Podsumowanie sezonu 2025-26 vol. 4

Czas się nieco pośmiać, prawda? Przecież Warszawa umie się bawić, kabaret przedwojenny był jej jednym z filarów. Popatrzmy, czym kusiły w minionym sezonie uznane i znane stołeczne sceny komediowe. 


Skoro wyszliśmy z Teatru Studio, czyli z Pałacu Kultury, wystarczy przebiec Marszałkowską i wskakujemy do Teatru Kwadrat. Kierowany przez Ewę Wencel teatr „od zawsze” walczy o berło komediowego króla warszawy z żoliborską Komedią. Wygrywa? Przegrywa? Bez znaczenia. Dość, że dostarcza rozrywki swoim wiernym widzom i tym osobom które rzadziej chodzą na spektakle zbudowane z humoru. W Kwadracie jest wyraźny podział. To, co ma wyłącznie bawić i gromadzić rzesze publiczności trafia na Dużą Scenę. Popatrzmy na „Degustację” (reż. Jakub Przebindowski), jedną z premier minionego sezonu. Wspominam o niej, bo jest bardzo charakterystyczna dla „kwadratowych” produkcji. Po pierwsze scenografia. Zawsze dobrze osadzona w fabule, realistyczna. Jeśli scenariusz mówi: dom wiktoriański, to będzie dom wiktoriański. Jak dzieje się wszystko w sklepie - będzie sklep i szlus. Żeby była jasność sytuacji - to nie jest zarzut. Wprost przeciwnie. Tutejsze projekty scenograficzne tym realizmem dostarczają dodatkowej przyjemności. Ułatwiają percepcję. Ma się wrażenie uczestniczenia w wydarzeniach scenicznych. Jak to wygląda w „Degustacji”? Sama intryga nie jest nadmiernie skomplikowana. Rzecz dzieje się wokół sklepu z winami i jego właściciela. Ale postaci są dobrze scharakteryzowane i ciekawe. Barwne, można powiedzieć. Ta różnorodność jest w każdym tutejszym spektaklu, odchodząc od skądinąd całkiem przyjemnej „Degustacji”. Podobny schemat odnajdziemy w innej premierze ubiegłego sezonu - „Każdy twój telefon” (reż. Michał Staszczak). Znowu logiczna i czytelna scenografia. Różniące się od siebie, charakterystyczne postaci. Niezbyt skomplikowana fabuła. Kolejny przykład? Nie ma! Nie dlatego, że Teatr Kwadrat gra tylko dwa spektakle na Dużej Scenie. Skąd! Gra mnóstwo. Ale to są przedstawienia obecne od lat. Niezmiennie przyciągające spragnionych śmiechu widzów, którzy wiedzą że się na nich nie zawiodą. Będzie śmiesznie, przyjemnie. Będą znani i nieźli aktorzy a na dodatek wszystko w sympatycznym opakowaniu. Ewa Wencel przejęła Kwadrat już tak ukształtowany i nie zmienia strategii, bo nie musi. Po co gmerać przy mechanizmie który się nie zacina, nie zgrzyta a na dodatek zadowala solidnością? Podobną receptę ma Kwadrat na wykorzystanej Małej Sceny. Tu z kolei dostajemy produkty bardziej wysublimowane, wymagające. Premium, można powiedzieć. Widownia znacznie mniejsza, scena także. I od lat te same spektakle, tak samo zbierające oklaski i zapełniające wszystkie miejsca widzami spragnionymi przedstawień delikatnych, utkanych z humoru sytuacyjnego ale w oparciu o uczucia, wrażliwość, czasem lekko ocierające się o wzruszenie. Przykłady? W ostatnim sezonie nie było tu nadmiaru premier. Ale z poprzednich, kto nie widział może się przyjemnie rozczarować „Promieniowaniem” (reż. Ewa Wencel -  premiera z 2017 roku), „Lekcjami tańca” (reż. Michał Staszczak - premiera z 2014 roku), czy „4000 dni” (reż. Wojciech Malajkat - premiera z 2021 roku). Kameralne spektakle również połączone są wspólnym mianownikiem. Człowieka i jego postrzegania świata przez pryzmat uczuć. Emocji które targają nim w relacjach z innymi ludźmi. Komedia psychologiczna? Żartobliwie używam takiego terminu, ale tak. Tak bym określił te przedstawienia, które od lat są na Scenie Kameralnej Teatru Kwadrat i zapewne jeszcze na niej pomieszkają. Czy warto to burzyć? W imię zmiany dla samej zmiany wprowadzać na siłę nowe, skoro stare trzyma się w świetnej kondycji? Myślę, że dyrektor Ewa Wencel ma doskonałe i rozeznanie i wyczucie sytuacji. Ufam Kwadratowi, dlatego uznaję Jego sezon za przykład stabilnego, solidnego teatru rozrywki. Czekam na więcej…


Z Marszałkowskiej mamy dwie drogi. Albo ruszymy na północ, do Teatru Komedia, albo na zachód. Do? A to za moment. Wybieram bliską mojemu sercu Żoliborzanina podróż w kierunku Placu Wilsona. Krótkim spacerkim dostajemy się do królestwa Krzysztofa Wiśniewskiego. A w zasadzie trojga królów, bo cała dyrekcja Komedii zna się doskonale jeszcze z czasów studenckich i konsekwentnie realizuje projekt zmiany żoliborskiej sceny. Na jaką? Miała

być to zmiana w stronę śmiechu bardziej wynikającego z przeżyć i jakości, niż farsy. Czy miniony sezon ten kierunek potwierdził? Tak i nie. Zabrakło na pewno hitu na miarę tych do których Komedia Wiśniewskiego zaczęła widzów przyzwyczajać. Mam na myśli dwa spektakle w reżyserii Michała Zadary, które stały się totemami dwóch poprzednich sezonów. Przede wszystkim „Zemsta”(reż. Michał Zadara - premiera kwiecień 2024) i o rok od niej młodszy „Sen nocy letniej” (reż. Michał Zadara - premiera marzec 2025). Niestety, reżyser obu widowisk ma inne zobowiązania i w minionym sezonie nie pojawił się jego spektakl w Teatrze Komedia. Trzeba było tę wyrwę załatać. Biorąc pod uwagę że Fredro i Szekspir zobowiązują, postawiono na tekst Gabrieli Zapolskiej. „Ich czworo” (reż. Marek Kalita - premiera maj 2026). Mam do Twórców tej inscenizacji szereg zastrzeżeń, sprowadzających się w zasadzie do jednego głównego: Zapolska to nie Bałucki a „Ich czworo” to nie „Dom otwarty”. Adaptując tekst Zapolskiej, moim zdaniem, niepotrzebnie spłaszczono postaci. Odebrano im charakterystyki tragiczne, dramatyczne. Przecież w tym utworze, kapitalnie ponadczasowym zresztą, dzieje się zło. Krzywda dziecka. Skrywana pod pozorem komedii. W zasadzie, śmiejąc się, widz powinien czuć że ten śmiech nie jest jednoznaczny. Że są w „Ich czworgu” momenty śmiertelnie poważne. Kalita z nich konsekwentnie zrezygnował. Jego inscenizacja bawi. Tylko. Wiem, że wielu Widzom to wystarczy. Mnie - niestety nie.  A poza tym? Duża Scena Komedii niosła i inne widowiska. Jesienią 2025 roku pojawił się całkiem zgrabny „Prezent” (reż. Aneta Groszyńska-Kącka). Przemiła komedia, romantyzmem podklejona, z brawurową rolą Katarzyny Figury i zabawną, w swoim mam wrażenie debiucie na pozaakademickiej scenie, Julią Banasiewicz. To właśnie taka komedia, jakie moim zdaniem w Komedii mogłyby mieszkać dłużej i częściej się tam pojawiać w większej ilości. Kameralna historia rodzinna, w tle pewne niedopowiedzenia i przede wszystkim dużo wspaniałej dawki emocji, humoru i dobrego aktorskiego warsztatu. Niespecjalnie darzę sentymentem inną tutejszą premierę, czyli „Jak zawsze” (reż. Magdalena Małecka-Wippich, Marta Miłoszewska), która opierając się o średni moim zdaniem tekst, jest nużąca i płytka nawet jak na wieczór z założenia wyłącznie mający dostarczać śmiechu. Komedia pod rządami Krzysztofa Wiśniewskiego uruchomiła Małą Scenę. I na niej dzieją się rzeczy bardzo przyjemne oczom a zarazem sercu oraz umysłowi miłe. W ubiegłym sezonie Dawid Dziarkowski wcielił się tu w postać Adolfa Dymszy i zamknął to w bardzo udanym monodramie „Król komedii” (reż. Marta Miłoszewska). Miesza się tu śmiech z powagą, Dymsza komediant z Dymszą postacią tragiczną. Odwaga z kunktatorstwem. Bardzo się to dobrze w każdym razie ogląda. Przede wszystkim wielka tu zasługa Aktora, który solidnie odrobił lekcje i umiejętnie odtwarza charakterystyczny sposób mówienia, ruchy swojego bohatera. Sezon na Żoliborzu był sezonem turbulencji spowodowanej brakiem spektaklu Zadary. Komedia była niczym samochód po uszkodzeniu jednej z opon. Na tak zwanym „kole dojazdowym” - do mety dojechała. I to najważniejsze bo kibicuję temu teatrowi z całego serca, które jak już napisałem - zostawiłem na Żoliborzu. Uczciwie rzekłszy - wiele się na tych dwóch scenach jednak nie działo. 


I teraz my będziemy jechać. A potem jechać. No i jeszcze jechać. Żartuję oczywiście, bo Teatr Scena Współczesna wcale nie jest aż tak daleko od Centrum a na dodatek komunikacja z tegoż jest zaskakująco świetna. Włodzimierz Kaczkowski swój teatr definiuje jednoznacznie na stronie internetowej - Generujemy dobry humor. Nic dodać, nic ująć. Ten projekt opiera się o humor i się spina, mówiąc korpomową. A jest uzasadniona, ponieważ Scena Współczesna ulokowała się w biurowcu szklanych drzwi, jak śpiewał Kazik Staszewski. Dobrze, ale co teatr zaproponował w minionym sezonie i dlaczego Widzowie tam się udawali? W styczniu trzy świetnie śpiewające Panie, tworzące kolektyw artystyczny (Anna Lemieszek, Żaneta Ruś i Dorota Szczepańska), pokazały „Całą prawdę o kłamstwie” (reż. Włodzimierz Kaczkowski wraz ze wspomnianym Kolektywem). I tutaj znowu mogę posłużyć się redukcją do jednego spektaklu. Bo „Cała prawda…” jest jak próbnik tego, co oferuje Teatr Scena Współczesna. Czyli sztuki z pogranicza komedii i kabaretu. Z przemyślanymi, nieinwazyjnymi bo stojącymi na dobrym poziomie interakcjami z Widzami. Okraszone to wszystko zabawnymi piosenkami, dobrze na dodatek zaśpiewanymi. Aha. Co ważne: Tutejsze widowiska, doceniam to bardzo i podkreślam, nie są jedynie heheszkami. Dostarczają wiedzy, opierają się o interesująco wybrane i ułożone informacje. Kaczkowski tak po prostu pisze. Zbiera fakty, kompiluje z nich ciekawy projekt komediowo-kabaretowy, który bawi, zaskakuje i w pewnym sensie edukuje. A my siadamy i patrzymy z zaciekawieniem. Oczywiście, śmiejąc się serdecznie z tutejszego żartu. Nieco innym, ale tylko nieco innym spektaklem, była w minionym sezonie opowieść o sztucznej inteligencji. „AI nadchodzi” (reż. Magdalena Engelmajer i Szymon Turkiewicz) to efekt współpracy z Teatrem ME/ST. Inność polega na bardziej „teatralnej” formule. Odejściu od stricte kabaretowych monologów na rzecz zazębiającej się fabuły i dialogów. Ale nadal to jest lekkie, zabawne i okraszone dobrymi piosenkami w wykonaniu Pauliny Sobiś - Majchrzak. Teatr Scena Współczesna nie odbiega swoim pomysłem na funkcjonowanie od strategii Kwadratu, czy Komedii. Stawia na widowiska sprawdzone, znajdujące się w repertuarze od dawna i od dawna świetnie się sprzedające. Takie są na przykład „Dzieła wszystkie Szekspira…” (reż. Włodzimierz Kaczkowski - premiera 1998), czy „Wieczór trzech coachów” (reż. Włodzimierz Kaczkowski - premiera 2023). Zdając sobie sprawę z realiów i możliwości w przypadku Sceny Współczesnej szepnę tylko, że warto by w nowym sezonie ze dwie-trzy premiery dołożyć. Dla ożywienia atmosfery. Ale i te, które są przyjmuję niczym Jagiełło dwa nagie miecze. Udany to był z pewnością czas w tym przemiłym, stwarzającym świetną atmosferę teatrze. Bo tutaj widzowie zostają po spektaklach, a aktorzy wychodzą do nich żeby porozmawiać, pożartować. Tworzy się świetna, silna więź ludzi skupionych wokół Teatru Scena Współczesna. 


Ha! Zapewne zauważyli Państwo, że warszawskie teatry komediowe stawiają na rozwiązania sprawdzone i niechętnie eksperymentują. Istotnie. Tak ten ostatni sezon moim zdaniem w ich wykonaniu wyglądał. Ale - było i jest gdzie i na co się wybrać w poszukiwaniu odpoczynku od codziennego hałasu. A my? Kończymy wycieczkę na dziś. Weekend, czyli dwa najbliższe dni, będą stać pod znakiem bieżących premier i recenzji tych wydarzeń. Natomiast w poniedziałek pojawi się kolejny, piąty odcinek podsumowania minionego sezonu teatralnego w Warszawie. Będzie o teatrach niezależnych. Mniej, lub bardziej…






Komentarze

Popularne posty