś, co wydarzyło się między nią a ojcem. Coś tak strasznego, że kobieta nie może uporać się z poczuciem winy. Upokorzenia i upodlenia. Nienawiść do ojca jest trucizną, która przenika ją los szpiku kości. Przyszła po chwilę dystansu. Szuka kogoś kto będzie chciał, umiał wysłuchać.
I tych dwoje zaczyna odkrywać w sobie wielkie, skrywane skrzętnie pokłady delikatności. Wrażliwości. Marzenia o innym, lepszym świecie. Bo mimo ciosów jakie na nich spadały, mimo ohydy świata, który szaleje dookoła - zachowali piękno głęboko zakopanych w sobie marzeń. Powoli, jak wysuwający się z bezpiecznej skorupy krab, zbliżają się do siebie. Otwierają. Pozwalają marzeniom spleść się i zjednoczyć.
A potem jest noc. Są w obskurnym pokoju, w którym swoje dni spędza Roberta. I nie ma żadnego znaczenia, że zwietrzałe wino smakuje jak szczyny. Nie ma znaczenia, że za oknem świeci nie księżyc a lampa, którą sąsiad umieścił żeby nie okradano mu gołębnika. Nie liczy się też, że pokój to dawny składzik na miotły, który Roberta własnoręcznie wyremontowała. Jest ich pałacem. Domem, który budują z tych wspomnianych już marzeń. Ona w białej sukni. On w garniturze. Kościół. Biorą ślub. Danny się najpierw oświadcza. Roberta prosi tylko aby wśród weselnych gości nie było nikogo, kogo zna. Chce zamknąć na klucz swoje podłe, z dnia na dzień lejące się przez palce, okraszone potwornym poczuciem krzywdy i winy, życie. Danny planuje zaprosić matkę. Mówił o niej rzeczy paskudne. Teraz, gdy skorupa się otworzyła, już nie udaje. Jest delikatnym, niosącym głowę w chmurach chłopakiem, którego droga prowadziła wyłącznie przez wyboje i zakręty. Nie poddał się. Wierzył. A my zafascynowani czujemy jak współczucie dla nich przeradza się w wielką nadzieję, że to się im uda.
Budzi ich ostre światło dnia. Sen pryska. Mają do rozwiązania jedną sprawę. Jestem w kropce. Opowiedzieć o niej to popsuć wielką przyjemność oglądania tego spektaklu. Nie opowiedzieć - to skazać się na milczenie o świetnie zagranym i wykreowanym monologu Danny’ego. O miłości, łamaniu serca. O przebaczeniu. Szlachetności tak prostej a zarazem tak wielkiej, że jeśli wytrzymają Państwo bez zaciśniętej krtani do tego miejsca, to tutaj już zapewne to się stanie. Marcel Parysek zagrał Danny’ego wstrząsająco. Tak, że trudno zachować dystans jaki przecież w teatrze nakłada umowa między widzem a aktorem. Umowa oparta na fikcji, wykreowaniu wymyślonej historii. Danny w wykonaniu Paryska jest prawdziwy, wzruszający. A naprzeciwko niego piękna, pełna uwięzionego bólu, zła, wstrętu do samej siebie, kobieta. Kasia Pachelska utkała Robertę kunsztownie. Przekonująco. Świetna jest scena poranka, w której miota się w swoich emocjach. Niszczycielska siła pcha ją do zburzenia tej ledwie powstałej konstrukcji związku z Dannym. Stara się zmiażdżyć do cna nadzieję na szczęście. Boi się. Nie wierzy. A zagrane to jest tak, że w sali cisza jak makiem zasiał.
Kiedy zdejmiemy z bohaterów „Danny i bezkresne niebieskie morze” warstwy traum i rozpaczy, stanowiących literackie wzmocnienie charakterystyk postaci, wielu z nas zobaczy siebie. Szukających zrozumienia. Uwagi i wrażliwości. Wysłuchania. Bo Roberta i Danny są de facto w każdym, kto kiedykolwiek naraził się na piekło missunderstanding. Niezrozumienia gdy w dłoniach trzymał własne, bezbronne serce. Chciał dzielić się swoimi radościami, smutkami. Odbił od nieczułości. Braku uwagi.
Czy Danny i Roberta, dwoje życiowych rozbitków na bezludnej wyspie w oceanie ludzi, wygrają? Zbudują coś, co pozwoli nam, widzom, wyjść z teatru z poczuciem, że Los jednak potrafi uśmiechać się nie tylko złośliwie wykrzywiając rzeczywistość? Zobaczcie Państwo sami. Świetny, trzymający w napięciu. Mądry i wzruszający spektakl o pięknie ludzkich marzeń i miłości. Tu nie ma dupereli o dziecku które zjadło ciastko babuni i ma traumę, nie ma temu podobnych bredni jakie serwuje w nadmiarze „teatr społecznie zaangażowany”. Jest kawał sztuki. Kawał emocji. Miłości, która - o czym zapominamy w pianie dni - potrafi pokonać każdą przeciwność Losu. Tylko trzeba w nią uwierzyć.
„Danny i bezkresne niebieskie morze” to kolejna premiera Teatru Druga Strefa w nowej siedzibie przy Modzelewskiego w Warszawie. Mam wrażenie, że teatrowi Sylwestra Biragi przeprowadzka z Magazynowej wyszła na zdrowie. To był dobry, momentami bardzo dobry teatr. Teraz, biorąc pod uwagę ostatnie premiery Drugiej Strefy, można z powodzeniem powiedzieć: To jest teatr świetny. Nie czekajcie. Tam nie ma za wiele miejsc na widowni. A pominięcie „Danny’ego…” nie wchodzi w rachubę. Must see.
Autor: John Patrick Shanley
Tłumaczenie: Marcel Parysek, Pola Krzesiak
Reżyseria i scenografia: Maria Wierzbicka
Obsada: Roberta — Kasia Pachelska, Danny — Marcel Parysek
Plakat: Paweł Jońca


Komentarze
Prześlij komentarz