And the winner is...

„Bił sobie Andrzej”, czyli pierwszy w sezonie spektakl dyplomowy Akademii Teatralnej. Na ringu - sceny Akademia nie ma - studentki i studenci IV roku kierunku aktorstwo dramatyczne. 


Fascynujące. Twórcy i Aktorzy tego przedstawienia mają pełne prawo traktować tytułowego Andrzeja, czyli Andrzeja Gołotę, jako postać historyczną. Autor tekstu, Mariusz Gołosz, urodził się w 1992 roku. Pani Reżyser, Klaudia Gębska w 1997. Aktorzy jeszcze później: Maciej Rębacz (2000), Michalina Łajtar (2023), Franek Świrski (2000), Matylda Gaweł (2004). Kluczowe momenty spektaklu, czyli walki Gołoty z Riddickiem Bowe miały miejsce w 1996 roku. Natomiast z Lennoxem Lewisem w 1997. To bardzo ważne. Oni patrzą na bohatera polskiego boksu lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia zupełnie innymi oczami, niż dajmy na to moje pokolenie które te walki i te wydarzenia doskonale pamięta. Czy „ich” Gołota na tym zyskuje? Traci? Ciekawie dobrali sobie tekst swojego dyplomowego przedstawienia. Ambitnie. Bardzo to doceniam. 


Pokazali się z dobrej strony. Na zaimprowizowanym ringu Andrzej Gołota (Franek Świrski) toczy walkę. Z samym sobą, z otoczeniem, bliskimi. Walczy o karierę, o pieniądze. Walczy o siebie. Świrskiemu, mam wrażenie, szczególnie bliski jest Gołota prywatny. Nie zabijaka z ringu o pięściach jak młoty ani z wysiłkiem wypowiadający się w mediach, stworzony na potrzeby tłumów współczesny gladiator. Pokazuje Gołotę w wielkim dylemacie. Ściśniętego między zwyczajnym człowiekiem a medialną machiną. Czy był istotnie aż tak wrażliwie rozmarzonym, zagubionym chłopakiem dla którego boks stał się matnią i niewolą? Nie wiem. Ale z przyjemnością patrzyłem na aktorskie popisy Franka Świrskiego. Świetnie udały mu się i scena nokautu w starciu z Lennoxem Lewisem i finałowy, trudny bo emocjami pisany, monolog kierowany wprost w twarze widzów pierwszego rzędu. Wytrzymał to. Wykrzyczał, wypowiedział płynące z głębi granej postaci słowa. Pokazał siłę psychiczną godną ringowego fightera. Nie mówiąc o bezdyskusyjnych wrodzonych zdolnościach i nabytych umiejętnościach warsztatowych. Zdecydowanie Andrzej Gołota w „Bił sobie Andrzej” to udana rola Świrskiego. Trudno w spektaklu o Gołocie tak ustawić czworo Aktorów, aby wszyscy sprawiedliwie mieli po 25 procent do zagrania. A jednak - próba została podjęta i pozostała trójka też miała możliwość pokazania swoich umiejętności. Wyszło to, moim zdaniem, bardzo dobrze. Michalina Łajtar w roli żony boksera - może minimalnie zbyt zdystansowana, na chłodno kalkulująca swoje ruchy i słowa. Ale zarazem interesująca i skupiająca uwagę. Nieźle z rolą „trenerki” Gołoty poradziła sobie Matylda Gaweł. Obie Panie miały zadanie trudne - to bardzo „męska” historia i zapewne nie było im łatwo odnaleźć się w brutalnym świecie prostych jak ciosy zdań bokserskiego środowiska. Za to jak ryba w wodzie czuł się Maciej Rębacz w tajemniczej roli Najszybszego Człowieka w Bloku. Narratora, komentatora. Ducha sprawczego, popychającego fabułę gdy momentami zwalniała. „Bił sobie Andrzej” to niezłe przetarcie się. Tekst stwarza Aktorom sporo możliwości. Na dodatek sceny choreograficzne - tu podejrzewam rękę Dawida Tasa - także wyszły zupełnie dobrze. Nie wpadam w euforię, bo powodów do niej nie znajduję. Ale pokazali solidny kawał aktorskiego fachu. 


Odbiór spektaklu jest utrudniony warunkami. Są przeczące temu, co można określić jako kontrakt teatru z widzem. Zostaliśmy zaproszeni do sali wykładowej na poddaszu, w której z trudem pomieścił się niewielki ring, stanowiący przestrzeń sceniczną. Wrażenie stłoczenia, brak należytej perspektywy koniecznej do percepcji widowiska, były dojmujące. Dlaczego Władze Akademii Teatralnej nie umiały na czas remontu zapewnić Studentom cywilizowanych warunków do rozwijania możliwości i nie wynajęły na choćby spektakle dyplomowe jakiejkolwiek sceny teatralnej? Pozostaje ich słodką tajemnicą i, mam nadzieję, podobne pytanie postawi im Minister Kultury, która przecież Akademię nadzoruje. Bo to co jest, jest nie do zrozumienia. Dostanie się do sali, nie mówiąc o ewentualnej ewakuacji w razie zagrożenia - graniczą z cudem. W Warszawie jest podobno 17 teatrów publicznych. Doprawdy Akademia nie miała żadnej możliwości wynajęcia u nikogo sceny na kilkudniowy set spektaklowy? Remont własnej dużej sceny był niespodzianką niczym wjazd Świętego Mikołaja przez komin? Na dwa lata Akademia jest pozbawiona dużej sceny. Jak studenci mają nauczyć się grania w warunkach dużych teatrów? Czy Akademia stawia na teatrzyki pokojowe i jasełka rodem z salki katechetycznej? 


Ale to sprawy poboczne. Aktorzy nie mają z nimi nic wspólnego. Zawalczyli i z niewielką sceną i z tekstem o postaci - jak już napisałem - z ich punktu widzenia historycznej a także z ciekawie zaplanowanymi rolami. Moim zdaniem - wyszedł zupełnie zgrabny, w kilku scenach bardzo dobry spektakl. Patrzymy na Andrzeja Gołotę innymi oczami. To nie ten budzący respekt, a nawet strach, gigant-gladiator o kamiennej twarzy i beznamiętnym spojrzeniu. Dali mu głos. Wrażliwość. Emocje. Uczynili bliższym, bardziej powiedziałbym „ludzkim”. To sukces czwórki młodych Aktorów. Stworzyli widowisko. Iluzję. Czy Gołota był rzeczywiście takim, jak go pokazali? Nie wiem. Nie interesowałem się nadmiernie tą postacią. Przyjmuję zatem „na wiarę” ich opowieść i gratuluję zbudowania jej w przestrzeni teatralnej. Mądrze, sugestywnie i wiarygodnie. 


Twórcy i Twórczynie:


Julia Furdyna
Klaudia Gębska
Mariusz Gołosz
Julia Nowak
Dawid Tas
Maks Zieliński


Obsada:


Matylda Gaweł 

Michalina Łajtar

Maciej Rębacz

Franek Świrski 





Komentarze

Popularne posty