B'Riff
Prawie pięć lat temu Jacek Przybyłowicz pokazał niezapomniane, moim zdaniem, „Humani Corporis Fabrica - słuchowisko muzyczne”. Pamiętam poszczególne elementy tamtego spektaklu. Silny, sugestywny przekaz. Ruch i interakcje tancerzy-performerów, Grzegorza Pańtaka i Ryszarda Kalinowskiego. W tle głos Andrzeja Chyry i ten tajemniczy, mówiący przez stulecie swojego ziemskiego bytowania rekwizyt. Zabytkowy stół stolarski. Wyjątkowo mocne, silnie działające na wyobraźnię i ją aktywizujące było to widowisko.
Wróciwszy do Teatru Studio, na tej samej Scenie w Malarni Jacek Przybyłowicz zaprezentował choreografię wykonaną dla performerów B’cause Dance Company. Oglądając pokaz miałem nieodparte wrażenie, że albo choreograf celowo nawiązuje do swojego dzieła sprzed pięciu lat, albo nie umie wyzwolić się z jego aury. Zmian niby sporo: Wtedy dwóch performerów, teraz dwie performerki - Julia Buczyńska i Vitalia Vaskiv. Wtedy stół - teraz złożony z dwóch rozdzielanych prostopadłościennych skrzyń element. Wtedy zagadnienie starzenia się ludzkiego ciała - teraz międzyludzkich relacji. Jednak wciąż czułem, że to już było. Ta pogoń dwóch bytów, dwóch tanecznych postaci podążających za sobą w takt upływającego czasu. Ich dążenie do synchronizacji i pozostawanie w asynchronie. Interakcje w takt szybkich, zdecydowanych ruchów rąk. Tempo i coś, co powodowało wrażenie odłożenia na bok emocji w pogoni za sobą, za wzajemnością. Za wspólnotą. Siła. Tak. To na pewno łączy oba spektakle. Przybyłowicz i wtedy i teraz wyraźnie eksponował fizyczność performerów. Ich ruchy aż kipią od mocy. Są demonstracją potęgi muskulatury i sprawności. dla mnie „Riff” performance pokazany w niedzielę 27 września 2026 był dalszym ciągiem. Drugą odsłoną rozważań Przybyłowicza o człowieczej naturze, które dla mnie zaczęły się w październikowy wieczór 2021 roku, wraz z jego „Humani Corporis Fabrica…”.
Trudno, nie umiem się pozbyć tej myśli. Na dodatek porównanie nie wypada na korzyść „Riff”. Te zabiegi formalne i artystyczne, które poniosły performerów i spowodowały, że „Humani Corporis Fabrica…” działał tak silnie, tutaj moim zdaniem się nie sprawdziły. B’Cause Dance Company miało, to oczywiście mój subiektywny pogląd, inną poetykę, czy charakterystykę swoich widowisk. Przypomnę choćby te z ostatnich lat - „Klif” z 2024 (chor. Jakub Mędrzycki), „Od|Nowa” z 2025 (chor. Paweł Michno), czy „The Turning World” także z 2025 (chor. Richard Chappel) i oczywiście tegoroczna „Artifica” (chor. Klevis Elazmaj) stanowiły pewną spójną jakość. Wyróżniała je perfekcyjna, ale nie wyłącznie oparta o siłę i cielesność, akcja performerów. Byli o wiele delikatniejsi, mieli więcej swobody. Bardziej wyrafinowani w swoich scenicznych działaniach. No i element, którego w „Riff” bardzo brakuje - gra świateł. Przedstawienia B’cause Dance Company dla mnie były okazją do podziwiania wysmakowanej, starannie dopracowanej i świetnie współgrającej z performerami pracy oświetleniem. Tym razem scenę zalewa monotonne, rozproszone białe światło. Ani nie pomaga, ani nie przeszkadza. Na tle poprzednich widowisk wypada zwyczajnie blado.
Zaczyna się „Riff” interesująco. Jeszcze słychać stuk krzeseł, gwar rozmów. Spóźnieni widzowie w pośpiechu zajmują miejsca. Narasta już jednak rozproszona po sali plątanina przyciągających uwagę dźwięków muzyki autorstwa Adama Walickiego. Porusza się skulona w rogu sceny sylwetka Vitalii Vaskiv. Przeciąga, prostuje. Oświetlenie widowni znika, pojawiają się światła nad sceną. Od strony „czwartej ściany” wkracza druga performerka, Julia Buczyńska. Ruszają. Dwie postaci szukające wzajemnego porozumienia. Próbujące odnaleźć się w środowisku zdehumanizowanym. Rządzonym przez siłę i mechanikę ruchu. Powtarzalność zdarzeń. Żyjące w symetrii identycznych retort - uśrednionych pomieszczeń o pudełkowatym kształcie. Ustalające relacje nie w takt emocji i odczuwania a według wytyczanych osi symetrii, niewoli sumujących się do 360 stopni kątów i zdefiniowanych kształtów. Wyjściem jest wspólnota. Ścieżka zbudowana z informacji. Wyjściem. Tylko czy to wyjście jest wspólną drogą i decyzją, czy sukcesem doraźnej kooperacji prowadzącej do osiągnięcia pojedynczego celu? Tak można odbierać - jak najbardziej subiektywnie oczywiście przedstawiam moje wrażenie - pokazany w Studiu „Riff”.
Mariaż B’cause Dance Company z Jackiem Popielarskim wypada właśnie tak, jak oświetlenie - blado. Z pewnością nie nazwałbym go „małżeństwem z miłości”. Jest w „Riff” za dużo chłodu, ruch jest zautomatyzowany, maszynowy rzekłbym. Nie ma tego, co pchało mnie na wszystkie kolejne premiery tej fantastycznej grupy taneczno-performatywnej: fabuły tworzącej spoiwo formy z treścią. Tu jest treści dla mnie za mało.
Niezrozumiałym jest zabieg zastosowania języka ukraińskiego w dwóch fragmentach monologów. Po co? Na dodatek bez translacji? Ogólnie przyjętą formą jest w takich sytuacjach wyświetlanie polskiego tekstu. Nie znam ukraińskiego. Różni się od rosyjskiego i nie wpada mi w ucho, zatem nie byłem w stanie wyłowić sensu wypowiadanych przez Vitalię Vaskiv zdań. Te dwie obcojęzyczne wstawki odebrałem wręcz jako coś zgoła pretensjonalnego.
Pociesza mnie, że nadal to B’cause Dance Company. Nadal w tańcu Julii Buczyńskiej i Vitalii Vaskiv widać pasję, potencjał, talent. Jednak - może to tylko moje odczucie - spodziewałem się czegoś bardziej dopracowanego, widowiskowego. Teatr to poszukiwanie. Wieczne otwieranie przeróżnych drzwi i sprawdzanie co kryje się w strzeżonych przez nie salach prób. „Riff” jest próbą interesującą. Pokazuje wszechstronność performerek. Ich umiejętność pracy z zupełnie innym, niż w poprzednich widowiskach stylem choreografa. Mimo wszystko uważam że, jak już napisałem, to nie jest „małżeństwo z miłości”.
CHOREOGRAFIA
Jacek Przybyłowicz
MUZYKA
Adam Walicki
TANCERZE
Julia Buczynska, Vitaliia Vaskiv
KOORDYNACJA
Urszula Woszczyńska
SZATA GRAFICZNA
Renata Orzeszek | Bez Szablonu
DYREKTOR ARTYSTYCZNY
Bartek Woszczyński


Komentarze
Prześlij komentarz