Podsumowanie sezonu 2025-26 vol. 3
Skoczymy za Wisłę? Mamy tam przecież dwa interesujące miejsca do odwiedzenia. Oczy Warszawy w minionym sezonie były skierowane przede wszystkim na Teatr Powszechny, który objęła znakomita Pani Reżyser, Maja Kleczewska. Od „Teatru, który się wtrąca”, jak swoją wizję Powszechnego definiował poprzedni dyrektor, Paweł Łysak Zespół oderwał się noworocznym show pod aluzyjnym w stosunku do scenariusza i zmiany dyrekcji tytułem „Very very happy end” (reż. Karolina Adamczyk). Reżyserująca słowno-muzyczne widowisko Karolina Adamczyk pokazała coś, od czego Powszechny mam wrażenie stronił. Absurdalną farsę, pozwalającą po prostu śmiać się bez oporu i intelektualnego smrodku. Na dodatek w tej farsie zaszyła kilka, kłujących szpilkami aluzji, nitek - także pod adresem byłej Dyrekcji. Całość bawiła Widzów krótko, bo jak napisałem spektakl był noworoczny. Ale - wart dostrzeżenia, pokazujący, że Zespół Powszechnego to nie snobujące się na intelektualistów smutasy, a fajni ludzie z dystansem i poczuciem humoru. Mieli także inne ważne sceniczne wystrzały. Hitem „socjologicznym” minionego sezonu była tu „Adrenalina” (reż. Ewa Galica). Mocny ale nie efekciarski spektakl o podskórnym życiu współczesnej Warszawy po jej praskiej stronie. Znakomity aktorsko, ciekawie zrealizowany. Świat, którego zapewne nie chcemy przyjmować do wiadomości, a który wcale nie odszedł wraz z rozwojem wizji kolorowej Krainy Wielkiej Szczęśliwości, jaką forsuje obecny włodarz Miasta. Bardzo dobra rola Klary Bielawki - ale powiedzcie mi Państwo kiedy Klara Bielawka zagrała słabą rolę - oraz fantastyczny debiut nastoletniej Zofii Ankiersztejn, autentycznej mieszkanki Pragi. Ale hitem „klasycznym”, proszę Państwa jest tutejszy „Hamlet” (reż. Kamil Białaszek)! Maja Kleczewska zaprosiła do realizacji monumentalnego dzieła Mistrza Williama cudowne dziecko polskiej sceny. Są tacy, którzy uważają, że cokolwiek Kamil Białaszek weźmie w ręce z pewnością i natychmiast zamieni się w złoto - jestem ostrożniejszy w ocenach. Ale ten „Hamlet” to jedno z najważniejszych wydarzeń teatralnych, mam wrażenie nie tylko warszawskiej sceny. Nowoczesne ale bardzo uważne i przemyślane odczytanie tekstu, który brzmi mocno i lśni zupełnie nieoczywistym, nowym blaskiem. Świetny scenograficznie, zaskakujący pomysłami adaptacyjnymi i reżyserskimi. No i Aktorzy! Kapitalna po prostu Anna Ilczuk w roli Królowej Gertrudy i ten zupełnie na nowo rozumiany, inny od kanonu dialog Królowej z Hamletem, którego kreuje bardzo umiejętnie Antek Sztaba. A Kamil Białaszek zaklął w spektaklu znakomite mam wrażenie analogie, czy też korelacje oryginału z naszą współczesną sytuacją. Taki jest zdublowany, rzekłbym, napisany po nowemu przesławny monolog Hamleta. Idąc pod prąd, bo krytyka za najważniejszą scenę przyjmuje zwykle rozmowę Gertrudy z Hamletem, uważam właśnie ten monolog za najciekawszy i kulminacyjny moment „Hamleta” Kamila Białaszka. A do skarbów w szkatułce Powszechnego, zanim zatrzasnę ją zamykając symbolicznie skarbczyk tutejszych klejnotów minionego sezonu, dokładam „Trojanki” (reż. Aleksandra Bielewicz). Bardzo interesujące spojrzenie na klasykę. Fakt, scenariusz jest kompilacją kilku utworów, ale głównym jego motorem jest dramat Eurypidesa, bardzo uważnie i sprawnie zaadaptowany na scenę. Śledząc losy pół mitycznych bohaterów okresu wielkiej wojny o Helenę możemy albo przygotować się, albo odpocząć od kinowego wydarzenia 2026 roku, także przecież przenoszącego nas w okolice Troi. Dramat kobiety w starciu z bezlitosnymi bogami - tymi z Niebios i tymi na co dzień włóczącymi się po świecie w męskich zbrojach. Intrygi, miłości, nienawiści. Wszystko tu jest plus świetna, moim zdaniem, Helena a w tej roli Natalia Lange.
Zostańmy jeszcze po drugiej stronie Wisły, jak często mawiają starzy Warszawiacy. Niedaleko - relatywnie niedaleko - z Powszechnego jest do Teatru Rampa. Scena na Targówku zyskała od niedana świetną komunikację z miastem po wydłużeniu drugiej linii metra. Ale nie wiem, czy Rampie potrzeba było zasilenia, teatr od lat ma wierną publiczność i umie jej gusta zaspokajać. Nie zawsze, uczciwie przyznam, są te działania zbieżne z moim gustem ale w Rampie bywam. Choćby z uwagi na przesympatyczne Panie i Pana w tamtejszych bufetach oraz ich wprost kapitalne „Wuzetki”! Kto nie spróbuje - ten kiep. Targówek dorzucił do stosu warszawskich premier teatralnych kilka propozycji. Przede wszystkim teatr dziecięcy. Kolorowa, iskrząca humorem i pomysłami „Pippi” (reż. Aga Błaszczak) moim zdaniem ucieszy każdego malca, niezależnie od tego czy miał już okazję poznać historię szwedzkiej Panny Pończoszanki, czy będzie to Jego pierwsze spotkanie z dziewczynką, dla której nie ma rzeczy niemożliwych. Bardzo przyjemna dla oka, odziana w brawurowe kostiumy i zagrana w pięknej scenografii jest ta „Pippi”. Z przyjemnością patrzyłem, jak lekko napisana i takoż zainscenizowana opowieść zdobywa serca małych Widzów. Takich, powiedzmy do dziesiątego roku życia. Dyrektor Rampy, Michał Walczak, nadal niestety pozostaje zakładnikiem własnej przeszłości, którą w dużej mierze kreuje Jego działalność w ramach słynnego kabaretu „Pożar w Burdelu”. Stara się z uporem ten kabaret reanimować, ale dysponując niedobitkami dawnego składu wyglądało to w zakończonym sezonie bardziej na odbijający się w szybie blask odległego pożaru, niż na prawdziwy ogień. Tak można myślę napisać po śmiesznych, ale nie do przesady premierach „Była sobie Polska” (reż. Michał Walczak), czy „Lalka’89” (reż. Michał Walczak). Do klasy choćby „Gorączki Powstańczej Nocy” (reż. Michał Walczak, ale w 2013 roku) obu tym widowiskom razem wziętym i każdemu z osobna daleko jak z Warszawy do Radomia co najmniej. Błąkała się poza tym Rampa po meandrach literatury. Zahaczyła o Tyrmanda. Ale tutaj, moim zdaniem, kompletnie osiadła na mieliźnie. Śpiewali, tańczyli, kruszyli kopie i… rozbili się o tego klasyka Warszawy z kretesem. Jest ich „Zły. Warszawska jazz opera”” (reż. Jerzy Jan Połoński) przekombinowany. Zatracił mroczny urok powieściowego pierwowzoru. Stał się - to oczywiście moje zdanie - nadmiernie odpustowy.
Wracajmy do Centrum Miasta. I to - żartując napiszę - Centrum najbardziej Centralnego z Centralnych. Zostawiłem aż do trzeciej części mojego podsumowania teatr, który odegrał jedną z najważniejszych ról w minionym sezonie. Nie tylko teatr jako taki, ale także Jego Dyrektor - Roman Osadnik, któremu Warszawa zawdzięcza brawurowy, znaczący festiwal Centralny Plac Muzyki. Zadziało się w Warszawie coś niebywałego. Miasto nagle pokazało, że nie tyle potrzebuje, ile łaknie kultury i to tej z najwyższej półki. Przecież festiwalowy repertuar takim właśnie był. Zafascynowany obserwowałem tłumy Warszawiaków rozstawiające leżaki i rozkładające koce na trawie Placu Centralnego. A przychodzili aby słuchać Mozarta, Beethovena, Chopina. Przeżywać losy „Toski”, zagłębiać się w magiczny świat „Czarodziejskiego Fletu. Podziwiam determinację, konsekwencje i pracę jaką pod wodzą Osadnika wykonali Organizatorzy tego festiwalu. Wydarzenie jakiego w stolicy wcześniej nie było, okazało się czymś co od pierwszej chwili wrosło w Warszawę. Nie przeszkodziły mu ani ekstremalne, czterdziestostopniowe upały, ani oberwanie chmury, ani nagłe ochłodzenie aż do czternastu ledowe stopni. Nikt na takie drobiazgi w obliczu artystycznej jakości w ogóle nie zwracał uwagi! Ale przyszliśmy tutaj zajrzeć do Teatru Studio, którego Roman Osadnik jest dyrektorem a nie rozmawiać wyłącznie o Centralnym Placu Muzyki. Skupmy się na wartościowych spektaklach. Tych tutaj w minionym sezonie nie brakowało. Zupełnie niespodziewanie Teatr Studio stał się znaczącym punktem na mapie sceny jednego aktora. Tak, wiem. Już Tomasz Milkowski nakłada bagnet na broń i w świętym gniewie pędzi uzmysłowić mi, że przecież w Studiu tworzy od zawsze Mistrzyni monodramu, Irena Jun. Wiem. Nie śmiałbym o Niej zapomnieć i z ogromnym szacunkiem kłaniam się wielkiej Artystce, nieustannie gratulując i wspominając spektakl „Stara kobieta wysiaduje”, który w minionym sezonie został wreszcie zarejestrowany i pokazany w Teatrze Telewizji TVP. Ale do Mistrzyni dołączyły dwie znakomite Aktorki stałego Zespołu Studio - Dominika Ostałowska i Ewelina Żak. „Nieśmiała dżokejka” (reż. Aleksandra Bielewicz), w wykonaniu Ostałowskiej to podróż w głąb ludzkiej wrażliwości, zagubienia w dzisiejszym hałaśliwym świecie. Poszukiwanie przystani. Bezpieczeństwa i ostoi zaklętej w marzenia, delikatność i dystans do spraw pędzących z gracją głazów w górskiej lawinie. Pomysł na wyciszenie emocji. Popatrzenie na wspaniałe aktorstwo. Na człowieka mieniącego się wszystkimi barwami ludzkiej osobowości. Obok Dżokejki oczywiście „Mała Empiria” (reż. Anna Ilczuk), którą uważam za odkrycie sezonu i wielkie wyjście frontem do widzów znakomitej Eweliny Żak! Odważnie Aktorka mierzy się w tym monodramie z problemem ludzkiego przemijania. Nie odpuszcza Nie umyka przed konstatacjami, że kolejne etapy naszej ziemskiej podróży zostają zamknięte w księdze wspomnień. A czyni to z humorem, radością życia i swadą. Taktem i gracją. Nic dziwnego, że Studio kilka razy dokładało sety „Empirii” do swojego repertuaru. Widzowie szli na to jak nakręceni i wychodzili jak zaczarowani. Wielki sukces Eweliny Żak, której serdecznie gratuluję. Zresztą miała Pani Ewelina, moim zdaniem, bardzo udany miniony sezon. Do kanonu teatralnego powinna przejść świetnie zagrana w jej wykonaniu scena z „Requiem dla snu” (reż. Jakub Skrzywanek). Ta, w której gra przed nami osobę uzależnioną od jedzenia i czyni to tak sugestywnie, że pamiętamy Jej twarz pokrytą resztkami smakołyków długo po wyjściu z teatru. „Requiem” to - wprawdzie w koprodukcji ze sceną krakowską - kolejny świetny spektakl minionego sezonu jaki powstał w Teatrze Studio. Skrzywanek skrócił filmowy scenariusz. Wyeksponował w sposób znacznie czytelniejszy w porównaniu z wersją filmową wątki poszczególnych uzależnień bohaterów opowieści. No i ta monumentalna scena finałowa! Działo się w Studiu sporo, działo bardzo ciekawie. Cieszę się ich sukcesem i kibicuję zaciekawiony, co też będzie dalej.
Stop! Trzy teatry dziennie to zupełnie solidna dawka zwiedzania, proszę Szanownej Wycieczki. Kolejny odcinek przygód teatralnych - jutro. A będzie tym razem śmiesznie. Zajrzymy do warszawskich teatrów komediowych. No ubaw po pachy…

Komentarze
Prześlij komentarz