Podsumowanie sezonu 2025-26 vol. 5

Teatr niezależny. Czyli - jaki? Niezależny od możliwości aktorów, przyjmujący kogo popadnie i robiący co popadnie, w myśl pełnej wolności przydzielanych ról i zadań? Teatr kontestujący nurt główny, poszukujący dla siebie niszy i spójnie wypowiadający swoje zdanie za pomocą spektakli? A może po prostu teatr, który sam finansuje autorskie przedsięwzięcia i ponosi odpowiedzialność za ich kasowe sukcesy i porażki? Jaki jest warszawski teatr niezależny i czy w ogóle można go jednoznacznie zdefiniować? 


Z tą pełną niezależnością finansową trzeba być ostrożnym. Nie ma większego powodu, aby w dzisiejszych czasach za kryterium niezależności przyjmować samofinansowanie teatru. Dotowanie wydarzeń kulturalnych i rozwoju tejże jest psim obowiązkiem państwa i samorządu. Zatem - nie tędy moim zdaniem droga. Może off być finansowo wolny, ale nie musi. Kontestujący? Męczące. Po co kontestować coś, co z założenia powinno być różnorodne. Teatr który uważa swoją ofertę za jedynie słuszną wpada w pułapkę pychy. Sztuka nie znosi pychy i jedynie słusznych kierunków. Na to teatr offowy pozwolić sobie więc nie może. 


Spójny. Taki, w którym Widz spotyka oczekiwaną jakość w zakresie doznań artystycznych i intelektualnych. Niezależnie od gatunku, który wybiorą Twórcy do inscenizacji, ufa ów Widz że nie zostanie przez teatr oszukany. Postawiony wobec spektaklu, który nie spełnia kryterium jakości. Ta spójność krystalizuje się we wzajemnym szacunku Twórców i Widzów. Powoduje stworzenie społeczności wokół teatru. Czegoś, co dla scen niezależnych jest najcenniejsze. Poruszając się we własnych niszach gromadzą konkretnych ludzi, na których wierną obecność mogą liczyć. 


Warszawa ma swoje sceny offowe. Czy lubią gdy się je tak określa? Niektóre tak. Spotykałem się też z opiniami, że „niezależność” stygmatyzuje. teatr. Skazuje go na łatkę trudnego w odbiorze. Elitarnego i hermetycznego. Nie zgadzam się z tym. To kwestia repertuaru, poszukiwań, obserwacji jak reagują Widzowie. Teatr musi się rozwijać. Proponować, edukować. Ale też stale sprawdzać czy ten rozwój nie prowadzi na manowce pustej widowni. Ruszajmy! Mamy do odwiedzenia trzy, tradycyjnie trzy, sceny określane w stolicy mianem niezależnych. Oczywiście, nie są to wszystkie tego typu teatry. Ale korzystam z prawa autora do dokonywania subiektywnego wyboru. 


Na tyłach dawnego Marriotta rozpościera się, dziwnie wyglądająca w dzisiejszym centrum Warszawy, niskozabudowana przestrzeń dawnej szkoły. Tu ulokowała się Komuna Warszawa. Teatr, który w tym roku walczył o to miejsce z zakusami miejskich włodarzy. Obronił je i z ulgą odetchnął po wpisaniu swojej siedziby do Rejestru Zabytków. Komuna, mam wrażenie, zmieniła się w ostatnich dwóch latach. Sukcesywnie znikały spektakle oparte o dialog słowny. Sięgano po taniec współczesny, elementy baletowe, śpiew, performance. Takie też były tutejsze premiery minionego sezonu. Wysublimowane, nienaganne warsztatowo. Dopracowane. Dlatego „wepchnięcie się” na spektakle zaczęło być w Komunie Warszawa coraz trudniejsze, a komunikat „Wyprzedane” raz po raz gościł na ich stronie w zakładce repertuarowej. Mieli piękne premiery. Nie przeładowane efektami, kolorami i błyskotkami. Piękne dojrzałością artystyczną i jakością. Pierwsz, jesienna, premiera to „Sublime”, choreografia Karoliny Kraczkowskiej. Poszukiwanie doskonałości ludzkiego ciała versus jego otoczenie. Perfekcja. Osiągalna? Uzasadniona jako cel poszukiwania? Karolina Kraczkowska postawiła wiele pytań swoim spektaklem. Także o granice zniewolenia człowieka, postawionego wobec oczekiwań środowiskowych. Świetny, oszałamiający mnogością doznań był to wieczór. Silnie też Komunę pozycjonujący, czy charakteryzujący. Człowiek versus perfekcja. Taki to był, moim zdaniem, sezon w tym teatrze. Kolejna przygoda z Komuną to „The End”. Działające na wyobraźnię fascynujące kostiumy, równie stymulująca scenografia. W nich choreografia Magdy Jędry i Katarzyny Kani. Dookoła muzyka zespołu Nagrobki. I rozważania o końcu. Przeróżnym. Ostatnim spojrzeniu, geście. Ostatnim smaku, czy spotkaniu. Niepewności i niejednoznacznej wymowie końca. W lutym Komuna pokazała premierę bodaj najtrudniejszą do zrealizowania i percepcji. „Retrospekcja” (reż. Weronika Szczawińska) to przypomnienie spektaklu Joanny Krukowskiej „Droga Czerwonego Kapturka” z 1994 roku. Odbijamy się w „Retrospekcji” od sfilmowanego pokazu sprzed lat. Rozważamy kapitalną cechę teatru, w którym nic nie dzieje się dwa razy tak samo. Wywołujący silne wrażenia i na nich się opierający, krótki spektakl zapowiadający czy też już stanowiący element drugiego segmentu wydarzeń w Komunie Warszawa. Bo wspomniane rozważania na temat konfrontacji możliwości człowieka z oczekiwaniem osiągania perfekcji to nie wszystko. Tutejsze premiery dotykały także jednokrotności, ulotności teatru. Zwieńczeniem tego było „Nic dwa razy” (reż. Cezary Tomaszewski). Świetny artystycznie rok tego reżysera. Zatem takie też widowisko w Komunie dostaliśmy wiosną., Punktem wyjścia dla Tomaszewskiego jest wiersz Wisławy Szymborskiej. Wszystko już było? Czy to teza o niepowtarzalności doznań? Spektakl performatywny łączący świat poezji, muzyki, choreografii i aktorstwa. Ważny i ciekawy przyczynek do dyskusji nad teatralną magią powodującą, że doskonale rozumiem Widzów którzy kilkanaście razy oglądają to samo przedstawienie i po każdym pokazie mówią, że było zupełnie inaczej niż poprzednio. Rozpisałem się. Ale repertuar Komuny Warszawa jest bardzo bliski mojej wizji teatru. Trudno się od niego oderwać. Udany, spójny i ciekawy był to sezon w zabytkowej już szkole na Emilii Plater. 


Teatr Druga Strefa, do którego teraz idziemy, w poprzednim sezonie szczycił się okazałym, wygodnym parkingiem. Niestety, pożar w siedzibie i późniejsze perypetie związane z technicznym stanem budynku skazały Drugą Strefę na tułaczkę i bardzo trudny okres funkcjonowania w oparciu o gościnne sceny. Na szczęście teatr kierowany przez Sylwestra Biragę ma już to za sobą. W nowej siedzibie przy Modzelewskiego 71 jest kameralnie, ale całkiem wygodnie. Teatr wraca na swoje dawne tory, sporo czasu zajęło zaadaptowanie spektakli z poprzedniego miejsca do warunków nowej sceny. Druga Strefa słynie z widowisk skupiających się na emocjach jednostki  i dylematach psychiki. Tutejsze spektakle, kameralne jeśli chodzi o metraż, są wielowymiarowymi studiami losu człowieka. Konsekwencji jego decyzji. Przygoda na Modzelewskiego zaczęła się w lutym. Na początek pokazano znaczącą bo symboliczną „Geometrię propagandy” (reż. Sylwester Biraga). Jej pokaz, bo premiera była w 2021 roku był  szykowany na Magazynowej i nie odbył się z powodu pożaru. Zatem - dla zachowania ciągłości zdarzeń - „Geometria…” według konceptu, scenariusza i w wykonaniu Tomasza Piotrowskiego, stała się wydarzeniem otwierającym działanie w nowym

miejscu. Spektakl nowocyrkowy, bo tak określa się rodzaj performansu jaki reprezentuje „Grometria…”, moim zdaniem bardzo udanie zainaugurował opóźniony z niezależnych od Teatru przyczyn sezon w Drugiej Strefie. Niepokojący, aluzyjny. Wymagający uwagi i czytania z gestów, ruchu, zachowań aktora spektakl. Popisy Białego Królika w jego slalomie między rozkazami Czerwonej Królowej przy użyciu bezliku rekwizytów i magicznych zdolności znakomicie się oglądało. Ten slalom świetnie obrazował wszystko, co działo się i dzieje z Drugą Strefą. Poszukiwanie siedziby, nieustanny dialog z widzami za pomocą ambitnych, niekonwencjonalnych projektów. Pierwszy raz w historii przeprowadzono tu eksperyment, oddając Widzom władzę nad planami repertuarowymi. Uczestnicy gry teatralnej „Wybierz sobie premierę”, zapoznawszy się z trzema fragmentami trzech różnych tekstów, dokonali wyboru ustalając co Drugą Strefą zaprezentuje jesienią, w już nadchodzącym sezonie. A ten miniony, kto to zresztą wie, może „Lekcję” (reż. Sylwester Biraga) należy zaliczać w poczet nowego sezonu, bardzo dobrze spuentowała sztuka oparta o tekst Eugene’a Ionesco. Absurdalna, gdy  patrzy się na treść nie czytając między słowami. Umiejętnie wyreżyserowana i zagrana. Cieszę się, że Teatr Druga Strefa ominął rafę i mam nadzieję, że przed nim otwierają się teraz spokojne, szerokie przestwory suchego oceanu po którym będzie żeglować niczym mickiewiczowski wóz co jak łódka brodzi. Trzymam kciuki!


I moją największa radość, bo długo wyczekiwana. Od lat przyglądam się z wielką ciekawością działaniom tego teatru. Ale ich niechęć, czy też wymuszony przez okoliczności brak premier powodował, że mogłem tylko wspominać z sentymentem dawne widowiska Potem o Tem. I wreszcie się ruszyło. I to jak! Dwie premiery miał w minionym sezonie teatr Filipa Kosiora i Marcina Zbyszyńskiego. Zaczęło się w październiku od „Trzeciej Wojny” (reż. Marcin Zbyszyński), jednego z niewielu spektakli Potem o Tem, w którym nie zagrał Filip Kosior. Zaskakujące, ale kiedy ten teatr nie zaskakiwał? Świetne? Ale kiedy było tu marnie? (no, może raz). Zostające w pamięci? Jasne, o nich trudno zapomnieć. Przenieśliśmy się w przyszłość, na scenie pojawiła się postać z przeszłości. Śmiech, który rozniecili jak ognisko w pierwszym akcie, umiejętnie wyciszyli w drugim. Zostawili Widzów w ciszy. Oszołomieniu obejrzanym  przedstawieniem. Taktownym, eleganckim upamiętnieniem tych, których duchy snują się po Warszawie i mam nadzieję zaglądają z życzliwością do siedziby Potem o Tem na Anielewicza. W drugiej części sezonu zmiana. Pierwszy bodaj raz w historii tej grupy, która przecież zaczynała jako kolektyw studencki, Marcin Zbyszyński nie zasiadł na fotelu reżysera. Za to w „Grzybobraniu” (reż. Piotr Mateusz Wach) zagrał już Filip Kosior. I to jak! Znowu mógłbym powtórzyć chwyt pytanie-odpowiedź. Bo to było zaskakujące. Wiem, że Kosior to świetny aktor i chowa w rękawie niejednego asa z talii swoich talentów. Ale rola Ruina jest kapitalnym popisem artystycznym. Przemyślana w najdrobniejszych szczegółach. Sięgająca po różne techniki aktorskiego fachu. Warta obejrzenia a czego Filipowi życzę - także wielu nagród. Potem o Tem z dwoma premierami w jednym sezonie. Gdyby ktoś powiedział mi to rok temu, zaśmiałbym się smutno. A teraz śmieję z radością, że je Widzom podarowali i czekam na kolejne. To znakomity niezależny teatr Warszawy. Samodzielnie myślący, czujący. Wrażliwy i inteligentny. Gratuluję obu spektakli, ale sam nie wiem który z nich jest lepszy. I „Trzecia Wojna” i „Grzybobranie” są dokładnie takimi, o jakich pisałem we wstępie tego spaceru: Spójne. Widz spotyka w nich oczekiwaną jakość w zakresie doznań artystycznych i intelektualnych. 


Trzy teatry z grupy scen określanych jako niezależne. Trzy wspaniałe sceny, których omijanie w Warszawie jest kardynalnym błędem. Tutaj się zatrzymamy. Jutro kolejny spacer. 





Komentarze

Popularne posty