Przeklęty czas...
To spektakl gościnny, bo firmowany przez Teatr Kamila Maćkowiaka. A zarazem w połowie można go nazwać dziełem Teatru Polonia - obok Maćkowiaka na scenie mamy Marię Seweryn. Jak by nie było - „50 słów” można oglądać właśnie w warszawskiej Polonii. Reżyseruje Waldemar Zawodziński, który jest też autorem scenografii. Można oglądać, ale czy warto?
Bardzo, odpowiem krótko. Bardzo warto obejrzeć ten spektakl, choć gdy rozłożymy go na czynniki pierwsze i poukładamy obok siebie na stole, możemy dojść do wniosku że wiele tu się niespodzianek doszukać nie można. Przecież fabuła dramatu Michaela Wellera jest aż nadto przewidywalna: Po dziesięciu latach małżeństwa Lena i Adam mają pierwszy tylko dla siebie wieczór w domu. Pod nieobecność syna on stara się wskrzesić wygasły płomień uczucia, ona zaprząta sobie głowę pracą. Dalej, rozmawiają. I coraz bardziej w tym dialogu odsłaniają straszne konstatacje dotyczące świata nam współczesnego. A w zasadzie nie tyle świata, ile relacji rządzących większością zasiedlających go związków między ludźmi.
Naturalna kolej ludzkiego życia. Wielkie uczucia i zabawne ich uwalnianie, które pozostaje jedynie wspomnieniem. Praca, dzieci. Obowiązki dnia codziennego weryfikujące brutalnie marzenia i aspiracje. Uśredniające plany. Powoli, wraz z upływem lat, wyparowują pokusy do wspinania się na Mount Blanki i Everesty wyśnionych przygód. Pozostaje codzienna marszruta szlakiem łazienki, kuchni, drogi do pracy. Powrotu, domowych obowiązków i sypialni. Monotonia zabijająca chęć poznawania. Rozwoju. W jej takt czujemy niepokój. Trawiące poczucie niesprawiedliwości, że przecież miało być inaczej. Barwniej. Weselej. Pełniej. Zrzucamy winę na coraz bardziej nużącego wyglądem i powtarzalnością rytuałów partnera. Mąż staje się manekinem, żona cieniem.
Wypalenie dopada spektaklowych bohaterów - Lenę i Adama. On chce tylko seksu, ona zrozumienia. Gdy zaczynają przetykaną cieniami przeszłości rozmowę-grę, wkraczają na drogę prowadzącą do katastrofy. Nie ma nic bardziej rujnującego puste związki niż szczerość. Tu kolejna konstatacja - kwestia małżeńskiej zdrady była nader oczywista od początku. A jednak jej percepcja, konsekwencje emocjonalne, są pokazane może nie w sposób wyjątkowo oryginalny, ale prawdopodobny. Prawdziwy. Na widowni, po początkowych wybuchach śmiechu nad humorem sytuacyjnym pierwszych dialogów, zapada nagle kompletna cisza. Tu już nie ma nic śmiech powodującego. Jest potworna, pozbawiona literackich fajerwerków codzienność wypalonego związku.
Czy uda się poskładać gruzy i zbudować na nich od nowa jakąkolwiek relację? Podzielić role w pękniętym świecie po małżeńskiej zdradzie? Zapomnieć? Zatrzymuje się narracja „50 słów” w tym miejscu. Możemy domniemywać, że pierwszy ruch został zrobiony i Lenie z Adamem uda się uratować wspólnotę. Wartość. Cofnąć czas i jeszcze raz spojrzeć na siebie oczami uczucia, a nie jedynie brutalnej codzienności. Jednak epilogu i full happy endu nie oglądamy. Dostajemy dzięki temu przedstawienie uwalniające wyobraźnię. Widzowie mogą dowolnie interpretować scenę finałową. Dopisać do niej własną propozycję ciągu dalszego, opartego na osobistych przemyśleniach i doświadczeniach.
No dobrze, warknie zapewne ten i ów Czytelnik, ale to wszystko nadal jest w dużej mierze przewidywalne. Nie zaskakuje i patrząc na owe wątki, poukładane na stole można mieć wątpliwości, czy po spleceniu ich w spójny dramat będzie to dla widzów interesujące.
i tu pojawia się najważniejsza, moim zdaniem, kwestia dotykająca tekstu Wellera. Autor tak swoje dzieło skonstruował, aby „dawało pograć” aktorom wcielającym się w osoby Leny i Andrzeja. To oni i reżyser mają tu do powiedzenia słowa najważniejsze. Ich praca może z „50 słów” uczynić teatralny hit, ale potrafię sobie wyobrazić położenie tego przedstawienia na łopatki. W inscenizacji Waldemara Zawodzińskiego wszystko jest poukładane, logiczne i przemyślane. Akcja rozwija się równym tempem. Aktorzy świetnie odnajdują w powierzonych rolach i budując charakterystyki swoich postaci są do bólu prawdziwi. Bliscy światu realnemu. Błyszczą jak flary ostrzegawcze. Bo przecież pułapka pustych związków czeka na wiele pięknych relacji, gotowa wciągnąć je w swoją orbitę. Pokryć wszystko szarością nudy. A potem zniszczyć i pozostawić połamane, nieciekawe. Zepsute. Maria Seweryn i Kamil Maćkowiak stwarzają widowisko na wskroś przejmujące. Budzące współodczuwanie, współczucie i zrozumienie. Jakbyśmy zaglądali przez magicznie, przezroczyste ściany do mieszkań, o których domownikach wielokrotnie słyszeliśmy. Patrzymy na ich wzloty, upadki. Na balansowanie po krawędzi małżeńskiej klęski. Wstrzymujemy oddech gdy Lena domaga się zemsty za zdradę, za porzucenie i poniżenie. Milczymy z nadzieją, że Adam znajdzie właściwą drogę do jej serca i obojgu uda się wykrzesać ze zmęczonych uczuć pasemka nadziei. Uda się? Proponuję pójść i samemu, we własnych myślach na to pytanie odpowiedzieć.
„50 słów” - projekt Teatru Kamila Maćkowiaka i Teatru Polonia. Do obejrzenia na scenie Polonii. Moim zdaniem warto się wybrać. Po to, aby zdobyć doświadczenie. Skonfrontować własne miejsce w życiu i związku. Żyć pełnią życia…
Reżyseria: Waldemar Zawodziński
Tłumaczenie: Bogusława Plisz-Góral
Scenografia: Waldemar Zawodziński
Opracowanie muzyczne: Kamil Maćkowiak
Kierowniczka produkcji: Joanna Dutkowska
Obsada:
Maria Seweryn i Kamil Maćkowiak


Komentarze
Prześlij komentarz