Wars z powyłamywanymi nogami

Marcin Masecki o przedwojennych szlagierach wie mnóstwo. Przecież od lat gra je sam, czy we współpracy z Janem Młynarskim. Na 23 Festiwalu Warszawa Singera, podczas koncertu na Dużej Scenie Teatru Kwadrat,  zaprezentował utwory skomponowane przez Henryka Warsa. Publiczność porwał. Mnie - skłonił do zamyślenia. 


Każdy interpretator ma prawo do własnego postrzegania wykonywanego utworu. Może go obracać w myślach do woli po to, aby wydobyć zeń nowe, ukryte w nutach blaski. Czy Masecki wydobył z utworów Warsa coś, czego do tej pory nie wydobyto? Z pewnością - bardzo się o to starał. Filmowe szlagiery międzywojnia były pisane tak, aby łatwo wpadając w ucho mogły stanowić pożywkę dla tanecznych orkiestr. Ich granie na dansingach nie było pozbawione głębszego sensu: Tańczące pary to przecież potencjalni goście sal kinowych. Słuchając interpretacji Marcina Maseckiego zastanawiałem się, czy jest dansing zbierający tancerzy zdolnych to zatańczyć. Odebrał muzyce Warsa delikatność, płynność. W zamian dał rozbudowane opowieści fortepianowe. Wiem, to pianista mający na koncie interesujące wykonania utworów Fryderyka Chopina. Słychać było zamiłowanie do Wielkiego Kompozytora w ostatnim zagranym utworze - drugim bisie - „Ach, jak przyjemnie”. Tak. Proszę się nie śmiać. Masecki zagrał słynny przebój z „Zapomnianej melodii” (1938) tak, jakby odnalazł nieznany mazurek Chopina. Moje to skojarzenie oczywiście. 


Zmartwiłem się. Henryk Wars to postać coraz bardziej, mam wrażenie, zapominana. A czar tych przebojów tkwi w tamtych, niezmienionych przez interpretatorów aranżacjach. Weźmy „Tylko Ty”. Przepiękne tango z 1933 roku. Śpiewali je Tadeusz Faliszewski, Adam Aston. Smutne, tęskne, pełne emocji. Czy potrzebne mu girlandy dźwięków koncertowego fortepianu? Mam wątpliwości. No i „Habanita”, słynna rumba z filmu „Pani minister tańczy”, z 1937 roku. W oryginale śpiewała ją Tola Mankiewiczowna. Cóż. Podobnie jak w przypadku „Tylko ty” - tam uważam, że Faliszewski i Aston śpiewają to najlepiej na świecie - tak tu wykonanie Mankiewiczówny jest niezrównane i trudno mi wyobrazić sobie, że „dorabiając” fortepianowe pasaże stworzy się coś lepszego. Na dodatek, to także moje zdanie, odniosłem wrażenie, że w tym utworze śpiew Maseckiego podążał swoimi ścieżkami, szukając dróg zupełnie gdzie indziej niż czyniły to skupione na klawiaturze dłonie. Mam też niejasne przekonanie, że Adolf Dymsza lepiej niż Marcin Masecki poradził sobie z łamańcami słownymi, jakimi Jerzy Jurandot wypełnił foxtrota „Och l’amour”. Ten, dla porządku dodam, pochodzi z filmu „Bolek i Lolek” z 1936 roku. A tekst jego, dla współczesnego Polaka jest myślę równie skomplikowany, co słynny „stół z powyłamywanymi nogami”. Popatrzcie Państwo sami i dla zabawy spróbujcie to szybko wypowiedzieć: 


Gaik, maik, lipa, bez

On i ona i zdechł pies 

Oh, l’amour


Buzia, nózia, uścisk rąk

Wcaleś nie chciał, aleś wsiąkł

Oh, l’amour


Wzdychaj, przejmuj/cackaj się i trzęś

A po ślubie patrzysz: gęś

Oh, l’amour


Trudne? Niełatwe w każdym razie. A przecież mi żal… Bo gdy Dymsza śpiewał, nie miałem po pierwszych słowach wątpliwości czy to język polski, czy nie. A w Teatrze Kwadrat gdzieś w głowie zakwiliła mi niepewność. Ale - może to kwestia mijającego czasu? Może tamta epoka odpłynęła bezpowrotnie wraz z M. S. Piłsudski? 


Na tym wszak polega piękno sztuki. Jej odbiór jest sprawą osobistą. Każdy we własnym zakresie - swoich doświadczeń, wrażliwości, wyobraźni - przyjmuje, ją albo nie. Nie można Marcinowi Maseckiemu odmówić kunsztu pianisty. Świetnie poradził sobie z zapowiedziami utworów, interakcjami z publicznością. Ta odwdzięczyła się Artyście owacjami na stojąco - były dwa bisy. Zagrał sympatyczny, interesujący koncert prezentując oryginalne podejście do kompozycji Henryka Warsa. Czy więcej potrzeba na znakomitym Festiwalu, który po to jest aby prezentować spektrum? Nie. Nie potrzeba. Zatem zamilknę, uznając święte prawo do interpretacji.




Komentarze

Popularne posty