Serebriakowa i Prozorow w Tundrze samotności

Jeżeli „Bracia Lehman” podnieśli poprzeczkę spektaklom granym w warszawskim Teatrze Współczesnym, to „Afterplay” w reżyserii Bogdana Michalika spokojnie nad nią przefruwa nawet drążka nie dotknąwszy. Pierwsza premiera sezonu 2026-27 przy Mokotowskiej w Warszawie to wspaniały popis reżysersko-aktorski. 


Ale o tym za moment. Najpierw o idei spektaklu. Niby nienowa - co by się stało, gdyby dwie postaci z dwóch wyjątkowych dzieł literackich spotkały się i starały wzajemnie zrozumieć? Andrei Prozorow z „Trzech sióstr” i Sonia Serebriakowa z „Wujaszka Wani” - oczywiście autorem w obu przypadkach jest Antoni Czechow. I tu nasz „Afterplay” skręca i wyraźnie odstawia na tory boczne podobne próby. Brian Friel, autor dramatu, nie wpada na szczęście w pułapkę nadmiernego rozbudowywania, czy też nadbudowywania swoich postaci na świetnych przecież pierwowzorach. W zasadzie „dokłada” niewiele, wykorzystując charakterystyki w „Siostrach” i „Wujaszku” zapisane. Andrei sięga po skrzypce i zarabia jako uliczny grajek w Moskwie. Sonia utonęła w morzu długów i miota się między finansowym krachem a wciąż rujnującą ją emocjonalnie miłością do Astrowa. Ten, pogrążony w alkoholizmie, bawi się jej uczuciem. Wujaszek Wania spoczywa już w spokojnym grobie. 


Mamy lata dwudzieste ubiegłego stulecia. Andrei i Sonia wpadają na siebie w podrzędnej moskiewskiej restauracji. Poznali się poprzedniego wieczoru. Los chce aby ich znajomość nie umarła jak jednodniowy owad. Styka zatem parę raz jeszcze. Zaczyna się klincz fantastycznych mistyfikacji, uczuć, złamanych marzeń i oczekiwań. Sonia liczy długi udając, że znajduje wyjście z finansowej katastrofy. Andrei podaje się za muzyka operowego. Powoli maski zaczynają pękać. Prawda wycieka z obu postaci jak zatruta woda. Obmywa je. Oczyszcza. Stają przed nami bez mgiełki kłamstw. Tragiczni, niepotrzebni, upodleni i upadli. Budzący współczucie i zarazem fascynujący. 


Przełom i przemiana postaci ma swój moment i jest doskonałe w dramacie zarysowany. To kapitalnie w warszawskiej inscenizacji „Afterplay” wyreżyserowana i fenomenalnie zagrana scena z wódką, którą Sonia częstuje Andreia. Ten z jej picia czyni symboliczny, wysmakowany rytuał. Zdać by się mogło, że w tundrze samotności, o której Sonia wspomina, duchy tragicznych czechowowskich postaci znajdują w wódce jedyne rozwiązanie. Pocieszenie a zarazem wspólny mianownik. Rozwiązuje im języki. Zaczynają mierzyć się z rzeczywistością. 


Tekst Friela stwarza wspaniałe możliwości dla zbudowania postaci. Niesie wolność Twórcom. Można sięgnąć dowolnie głęboko w psychiki literackich pierwowzorów. Można próbować - to inna droga -  tworzyć je w pewnym kontrapunkcie do „Sióstr” i „Wujaszka”. Tak, aby dalsze ich losy stały się eksponowane w stosunku do pierwotnych historii. Monika Krzywkowska i Mariusz Jakus, a nade wszystko reżyserujący spektakl w Teatrze Współczesnym Bogdan Michalik moim zdaniem poszli pierwszym szlakiem. Na scenie stają postaci głębokie, pełne bólu. Trawione gorączka upadku. Balansujące na krawędzi całkowitej klęski. Kryją przed soba prawdę. Konfabulując starają się wzajemnie oszukać i wykiwać Los zarazem. Ominąć nieprawdopodobną otchłań ludzkiej samotności, w której ginie wszelka radość. Tłumi się każdy głos. Pozostaje jedynie zimna, niczym nie rozjaśniona ciemność. Tęsknota do utraconych bezpowrotnie dóbr i wartości. Sonia i Andrei stają się dla siebie promieniami światła, przerywnikami w piekielnej tundrze samotności, o której kilka razy mówi Sonia. Za późno jest już jednak na rozświetlenia. ich losy się nie zazębią. Nie zwiążą w ratunkową linę, po której mogliby umknąć fatalnemu przeznaczeniu. 


Światło. W „Afterplay” reżyseria światła jest wprost genialna. Na nią zwraca się uwagę od pierwszej chwili. Pierwszego miękko wkraczającego do akcji reflektora. Z ciemności, tężejący powoli snop bieli wyłuskuje siedzącą przy stole Sonię. Jak z obrazów Whistlera. Odrealnioną, ukrytą w szarości i wciąż nierozproszonej ciemności. A potem nieuchronnie, równie delikatnie wkraczają do akcji kolejne elementy oświetlenia. Wyławiają dalsze fragmenty sceny i scenografii. Świetne, symboliczne figurki ustawione na restauracyjnej ladzie. Jak okruchy popękanego życia bohaterów. Wreszcie z mroku wychodzą drzwi. Za moment zostają otwarte i na scenę wkracza Andrei. To jest przepięknie stworzone widowisko. Na malutkiej przecież Scenie w Baraku znowu dzieje się wielki teatr. 


Zaskoczył mnie Mariusz Jakus. Dodam, że takie zaskoczenia wprost uwielbiam. Kiedy na moich oczach aktor rośnie. Płynie wraz z rolą, kreuje postać niemożliwą do zapomnienia. Zaskakuje i fascynuje. Poprzednie widowiska z udziałem Jakusa nie robiły na mnie wrażenia. Wręcz mogę napisać, że irytował mnie w choćby marnym moim zdaniem „Cud, że jeszcze żyjemy” w reżyserii Marcina Hycnara. Tu, w „Afterplay” Mariusz Jakus pokazał wspaniałe możliwości artystyczne. Jego Andrei Prozorow jest wykreowany kapitalnie. Ze wszystkimi meandrami, sprzecznościami. Delikatnością i wrażliwością należną tej postaci. Patrzyłem po prostu zafascynowany, czekając co przyniosą kolejne odsłony scenicznego dialogu. To zdecydowanie spektakl należący do tego aktora. Wspaniale połączył w Prozorowie to, co dramatyczne z uczepionymi marynarki Andreia komicznymi kamyczkami. Powstała całość tak nienaganna warsztatowo i tak sugestywna, że ominięcie „Afterplay” po prostu nie wchodzi w rachubę. Monika Krzywkowska, czyli Sonia Serebriakowa bardzo dobra. Mocna. Świetnie wypełniająca przestrzeń jaką pozostawia w widowisku Autor dla postaci kobiecej. W „Wujaszku” słynie Sonia z finałowego monologu. Tu pozostawia w głowie widza przerażającą wizję „tundry samotności”. Czegoś nieokiełznanego, bezkresnego i władającego tragicznym ludzkim losem. Uwikłana w beznadziejne uczucie, złamana finansowym krachem Sonia odchodzi. Pali mosty, znika z życia Andreia. Ten w milczeniu pozostaje na scenie aż do stopniowej, równie wysublimowanej co na początku zmiany oświetlenia. Tam do świata postaci wkraczało światło. Teraz zostaje z niego wyssane. Pozostaje im jedynie pusta, nieprzebrana ciemność. 


„Afterplay”  zachwyca poziomem. Aktorskim, reżyserskim, twórczym. Dostajemy spektakl oparty o znakomity tekst, mądrze pomyślany i konsekwentnie zbudowany. Jeśli cały sezon w warszawskich teatrach będzie oscylować wokół poziomu pierwszej premiery Teatru Współczesnego, to skaczę z radości. Byłby to sezon niezapomnianych wrażeń. 


OBSADA: 
Monika Krzywkowska 
Mariusz Jakus 


TWÓRCY: 
Autor
Brian Friel 

Tłumaczenie
Anna Wołek 

Reżyseria, opracowanie muzyczne, reżyseria światła 
Bogdan Michalik 

Scenografia i kostiumy 
Julia Skuratova




Komentarze

Popularne posty