A ja się pytam - czy to będzie częściej grane?
W przedwojennych kabaretach często przedstawiano społeczność żydowską jako wiecznych podróżników po krainie handlu, opierających swój światopogląd o zabawne naginanie rzeczywistości do własnych potrzeb i sytuacji. Ich „curesy”, czyli kłopoty i kłopociki stawały się fundamentami kabaretowych skeczy i kupletów. Szmoncesów, za którymi stali twórcy właśnie pochodzących z tej społeczności. Zagłębiliśmy się w nie dzięki Letniej Scenie Teatru Żydowskiego, na której w ramach 23 Festiwalu Warszawa Singera o curesach śpiewali i rozprawiali Aktorzy Żydowskiego - Monika Chrząstowska, Henryk Rajfer i Marek Węglarski . Wspaniałą oprawę muzyczną i bukiet anegdot z międzywojnia zapewniła Teresa Wrońska.
- Ależ ta panna jest brzydka!
- Zewnętrznie. Ona jest za to piękna w środku…
- To pan spraw aby się ona wywróciła na drugą stronę!
Zaczęli Rajfer i Węglarski w kabaretowym dialogu, snującym się wokół matrymonialnych planów pana Sardinenfisza. A potem popłynęły pięknie napisane, także samo zaśpiewane, piosenki z tamtych kabaretów. Bawiące do łez mądrym, zmierzającym do błyskotliwych point humorem. Żarty słowne, sytuacyjne. Kolorowe jak świat, który zniknął w pożodze września i późniejszych czarnych lat. Zabrał ze sobą z Miasta cały blask, polot. Zostawił Warszawę szarą i przaśną. Dlatego tak chce się tam wracać. Chociaż na chwilę wymknąć szponom współczesnych „mazurskich nocy kabaretowych” i wejść w szemrzące głosami duchów wnętrze kawiarnianych sal, w których ze scen spadały słowa pisane przez Hemara, Tuwima, Toma, Własta a instrumenty brzmiały nutami Golda, Warsa czy Petersburskiego.
Rozmarzyłem się. Ale to nastrój, który zawdzięczam widowisku „A ja się pana pytam czy to jest życie”, bo tak nazywało się muzyczne spotkanie, które - co najzabawniejsze - zaczęło się w samo południe. Bywałem w różnych nocnych klubach i kabaretach. Ale kabaretu w niedzielę o dwunastej chyba nigdy nie zaliczyłem! O północy prędzej. Nic to - przedstawienie nie straciło na tym ani jednej nuty czy słowa. Uniósł się ten kryjący Letnią Scenę namiot i pomknął prosto w objęcia Qui pro Quo, Morskiego Oka, czy Oazy.
A co śpiewali i jak? Oni po prostu w tym repertuarze odnajdują się znakomicie. Henryk Rajfer, czyli Kazimierz Lopek Krukowski z niedawnej premiery „Bujdagrandy” tu rozwinął skrzydła kabaretowego talentu. Śpiewał, recytował. Wpadał na scenę z krótkimi, jednozdaniowymi pointami jak w tuwimowskiej „Lizelocie i jej cnocie”. Solo świetnie zaśpiewał napisany przez Mieczysława Miksne szmonces-piosenkę „Dwanaście rodzin”, a w monologu „Brydż” Antoniego Słonimskiego opowiedział o tragedii niespełnionego brydżysty zmuszanego do karcianych rozgrywek. Marek Węglarski umiejętnie zagrał chorego lekarza w znanym i na różne sposoby przedstawianym szmoncesie, w którym zabawna zamiana ról prowadzi medyka w sidła kupca, mającego leki i recepty na wszystkie dolegliwości. Tego, który pacjentów przyjmuje przez dwie godziny dziennie, a pieniądze cały czas. No i Monika Chrząstowska. Proszę wybaczyć, że o Pani Monice piszę na końcu, ale Jej występ różnił się. Obdarzona wspaniałym głosem Artystka zaśpiewała wyjątkowo pięknie „Majn sztetele Belz”. czyli przypadła Jej ta najtrudniejsza rola, która w każdym dobrym kabarecie być powinna: jedna piosenka, jeden wiersz, albo jeden dialog - na moment śmiech wyciszający. Budzący zadumę, czasem wzruszenie. Tak właśnie zabrzmiało w wykonaniu Moniki Chrząstowskiej „Miasteczko Bełz”. Poza tym bawiła się słowami i żartami ze wspomnianej już Lizeloty czy puentą szmoncesu z wystawy pewnego malarza, w którym poproszona o rękę odpowiada: Po cóż panu sama ręka, bierz pan mnie całą!
Całość - urocza. Zupełnie z innego wymiaru. W epoce pochwały powszechnego plastikowego barachła, rechotu z klauna udającego aktora - dostaliśmy wspaniałe niedzielne popołudnie. Śmieszne, ale z klasą. Do pomyślenia, jednak nie do zapadnięcia się w meandry filozofii. Coś idealnie skrojonego na łagodne przejście lata w jesień. Na skraju Ogrodu Saskiego ten muzyczno-kabaretowy spektakl udał się znakomicie.
Wystąpili: Monika Chrząstowska, Henryk Rajfer i Marek Węglarski,
Akompaniament i prowadzenie: Teresa Wrońska


Komentarze
Prześlij komentarz