Koncert nad koncertami
Od czego zacząć? Na czym skończyć? Moim skromnym zdaniem sobotni wieczór był wydarzeniem tak złożonym artystycznie i emocjonalnie, że można by nim obdarzyć wieczorów kilka. Myśli, mimo długiego po-koncertowego spaceru przez Miasto gnają wciąż, a wyobraźnia podsuwa nowe obrazy, tezy, wnioski. Zaczynając jednak od początku…
Pittsburgh Symphony Orchestra pod dyrekcją Manfreda Honecka zagrała w Filharmonii Narodowej, podczas festiwalu Chopin i jego Europa na początek Uwerturę koncertową E-dur op. 12 Karola Szymanowskiego. I wszystko było jasne. To musiał już pozostać wieczór mocny, wyrazisty. Ekspresyjny. Pomyślałem sobie nawet w pewnej chwili, że gdyby „dołożyć” do programu coś z twórczości Ryszarda Wagnera, moglibyśmy siedzieć do północy. A w zasadzie unosić się w powietrzu naładowani energią tej muzyki, jak zadowolone elektrony. Uwertura Szymanowskiego jest wielowątkowa, młodopolska, burzliwa. I tak zagrała ją orkiestra z Pittsburgha. Początek wbijał w fotel. Cóż. Trudno dobrać bardziej wysublimowane słowa.
A potem wyszedł Czarodziej Fortepianu. Pamiętny zwycięzca XVIII Konkursu Chopinowskiego z 2021 roku. Wtedy szeptano o nim, że „gra w innej lidze”. O jego supremacji mówiono przez wszystkie etapy konkursowych zmagań. Wygrał. Bez cienia wątpliwości. Bruce Liu. Skupiony, wyglądający na nieobecnego. Żyjącego w swoim świecie. Z orkiestrą zagrał Rapsodię na temat Paganiniego op. 43 Siergieja Rachmaninowa. Słucham jej po wielokroć. Lubię zatracać się w zakamarkach 24 wariacji. Czytam je po swojemu. Fortepian podąża własną ścieżką, orkiestra w tle tonuje emocje. On szarpie się niepokojem. Jest jak myśl bolesna. Strach, gdzieś kołaczący w człowieku. A orkiestra odpowiada. Uspokaja. Wielością możliwości, potencjalnych rozwiązań, które proponuje. Znów fortepian wybija niepokojący rytm, lęk. Jak dotknięcie lodu albo ukłucie w sercu. I orkiestra. Narasta. Wzmaga się. Zmiana. Teraz przewrotny fortepian udaje że ugiął się pod natłokiem argumentów orkiestrowych. Cichnie. By znowu powrócić. Odwrócić kartę. Wspaniała to muzyka. Zaskakująca. Niepokojąca. Trudno po wysłuchaniu Rapsodii na temat Paganiniego spokojnie zebrać skołatane myśli. Bruce Liu tak to właśnie zagrał. Fortepian pod jego palcami umykał orkiestrze. Potem zwalniał. Chował się za jej instrumenty, by na nowo wyjść na plan pierwszy i burzyć ledwie posadowiony spokój. Skończyli. Burza oklasków wywołała Liu kilka razy na scenę. Wreszcie usiadł do fortepianu. Czekałem na to. Nie lubię słuchać wirtuozów tej klasy z towarzyszeniem orkiestr. Szczególnie gdy orkiestry są na równie wirtuozerskim poziomie. Gubię się wtedy. Czuję przesyt emocji. Nadmiar. Dlatego tak ważne są bisy. Zapada cisza. W niej odzywa się tylko fortepian.
Bruce Liu wybrał La Campanellę na fortepian Ferenca Liszta. Pięknie połączył tym samym swój bis z zagraną przed chwilą Rapsodią na temat Paganiniego. Piekielnie trudny, zarazem magicznie oczarowujący utwór, który Paganini skomponował jako trzecią część II koncertu h-moll, a Liszt dokonał aranżacji „Dzwoneczka” na fortepian. Dla mnie - w sumie indywidualisty i zadeklarowanego zwolennika recitalu fortepianowych bez udziału orkiestr - to był kulminacyjny moment wieczoru. On nie grał. On przesuwał dłońmi nad klawiaturą a fortepian posłuszny Mu po prostu śpiewał dźwiękami. Znikła sala Filharmonii Narodowej. Była tylko muzyka. Marzenia. Aż do skocznego, wymagającego najwyższego kunsztu, finału. Koniec. Owacje. Bruce Liu, którego podziwiałem w 2021 roku na Konkursie, słuchałem nagrań - w skromnym ukłonie podziękował za uznanie i zszedł ze sceny. Gdyby koncert skończył się w tamtej chwili i tak uznałbym go za wielkie wydarzenie.
Po przerwie Pittsburgh Symphony Orchestra zagrała IX Symfonię e-moll „Z Nowego Świata” Antonina Dvořáka. Na pewno znają Państwo przynajmniej monumentalną, przytłaczającą, wręcz grozą przejmującą IV jego część Allegro con fuoco . Dla mnie - zbyt głośny jest ten „Nowy Świat”. Zbyt patetyczny. Ale z pewnością znakomicie sprawdzający się to utwór jako właśnie część druga. Podsumowanie wieczoru i wielkich występów orkiestrowych. Niedawno na Centralnym Placu Muzyki „Z Nowego Świata” wykonała Orkiestra Filharmonii Narodowej pod dyrekcją Krzysztofa Urbańskiego i było to wykonanie wspaniałe. Może dodatkowy walor dała wtedy nieograniczona w zasadzie przestrzeń, potęga plenerowego koncertu? Tam dzieło Antonina Dvořáka zabrzmiało soczyście. Patos ustąpił sile. Przyznam po raz kolejny, że warszawscy filharmonicy tym „Nowym Światem” zupełnie przytłoczyli wtedy subtelnie zagrany przez Kate Liu koncert fortepianowy f-moll Fryderyka Chopina op. 21. W sobotni sierpniowy wieczór w Sali Koncertowej Filharmonii Narodowej miałem poczucie, że dźwięk jest uwięziony. Nie znajduje drogi do wolności. Nie tężeje nad głowami widzów jak wielka chmura dziejowej burzy. Może to kwestia sali? Porównania z niedawnym wykonaniem plenerowym? Tak czy siak orkiestra z Pittsburgha pod batutą Manfreda Honecka zagrała „Z Nowego Świata” w sposób zapamiętywalny. Może nie aż tak jak moja ukochana wersja tego utworu, grana przez Chicago Symphony Orchestra z Sir Georgem Soltim (mam to na świetnym winylu z 1983 ale nikomu nie dam!), ale owacje trwały dobre kilka minut. Po nich, a w zasadzie w ich trakcie, „Pittsburghczycy” odwdzięczyli się za uznanie dwoma bisami. Zagrali utwory Brahmsa i Schuberta. Oklaski, oklaski. Da capo senza fine - parafrazując włoskie określenie muzyczne.
Wielki wieczór w Filharmonii i wielki koncert Festiwalu Chopin i jego Europa. Kolejny do kolekcji takich, które zostają w pamięci. Wracają, gdy słucha się innych wykonań granych wtedy utworów. Przypomina. Porównuje? Fuj. Porównania to najgorsza z możliwych rzeczy na świecie. Ale - nie do uniknięcia…
Wykonawcy:
Bruce Liu fortepian
Pittsburgh Symphony Orchestra
Manfred Honeck dyrygent
Program:
Karol Szymanowski Uwertura koncertowa E-dur op. 12
Siergiej Rachmaninow
Rapsodia na temat Paganiniego op. 43
Antonin Dvořák IX Symfonia e-moll z „Nowego Świata”


Komentarze
Prześlij komentarz