Bal przebierańców

Jeden z utworów przy których, gdy się je czyta, momentami trzeba przerwać. Zamknąć oczy i przenieść się w piekło hałasu, upału, zmęczenia, hucpy zwykłej i ohydy jakie w nim się mieszczą. Bomba z krótkim lontem, która z powodzeniem może eksplodować w każdym czasie. Rozsadzać establishment dowolnej politycznej władzy. „Bal w Operze” Juliana Tuwima. W Teatrze Polonia zmierzył się z nim Artur Barciś.


Tuwim napisał coś na kształt koncertu fortepianowego szalonego kompozytora. Wyszedł poza ramy klasycznej, trzyczęściowej konstrukcji . Jego literacki koncert rośnie z części na część. Szybko - wolno - szybko - szybciej - appassionato. Partycje są wyraźnie oddzielone. Pewna  ręka dyrygenta, sprawne dłonie pianisty z takiego koncertu czynią interpretatorskie arcydzieło. W poemacie podobnie. Niewprawny, albo zamknięty w powtarzalnej konwencji odtwórca kładzie dzieło na łopatkach a słowa skaczą po nim jak czerwie po upadłym na Balu cielsku potwora. 


Barciś jest gdzieś w środku. Nie stworzył arcydzieła. Nie wyczuł wyraźnych przecież cezur. Zmian rytmu, sposobu prowadzenia narracji czy też stylu opowiadania. A to jest  czarno na białym: na początku mrugający tajniak na tajniaka. I tak do drugiej w nocy. Potem dominuje zegar wybijający drugą, trzecią i piątą. On taktuje niejako poemat w tej części. W tle zaczyna narastać cudowna opowieść, pejzaż świata budzącego się z brzaskiem do życia. Miasta i przedmieścia. Kolejna zmiana tempa i sposobu narracji. Do gry wchodzą wozy. Aprowizacyjne, asenizacyjne. Ciężarówki trąbiące na siebie. Ruch. Ta część, poprzedzająca grande finale, skrzy się od dźwięków. Świt rozlewa w dzień a poeta wprowadza czytelnika w nastrój finału. Ideolo! Ideolo! - krzyczą nagłówki gazet. I tak aż do kulminacji, słynnego „kurwa mieć, kurwa brać”, narasta, napręża się z mocą kryjącą potężny ładunek wybuchowy. Jest. Wybucha. I nagle cisza. Koniec. Dym opada. Pozostaje krater w ziemi, na którym ludzka czerń zaczyna budować zręby nowego porządku. 


Barciś zrobił kilka mocnych piruetów. Godzina trzecia, wozy, ideolo - rzeczywiście budziły te skrywane tuwimowskie emocje. Budziły to moim zdaniem najlepsze określenie. Podnosiły głowę, rozglądały się i znowu zapadały w sen. Znikały w meandrach niepewności jakby Aktor postanowił nagle zatrzymać się w połowie drogi i wracać a wręcz czmychać do narzuconej sobie konwencji opowieści Arlekina. W najlepszym razie konferansjera ze słynnego  filmu Kabaret w reżyserii Boba Fosse. Nie wiem skąd pomysł na taką konferansjersko-arlekinowską konwencję. Przecież ten tekst swoją siła może wysadzać w powietrze pałace. A zabrzmiał jak monolog z przedwojennego kabaretu Morskie Oko. Barciś miażdży, moim zdaniem najbardziej, wszelkie niuanse i brzmienia zapisane w koronkowej części pierwszej „Balu w Operze”. Tej taktowanej zwrotem „na tajniaka tajniak mruga”. Interpretuje ją jako opowieść wesołka, Arlekina z dell’arte. Wypomadowany i wypudrowany pręży się i wygina na stanowiącym dekoracje rusztowaniu. A przecież w „Balu w Operze” nie ma niepotrzebnej strofy. Wersu. Słowa. Tu buduje się nastrój. Powstaje zohydzone miasto rozpusty. Niemal brechtowskie Mahagonny czy biblijne Sodoma i Gomora. A reżyser i aktor w jednej osobie trywializuje. Lekceważy, odniosłem wrażenie, tę część poematu. Potem gdy odpowiedzialność za cezurę przejmują godziny nie łapie tego. Nadal pozostaje w podobnej poetyce. Dopiero godzina trzecia, na tacy wręcz przez Tuwima zaznaczona jako początek dnia, nowej ery życia miasta, budzi Barcisia. Wychodzi z trywialnej konwencji. Sięga po inne środki. I tu można podnieść głowę. Zamknąć oczy i zobaczyć tą szaloną noc piekielnego miasta. Poczuć smród rynsztoków. Usłyszeć stukające o upaprany błotem i wymiotami bruk koła słynnych wozów. Lepiej tu się moim zdaniem w wersji Teatru Polonia udało oddać duch poematu. Lepiej nie znaczy idealnie. 


Kapitalna jest natomiast praca pozostałych Twórców tego widowiska. Wojciech Stefaniak zbudował świetną scenografię. Inną, niż to co na co dzień mam wrażenie tworzy. Zaskoczył mnie świeżością projektu, rozmachem. On umie projektować przestrzenie, w których liczy się każda śrubka, kieliszek. Każdy element scenografii. Tu jest metalowa klatka. Z wieloma możliwościami wspinania się po drabinach, schodach. Zsuwania na  poziom sceny po słupie, wspierającym się o jej bok. Dawno tak świetnej, tak stwarzającej gigantyczne możliwości aktorowi scenografii nie widziałem. Zarazem tak nieoczywistej, nieprzystającej pozornie do treści spektaklu. A jednocześnie w tej chwili nie wyobrażam sobie niczego lepiej się w „Balu…” sprawdzającego. Aż korciło mnie ustawienie w niej czterech, może pięciu aktorów o różnych temperamentach. Głosach. Sposobach czytania poematu Tuwima. I granie na ich talentach tego wspaniałego poetyckiego koncertu. Wojciechu Szanowny! Nie pierwszy i mam nadzieję nie ostatni raz Twoja praca stawia na nogi caluteńki spektakl. Stanowi jego podstawę. Konstrukcję na której można zbudować wspaniałe widowisko. Chapeau bas!!!


Muzyka Jerzego Satanowskiego. Mogę tylko wstać. Ukłonić się z szacunkiem i w milczeniu usiąść, prosząc aby Mistrz pozwolił mi słuchać jej raz jeszcze i jeszcze. A potem bym mógł po kolejnym ukłonie zatopić się w tych wspaniałych dźwiękach na powrót. Jest demoniczna. Piekielna. Szaleje nad sceną, stwarzając poczucie pokonywania piekielnych kręgów wraz z obserwatorem szatańskiego Balu. Podmiotem lirycznym poematu. 


Gdy do tej budowli ze stali i dźwięku dołożymy światła, zaprojektowane przez Waldemara Zatorskiego, jest komplet. One są wisienką na torcie. Wielobarwne. Wieloznaczne. Wyróżniają ze scenografii kolejne ważne elementy, czyniąc metalową klatkę więzieniem myśli. Stelażem zła, czy szkieletem zohydzonej egzystencji paskudnej metropolii. Trzech Twórców-Mistrzów stanęło na wysokości zadania, a nawet mam wrażenie swobodnie tą wysokość pokonali. Dzięki Nim „Bal w Operze” jest widowiskiem. Salve, salve, salve!!!


Zejdźmy w końcu na ziemię. Popatrzmy chłodnym okiem na ten pięćdziesięciominutowy spektakl. Artur Barcis moim zdaniem nie sprostał wszystkim meandrom i zakamarkom „Balu w Operze”. Uprościł nadmiernie ten tekst. Nie znalazł klucza do szkatuły, w której znajduje się jądro utworu. Może byłoby lepiej, gdyby jak pisałem rozłożył akcenty na kilku aktorów? Brzmi to jak pusty głos. Jak momentami przerysowane popisami recytatorskimi dzieło kataryniarza. Szkoda. Bo „Bal w Operze” to rzeczywiście koncert skomponowany przez Szatana. Ale dla wirtuozów. 


Reżyseria: Artur Barciś 

Muzyka: Jerzy Satanowski 

Scenografia: Wojciech Stefaniak

Kostiumy: Zuzanna Markiewicz

Wizualizacje: Franciszek Barciś 

Światło: Waldemar Zatorski 

Konsultacja choreograficzna: Anna Iberszer 

Asystent ds. scenografii i kostiumów: Małgorzata Domańska

Producent wykonawczy: Rafał Rossa 

Realizacja dźwięku i efekty dźwiękowe: Marcin Głos 

Realizacja światła: Emil Kula

Realizacja projekcji: Paweł Nowicki 

W nagraniu audio głosu użyczyła: Krystyna Czubówna

Obsada:

Artur Barciś





Komentarze

Popularne posty