Skok wzwyż
Arcyciekawie wyglądała ta premiera. Nie wiem z czego zbudowane są podesty na których ustawiono widownię w TR Warszawa, ale mam wrażenie że powstały na celowo tam umieszczonych pudłach rezonansowych. „only Love can break your Heart” obnażyła wszystkie możliwe fakapy i niedociągnięcia organizacyjne sceny przy Marszałkowskiej.
Po pierwsze bałagan komunikacyjny. Nie wiem dlaczego na stronie teatru, jeszcze przed premierą czego zwykle się nie praktykuje, ukazała się informacja o długości spektaklu: siedemdziesiąt minut. Tymczasem widowisko trwało o dobre pół godziny dłużej! Rozumiem tych Widzów, którzy po prostu musieli wyjść bo zaplanowali sobie kolejne sprawy ufając, że TR to ludzie ogarnięci. Mylili się. Po drugie wspomniane podesty. Nie spotkałem nigdzie się z sytuacją, w której każdy krok na widowni dudni jak uderzenie w bęben. Kto na to wpadł i jak ten efekt uzyskał? Wychodzący rozpraszali innych Widzów, mam nadzieję że Aktorów i Muzyków nie. No i kwestia kluczowa: Mijający sezon w TR Warszawa był w najlepszym wypadku nierówny. Choć skłaniałbym się do mocniejszych określeń. Spektakle były dziwaczne. „Filokteja”, „Power Play” ocierały się o sceniczne rządy amatorów. Przyzwyczajono widzów do tego, że w TR jest bardziej inkluzywnie, niż artystycznie. I nagle, na kilka dni przed kanikułą, wkracza Cezary Tomaszewski. Aranżuje wspaniały, zaskakująco mądry, artystycznie wysublimowany spektakl.
Może nie Singspiel, a bardziej widowisko słowno-muzyczne. Miałem wrażenie, że zasiadłem na trybunie licealnego konkursu skoku wzwyż. Do tej pory zawodnicy radowali się pokonaniem poprzeczki zawieszonej pół metra nad ziemią. Wtedy wyszedł olimpijczyk. Drążek poszybował w górę o dobre półtora metra jak nie lepiej. Gość skoczył i z gracją wylądował nawet go nie dotykając. Tak mniej więcej pasuje „ only Love can break typu Heart” do całości sezonu w TR Warszawa.
Libretto, czy też scenariusz ponieważ recytacje poziomem aktorskim moim zdaniem przekraczają ramy wykonania zapisów libretta, stworzyli Giulia Fornasier i Tomasz Prasqual. To genialne połączenie dwóch pozornie nieprzystających do siebie literackich głosów. Sam pomysł, wykonanie - fascynujące. Wzięli mianowicie wiersze Gaspary Stampy, XVI wiecznej poetki weneckiej, i zestawili je z twórczością Logana February, współczesnego nam, queerowego poety z Nigerii. Powiecie: Oszaleli! Też tak myślałem. Dopóki nie oczarowało mnie to widowisko. Wrażliwością, zgraniem w całość. Konstatacją, że człowiek jest po prostu i zarazem aż - człowiekiem. Wymyka się dokładanym mu, przez ideologię epok, przymiotnikom. Ucieka z szuflad. Człowiek jest wolny. Tworzy. Czuje. To absolutnie wspaniałe uczucie, za które dziękuję Twórcom „only Love…”.
Cezary Tomaszewski to wszystko zaaranżował. Bardzo Go cenię. Spodziewałem się, że wykorzysta każdy centymetr kwadratowy przestrzeni scenicznej. Zaskoczy pomysłem. I mnie nie zawiódł. Przede wszystkim zdublował postaci. Na scenie są śpiewacy i aktorzy, osadzeni w tych samych rolach. Partię Gaspary śpiewa mezzosopranem Justyna Rapacz. Rolę Gaspary z kolei gra Justyna Wasilewska. W partię Logana wciela się kontratenor Michał Sławecki a rolę Logana kreuje Mateusz Górski. Świetny to pomysł. Dzięki temu wspaniałe operowe wykonania nabierają dodatkowej mocy i wartości w recytacjach, zazębiających się w dialog między epokami, ludźmi, artystami.
Można mnożyć opisy szczegółów i elementów tego bardzo złożonego pomysłu inscenizacyjnego. Aktorzy rozmawiają ze sobą głównie za pośrednictwem telefonów. Tak, jakby dzieliła ich wielka odległość. Czasu? Miejsca? Doświadczenia? Dzieli, istotnie! Bo ich utwory są podobne ale zarazem, co oczywiste, różnią się poetykami. Czy poetka z okresu weneckiego renesansu może się porozumieć z nigeryjskim queerowcem z XXI wieku? Gdzie jest wspólny mianownik a gdzie różne liczniki tego fantastycznego ułamka dziejów ludzkości? Zdradzę, że jest. Wspólny mianownik w „only Love…” jest zupełnie zaskakująco łatwy do rozpoznania. To miłość. Postrzegana jako męczarnia niepewności. Uczucie szarpiące zmysłami, doprowadzające do szaleństwa. Niezmienne, mimo mijających setek lat. Miłość to wspólny mianownik ludzkości. Tomaszewski wypuszczając na scenę dwoje aktorów i dwoje śpiewaków, z których pierwszym dołożył sceny niemal z widowisk performatywnych, tę miłość kładzie na złotej tacy. Niełatwa jest w jego przekonaniu. Wręcz bolesna i budząca strach. Ale to ona stanowi budulec ludzkości. Wartość? Truciznę? Tu pojawiają się pytania o kondycję ludzkiej cywilizacji zbudowanej na tak postrzeganej, trudnej miłości.
Wszystkie postaci na scenie są miłością pokaleczone. Ubrane w szpitalne szlafroki. Owinięte bandażami. Kostiumy założyli nie tylko Aktorzy i Śpiewacy. Identyczne mają na sobie członkowie świetnie grającego Hashtag Ensamble, który wykonał partyturę pod batutą Lilianny Krych. Te szpitalne odzienia przywodzą na myśl ludzi rannych. Spowitych w bólu i czekających uleczenia. Nastrój potęgują sztywne, wymuszone a może też somnambuliczne ruchy dwojga Aktorów. Krążą dookoła sceny. Jak duchy szukające siebie nawzajem. A zarazem łaknące ukojenia? Spokoju? Potem wracają do swoich stanowisk - punktów wyjścia. Znowu zaczynają mozolnie składać słowa poematów. Wierszy skarżących się na miłość, jednocześnie sławiących jej siłę.
Dzieje się to wszystko - przynajmniej w sferze aktorskiej - w języku angielskim. Do czasu. Nagle następuje przełamanie. Aktorzy wracają do języka polskiego. Justyna Wasilewska i Jej deklamacja jest czymś, co byłoby gamę changerem, gdyby jakimś cudem spektakl nie należał do udanych. Ale - oczywiście należy - moim zdaniem. Wypowiada słowa lekko, czasem zatrzymuje się, jakby układała je we właśnie powstający wiersz. Namyśla się, dobiera właściwe. Rusza i płyną kolejne wersy wielkiej ballady o aspektach miłości. Po chwili odpowiada jej wcielający się w Logana Mateusz Górski. Bardziej szorstko. Inaczej. Krócej i z mniejszym natężeniem słów. Ale obie narracje splatają się ze sobą w logiczną całość. Rezonują. Zamieniają w dialog. Jak motywy jednej, pięknie skomponowanej melodii.
Potem do głosu dochodzą dwaj usadowieni z boku, vis a vis orkiestry, wiolonczeliści. Nadchodzi czas podsumowania rozważań. Suną smyczki po strunach instrumentów Bartosza Koziaka i Dominika Płocińskiego, czyli Nieosiągalnego Kochanka Gaspary i Nieosiągalnego Kochanka Logana. Co opowiadają wiolonczele i dwaj muzycy skąpani w białym, lekko migającym, świetle punktowego reflektora? Dlaczego znajdują się w smudze światła, gdy scena zatopiona jest w cieniu? Trzeba zanurzyć się w dźwięki. Dać upust wyobraźni. Wszystko jest w dźwiękach zapisane. Samotność niespełnionej miłości. Cierpienie odtrącenia. Poszukiwanie wyjścia. Niesprawiedliwość świata.
„only Love can break your Heart” nie jest spektaklem łatwym. Nie ma prostej do wychwycenia wymowy. Warto uważnie wsłuchać się w śpiew, nie umykać myślami w czasie recytacji. Obserwować ruch sceniczny. Nie jest to proste i zastanawiałem się w kilku momentach, czy Cezary Tomaszewski nie zawiesza wspomnianej poprzeczki zbyt wysoko. Nie. Po namyśle uważam, że umieścił ją dokładnie tam, gdzie być powinna. Mamy wystarczająco dużo spektakli łatwych w percepcji i nużąco nienachalnych intelektualnie. Sztuka powinna mieć różne odcienie. Mienić się nimi i przyciągać różne osobowości. W TR Warszawa koniec sezonu stanął pod znakiem wrażliwości i wysiłku intelektualnego. Wreszcie.
Obsada
Gaspara (mezzosopran) - Justyna Rapacz
Logan (kontratenor) - Michał Sławecki
Gaspara (actress) - Justyna Wasilewska
Logan (actor) - Mateusz Górski
Nieosiągalny Kochanek Gaspary (wiolonczela) - Bartosz Koziak
Nieosiągalny Kochanek Logana (wiolonczela) - Dominik Płociński
Twórcy
muzyka: Tomasz Prasqual
libretto: Giulia Fornasier, Tomasz Prasqual
kierownictwo muzyczne: Lilianna Krych
aranżacja sceniczna: Cezary Tomaszewski
zespół: Hashtag Ensemble:
produkcja: Zofia Zajkowska i Millena Kamińska
identyfikacja wizualna: Aleksandra Ołdak
reżyseria dźwięku: Kosma Standera

Komentarze
Prześlij komentarz