O Losie co siadł jak cień...

Przyszli tłumnie. Sala koncertowa w Radzyminie wypełniła się po brzegi. Głównie starsi ludzie. Podekscytowani. Rozgadani, bo przecież wszyscy dobrze się znający. I nagle cisza. Na scenie, w dwóch snopach światła, pojawia się Artystka. Skromna, czarna sukienka. Zaczyna inaczej, niż brzmi w pamięci ta najpopularniejsza przedwojenna wersja „Piosenki o zagubionym sercu”. Choć śpiewa głos może właśnie podobny do Ordonki? Bo przecież z jej dziewczynkowatym głosikiem kojarzy się Święty Antoni, co miał pomóc w szukaniu serca pod miedzą. 


Ale my tu przecież przyszliśmy posłuchać piosenek zupełnie kogo innego. Wiery Gran, wspaniałej divy, o głębokim aksamitnym głosie. Dowiedzieć się o niej jak najwięcej, bo Wiera Gran na lata całe znikła z kart historii. Siadł zły cień na jej losie i do końca życia ustąpić już nie miał zamiaru. Monika Chrząstowska śpiewa Jej piosenki. Sięga do nich od dawna. Ma różnej długości programy recitalowe. Ten, godzinny, był szybkim spacerem. Podróżą wzdłuż linii życia Wiery Gran. Zatrzymując się co kilka kroków-lat przy najważniejszych kamieniach milowych na jej drodze. 


Zaczynamy w kawiarni „Paradise”  przy Nowym Świecie. Lata trzydzieste XX wieku. Wiera Gran właśnie wyrasta ze swojego prawdziwego imienia i nazwiska - Dwojra Grynberg. Czarnowłosa nastolatka stawia pierwsze kroki na warszawskiej scenie. Śpiewa tak, że w sali nie śmie brzęknąć nawet widelec o talerz. Ruszamy dalej i przez kilka przedwojennych szlagierów wskakujemy do ostatnich dni sierpnia 1939 roku. Nasza bohaterka jest nad morzem. Reperuje nadszarpnięte gardło przed wyjazdem. Pierwszego września ruszy do Paryża, gdzie ma już podpisany kontrakt. I potem wojna. Wszystko się rozsypuje, jak piekielnie perfidny żart Losu. Wiera przez kilka dni śpiewa w warszawskich kawiarniach. Uciekając przed Niemcami trafia do Lwowa. Wraca. Chce być z matką i siostrami. Dołącza do nich w getcie. I tam występuje w kawiarniach, daje radość tym którzy zamknięci za murem czekają na wyrok, w zasadzie na jego wykonanie. Nie tylko im. W kawiarniach i kabaretach bywają też gestapowcy, funkcjonariusze żydowskiej policji. Wiera śpiewa. A potem… 


Dość. Zatrzymam się tu bo nie chcę zdradzać całego scenariusza tej fascynującej przygody. Monika Chrząstowska opowiada ją znacznie lepiej niż ja. Barwniej. Przecina opowieść piosenkami, świetnie dobranymi do kolejnych momentów z tragicznego życia Wiery Gran. Kobiety, która żyła z piętnem współpracy z Gestapo. Czy współpracowała? Nie wiem. Ba. Nie wiem nawet, czy chcę wiedzieć. Chcę pamiętać ten głos. Snujący się z głośników jak kawiarniany dym palonego tytoniu. Głęboki, niczym przywodzący na myśl dalekie kraje zapach parzonej kawy. Głos leczący ze smutków, budzący marzenia. 


Czy Monika Chrząstowska śpiewa TYM głosem? Moim zdaniem nie. Śpiewa te piosenki ostrzej, inaczej. Wyżej. Inne są aranżacje. Nie ma przedniojęzykowo-zębowego „ł”, świetnie słyszalnego u Gran. Chrząstowska atakuje dźwięki. Nadaje im zupełnie innej mocy. Siły. Gran płynęła wraz z nimi. Obie są jak dwa jachty pod żaglami. Gran płynie dostojnie w pełnym wietrze. Statecznie i stabilnie te żagle się rozkładają, chwytając podmuchy popychające jacht do przodu. Chrząstowska ostro wbija się w linię wiatru. Pędzi na jego skrzydłach i ślizga po czubkach fal we wspaniałej radości. Przygodzie. Tak bym tę różnicę określił… 


I cóż z tego, że jest inaczej? To właśnie walor tego widowiska. Chrząstowska nie udaje że „śpiewa  Wierą Gran”. Gra Wierę Gran.  Tak. Opowiadając jej historię - gra postać. Ale nią nie jest gdy śpiewa. Nie udaje tego niepowtarzalnego stylu, zaśpiewu. Nie wpada w pułapkę, która prowadziłaby na manowce porównań i zestawień. Czyli czegoś, co możemy zostawić na wstydliwym marginesie skrupulantom. Chrząstowska śpiewa piosenki Gran tak, jak je czuje. Aranżuje je na swój unikatowy sposób, to jej autorskie spojrzenie wychodzi moim zdaniem znakomicie. I pięknie brzmi. 


Bardzo dobrym pomysłem, porządkującym opowieść, jest ułożenie recitalu wzdłuż wspomnianej już linii czasu. Aż do paryskiego końca, gdy splątana nić życia w końcu pękła. Tu Chrząstowska sięga do cytatu z autobiografii Wiery Gran. Była śpiewem. Kiedy śpiew jej odebrano, uznając za prawdziwą historię jej kolaboracji - umarła za życia. Odsunięta od występowania, pogrążona w urojeniach prześladowczych, znikała. Tak jak na scenie, na której po ostatnim słowie, wersie piosenki czy refrenie - wprawna ręka realizatora powoli wygasza reflektory. Do ciszy. Zupełnej ciemności. Końca.


Zaczyna się Festiwal Warszawa Singera. Potrwa do ostatnich dni sierpnia. Z Radzymina w zamyśleniu wracałem do Warszawy. Cieszę się na kolejne z Singerem spotkania. Koncert piosenek Wiery Gran w wykonaniu Moniki Chrząstowskiej dla mnie stał się bardzo obiecującym początkiem tegorocznego Festiwalu.  A co dalej? Zaglądajcie tu codziennie - będzie jeszcze sporo…



Piosenki Wiery Gran


Monika Chrząstowska - śpiew

Franciszek Wajdzik - piano







Komentarze

Popularne posty