Rozmowa z muzyką

Niech wolno mi będzie pominąć początek tego wieczoru. Nie lubię muzyki Grażyny Bacewicz. Nie czuję przy niej żadnych emocji. Dlatego z szacunkiem, ale niezbyt uważnie, prześliznąłem się w zamyśleniu przez Divertimiento na smyczki. Od niego zaczęła amsterdamska Royal Concertgebouw Orchestra pod batutą Santtu-Matiasa Rouvali. Ale bądźmy szczerzy. Nie dla Bacewicz i nie dla niderlandzkiej orkiestry wybrałem się do Filharmonii Narodowej. To był dzień na festiwalu Chopin i jego Europa, w którym grał Vikingur Ólafsson. W zasadzie wszystko sę w tym zawiera. 


To jest jeden z moich ulubionych współczesnych pianistów. Tak, jak mówiłem w relacji na Instagramie, Ólafsson w zasadzie nie gra. On rozmawia z muzyką. Narzędziem, czy może bardziej współrozmówcą w tym dialogu, jest fortepian. Zresztą, co mnie wzruszyło pięknem gestu, pianista dziękując słuchaczom za owację czule pogładził korpus instrumentu. Podziękował mu za udział w koncercie. To jest właśnie Vikingur Ólafsson. Skromny, wrażliwy, zamyślony młody człowiek. Do muzyki podchodzi z wielkim szacunkiem. Rzekłbym - pokorą. Rozmawia z nią i ma się wrażenie, że on cały czas w skupieniu słucha jej dźwięków. Gra, a jednocześnie nasłuchuje. Wyciąga wnioski. Z orkiestrą wykonał V Koncert fortepianowy Es-dur op. 73 Ludwiga van Beethovena. „Cesarski” koncert, bo dedykowany arcyksięciu Rudolfowi Habsburgowi. Zapewne znają Państwo głośne jego wykonanie z 1989 roku. Wiedeńscy Filharmonicy pod batutą Leonarda Bernsteina a przy fortepianie Krystian Zimerman. Świetny to koncert ale… Ólafsson zagrał, moim zdaniem, kompletnie inaczej i nie wiem czy nie ciekawiej. Tam fortepian brzmi majestatycznie, dopasowując się do potężnych salw orkiestry. Istotnie, czuje się w tym wykonaniu „cesarską” moc kompozycji. Tu było cicho. Ciszej. Bardziej w skupieniu na poszczególnych dźwiękach. Ólafsson wydobył z beethovenowskiego koncertu znaczenia, mam wrażenie, pomijane. Refleksje nad wzajemnym szacunkiem i synergią składowych świata. Fortepian, pod jego palcami, doskonale wpasował się w orkiestrowe brzmienie. Czuło się go bardziej, niż słyszało jako wyodrębniony instrument. Grał lekko, z wielką wrażliwością. Sprawiał wrażenie, że ustanowił własne, wolniejsze niż zwykle w tym utworze tempo. Złapałem się na tym, że zasłuchany właśnie czuję a nie słyszę ten koncert, co dawało przyjemność zupełnie dla mnie nową.  


A potem przyszły bisy. Czekałem na nie, bo jednak orkiestry mnie rozpraszają. Szczególnie gdy przy instrumencie zasiada pianista tak wrażliwy i tak czujący muzykę. Vikingur Ólafsson, odetchnąłem z ulgą bo na to właśnie ostrzyłem sobie zęby, sięgnął po Jana Sebastiana Bacha w transkrypcji na fortepian dokonanej przez Augusta Stradala. Jeśli ktoś z Państwa tego nie słyszał - wielka strata i proponuję jak najszybciej posłuchać części II (Andante/Adagio) z IV Sonaty organowej e-moll BWW 528. Właśnie w wykonaniu Ólafsssona i transkrypcji Stradala. To jeden, moim zdaniem, z najpiękniejszych utworów jakie kiedykolwiek słyszałem. Można pisać o nim i pisać. Na początek przypomnę zdanie, jakie usłyszałem wiele lat temu od jednej ze studentek ówczesnej Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Rozmawialiśmy o Bachu. Janie Sebastianie, dodam - chociaż sam wyżej cenię Jana Christiana. I nagle ona powiedziała coś, co bardzo dobrze zapamiętałem: „Bach to piekielnie trudny kompozytor. Sprawdzian warsztatu, talentu, rzemiosła. Ale także sprawdzian intelektualny grającego.”. Zastanawiam się, czy Vikingur Ólafsson, który przecież słynie ze swojego umiłowania dla muzyki Jana Sebastiana Bacha - nie odnajduje się w niej właśnie z tego ostatniego powodu. Bach to nieustanny dialog. Wieloznaczność. Transkrypcja Stradala dała tej muzyce zupełnie inny wymiar. Bach stał się głęboko refleksyjny, delikatny. A Ólafsson świetnie się z tym mierzy. Pierwszy bis jego warszawskiego koncertu był jak manifest artystyczny. Pieczołowicie, z pokorą zagrany. Po nim „Air on the G - String” z III Suity Orkiestrowej D-dur BWV 1068. Rozmarzony, wręcz aksamitny dźwięk popłynął przez salę. Dla mnie - jego koncert był po prostu wspaniały i jeśli Państwo znajdą chwilę - serdecznie polecam te utwory w wykonaniu Vikingura Ólafssona. Na początek jesieni będą idealnymi towarzyszami. 


 Niderlandczycy po przerwie zagrali  V Symfonię B-dur op.100 Siergieja Prokofiewa. Proszę mi wybaczyć. Byłem tam tylko ciałem. Prokofiew - efektowny, mocny, dynamiczny - kompletnie mi nie pasował do nastroju, jaki zbudował Ólafsson. A chciałem w Jego towarzystwie pozostać jak najdłużej.  



Wykonawcy:


Vikingur Ólafsson fortepian

Royal Concertgebouw Orchestra

Santtu-Matias Rouvali dyrygent


Program:


Grażyna Bacewicz Divertimiento na smyczki

Ludwig van Beethoven V Koncert fortepianowy Es-dur op. 73

Siergiej Prokofiew V Symfonia B-dur op. 100





Komentarze

Popularne posty