Teatr, co chce być filmem

No i pasztet na koniec sezonu. Bo „Anioł Zagłady” Daty Tavadze z warszawskiego Teatru Dramatycznego nie jest ani tak złym jak o nim słyszałem, ani tak dobrym jak moim zdaniem mógłby być. Reżyser wziął się za eksperymentalne arcydzieło i spróbował odczytać je w zgodzie z duchem naszych strasznych czasów. Czyli jak śpiewał niegdyś Leszek Wójtowicz „potraktował tę sprawę społecznie”. A to mankament. Sztuka uwikłana w politykę, rozważania płciowe i inne tego typu sprawki ginie. Umiera pod ciosami socjotechnicznej siekiery.


Luis Buñuel nakręcił „Anioła Zagłady” w 1962 roku. To surrealny obraz dziwacznej opresji w jaką popada grono socjety zachodniej cywilizacji. Spotykają się na prywatnej kolacji po spektaklu operowym. Z niezrozumiałych powodów łamią konwenanse i zostają na noc. Rano okazuje się, że nie mogą opuścić gościnnego pałacu. Ba. Nie mają też żadnej możliwości skomunikowania się ze światem zewnętrznym. Tak, jakby ktoś ustawił barierę między nimi a resztą cywilizacji. Film opiera się o wysublimowane, przemyślane ujęcia. Różnicowanie planów, zbliżenia twarzy aktorów. Generalizując Buñuel wykorzystuje, jako walory artystyczne, w swoim „Aniele Zagłady” wszystko to, czego nie może użyć Tavadze w wersji teatralnej. Gruziński reżyser się zatem odejść od filmowego pierwowzoru. Stwarzać własne rozwiązania zamiast ersatzu. Wychodzi mu to różnie. Czasem się udaje. Często niestety - nie. 


Na pewno do pierwszej kategorii zaliczam scenografię i prace świateł, czyli dzieła Agaty Skwarczyńskiej. Świetny projekt przenosi nas w hermetyczne, wykrzywiające rzeczywistość umieszczonymi w ścianach krzywymi lustrami piekielne środowisko. Celowo używam słowa „piekielne”. Salon, w którym dzieje się ta historia, przywodzi na myśl diabelską sadybę. A może Czyściec? Przecież bohaterowie przechodzą w spektaklu swoisty rytuał oczyszczenia. Wyzbywają się zakłamania, rzucają na podłogę swój konformizm. Oportunizm. Zrzucają społeczne maski. Jednocześnie porastają czysto fizycznym brudem, narastającym wraz z dniami spędzonymi w odosobnieniu, gdzie higiena staje się niemożliwa do utrzymania. Gdy wychodzą są cieniami świetnych postaci, które przybyły na luksusowe party. W pomiętych ubraniach, zmierzwionych fryzurach stają się zwykli. Codzienni. Budzący litość i odrazę. 


Tavadze, moje to wrażenie, czytelniej oddał podstawowe charakterystyki postaci. Buñuel skupiał się na procesie grupowym. Falach otępienia, aktywności. Na relacjach między bohaterami pod kątem emocji i psychologii. Tavadze z kolei interesuje się stworzeniem alegorii współczesnego nam społeczeństwa wysokorozwiniętego. Mamy na scenie wyraźne, choć dyskutowałbym czy wyraziste, postaci. Polityka, wojsko, kultura, biznes, medycyna, arystokracja i technokracja są tu czytelnie reprezentowane. Niższą warstwę społeczeństwa uosabia Łukasz. Jedyny pozostały na posterunku służący, dziwnego domu-więzienia. Podobnie jak w filmie pozostała służba opuściła swoje miejsce pracy. Z tej perspektywy interesująco patrzy się na zamkniętych dziwnym zrządzeniem Losu ludzi. Jest ono w tym kontekście więzieniem, czy ochroną przed ingerencją czynników zewnętrznych? Migracji? Obcych kultur? Implementacji konfliktów zbrojnych i ideologicznych? Może pokój w którym przebywają to ich świadomy wybór życia pod kloszem, zabezpieczającym przed zmianą i zagrożeniem? A ów klosz, rozbudowywany do granic rozsądku, sam z siebie zamienia się w rodzaj złotej klatki? Czyściec burżuazji XXI wieku? Klosz mający chronić, który staje się pułapką? Te dwie wersje interpretacji „Anioła Zagłady” z Dramatycznego pociągają mnie najbardziej. Obie, wsparte czytelnymi odniesieniami do współczesności, są równoprawne. 


Nie ustrzegł się Tavadze moim zdaniem błędów. Spektakl jest koszmarnie przegadany. Tkwimy na widowni przez dwie godziny z kwadransem. Po godzinie zaczynamy z niepokojem rozmyślać, czy na pewno wyłączyliśmy żelazko w domu i czy okno kuchenne w czas burzowy zostało zamknięte. To już kwestia adaptacji i scenariusza. Nie wyszedł, mam wrażenie, Pawłowi Sztarbowskiemu mariaż dialogów z filmu Buñuela, didaskaliów starających się wypełnić pustkę po wysmakowanej pracy kamery, oraz współczesnych rozmów mających charakteryzować postawy bohaterów. Za dużo tych grzybów pławi się w barszczu czyniąc z „Anioła Zagłady”, w wersji teatralnej, zupę nadmiernie przyprawioną. Aktorzy miotają się w tym, często gubiąc istotę swoich postaci. Obijając się od dramatu sytuacji poprzez groteskę aż do pretensjonalnych przerysowań. Najgorsze są te didaskalia. Czyli aktorzy opowiadający widzom, co też się dzieje na scenie i co właśnie oglądają. Moim zdaniem przyjęta konwencja zepsuła istotę spektaklu. Scenę śpiewu Silvii, która staje się w finale teatralnym (w filmie ważny jest instrument) furtką, prowadzącą na powrót do świata zewnętrznego. Jest ona nie wiedzieć czemu po prostu wielogłosowym opowiedzeniem o tym, co się dzieje. Nie sceną in statu nascendi. 


Kilkukrotnie łapałem się na tym, że Tavadze próbując połączyć swojego „Anioła” z tym, co świetnie wybrzmiewało w filmie Buñuela, goni w piętkę. Weźmy prolog. W filmie jest to zagadkowa, dynamiczna sekwencja kilkukrotnie powtarzających się scen wejścia gości do pałacu. Ale tam trwa to niezwykle krótko. Nie nuży. Przeniesienie tego do teatru nie jest możliwe. Tu wszystko dzieje się w czasie rzeczywistym. Tam popadamy w czarodziejską władzę montażu. Zamiast magii kina dostajemy teatralną kluchę.


Wychodząc z Dramatycznego miałem wrażenie, że obejrzałem widowisko w wersji reżyserskiej. Czyli zmontowany z nadmiarem scen, z którego w toku dalszych prac Twórcy zapewne zrezygnują, na razie testując możliwości percepcyjne i fizjologiczne Widzów. „Anioł Zagłady” Daty Tavadze nie jest spektaklem bez pomysłu, niepotrzebnym, czy opartym o błędne założenie artystyczne. Moim zdaniem jest go zwyczajnie za dużo. Tonie w bezproduktywnych dywagacjach. Umyka w pozbawione sensu zlepki surrealizmu z realizmem. Jednak nożyce reżysera mogą bez większego kłopotu uczynić z niego widowisko wartkie, interesujące i o wiele bardziej przystępne dla widzów. Ci ostatni wychodzili oszołomieni. W najlepszym razie.  


Tavadze zmienił też zakończenie. Urwał to, co stanowi moim zdaniem najważniejsze przesłanie filmowej wersji „Anioła Zagłady”. Uciekające z pałacu owce, całym stadem wbiegają do katedry w której kończy się nabożeństwo. I wtedy okazuje się, że wierni nie mogą wyjść ze świątyni. Historia uwięzienia powraca. Tu film zostawia nas z własnymi interpretacjami. Zapewne brak owiec na podorędziu spowodował, że Tavadze zamiast sympatycznych zwierzaków zalał po prostu aktorów wodą. Cóż. Oto jest „Anioł Zagłady” na miarę możliwości teatralnych…



TWÓRCY

reżyseria

Data Tavadze

dramaturgia

Paweł Sztarbowski

scenografia i światło

Agata Skwarczyńska

kostiumy

Gosia Baczyńska

muzyka

Nika Pasuri

tłumaczenie scenariusza

Magda Nowakowska

asystent/ka reżysera

Antonina Wąsowicz, Maciej Jaszczyński

charakteryzacja

Marta Krasowska, Aleksandra Rubersz

inspicjent

Tomasz Karolak

kierowniczka produkcji

Adrianna Gołębiewska

producentka

Kinga Kostoń-Hayatullah

koordynacja produkcji

Lena Tworkowska 


OBSADA


Mariusz Drężek 

Agata Góral

Jakub Jankiewicz (gościnnie)

Anna Kłos

Michał Klawiter

Marianna Linde

Anna Moskal

Agata Różycka 

Jan Sałasiński/Mateusz Weber

Konrad Szymański 

Krzysztof Szczepaniak/Damian Kwiatkowski

Anita Sokołowska





Komentarze

Popularne posty