Podsumowanie sezonu 2025-26 vol. 2
Wracając z Powiśla, gdzie się wczoraj zatrzymaliśmy, zajrzyjmy do teatru moim zdaniem najbardziej w rankingach ubiegłorocznego sezonu niedocenionego. Mam na myśli Teatr Żydowski. Scena kierowana przez Gołdę Tencer obchodziła jubileusz 75 lecia istnienia. Uświetniła go mocnym, z rozmachem stworzonym „Dziedzictwem” (reż. Robert Talarczyk) opartym o dylogie Ichoka Baszevisa Singera. Spektakl ocierający się o żydowski mistycyzm, zagadkowe odrębności kulturowe. Zagrany na bardzo wysokim poziomie - bardzo dobrze przemyślany choreograficznie i muzycznie. Na drugim biegunie przepiękne ujęcie „Pieśni nad pieśniami” (reż. Jakub Lewandowski) - delikatnej, kameralnej biblijnej opowieści o wielkiej pełnej uniesień miłości dwojga młodych ludzi. A do tego huczna, zabawna i przenosząca Widzów w świat międzywojennych kawiarń i kabaretów „Bujdagranda” (reż. Joanna Drozda). Podróż, której się nie zapomina i każdy, kto chce poznać rytm przedwojennej Warszawy powinien to zobaczyć i poczuć. I jeszcze spektakl bajkowy. Znowu oparty o literaturę Singera, czyli „Niewidzialne baśnie” (reż. Paweł Paszta). Spiąłem nasza wizytę w Teatrze Żydowskim singerowską klamrą. Bo taki był Ich sezon. Zaczarowany, mistyczny. Pełen delikatności i wrażliwości. Stojący na bardzo wysokim poziomie pod każdym względem. Działo się w Żydowskim sporo i uważam ten sezon za bardzo udany dla teatru wciąż czekającego na swoją stałą i godną siedzibę.
Polska klasyka, jak przystało na nazwę teatru, mieszka i mieszkała w Polskim. Tu sezon był wyważony. Stabilny i ciekawy, choć bez wyraźnych fajerwerków. Za próbę takowego można, moim zdaniem, uznać „Rękopis znaleziony w Saragossie” (reż. Grzegorz Jarzyna). Widowisko niedocenione a interesujące. Trzeba się w nie zanurzyć. Wyłączyć wszystkie myśli poboczne, bo trudno jest zajmując się nimi śledzić losy imć van Wordena, podróżującego przez pełne magii i złych czarów hiszpańskie wąwozy. Ale spektakl przykuwa uwagę, może się podobać wizualnie. Ciekawa jest jego konwencja, osadzenie w poetyce gry komputerowej. Moim zdaniem wart wieczoru. A pozostałe inscenizacje w Teatrze Polskim, które zatrzymały mnie na dłuższą chwilę pojawiały się na tamtejszej Scenie Kameralnej. Kolejny raz łamiąc chronologię na rzecz emocji zacznę od „Otwórz oczy” (reż. Igor Gorzkowski) - bardzo ciekawego ukazania dwóch opowiadań Olgi Tokarczuk. Igorowi Gorzkowskiemu udało się złapać i przenieść na scenę klimat wiszącej nad bohaterami, dręczącej zmysły nieuchronności. Nienazwanej i niematerialnej chmury, która mącąc słoneczny blask zbiera się gdzieś na granicy horyzontu ludzkich spraw. Powstały dwie jednoaktówki, króciutkie jak na mój gust prawie za krótkie, ale świetnie się oglądające. Janusz Opryński z kolei podjął się w Polskim zadania bardzo trudnego, bo wziął na warsztat „Płomienie” (reż. Janusz Opryński) - biblię, można powiedzieć, buntowników polskiego końca XIX wieku. Mam wrażenie, że kontekst tej historii, wielowątkowość powieści i mnogość wydarzeń historycznych w starciu z koniecznymi skrótami adaptacyjnymi broniła się zażarcie ale w ostatecznym rachunku Twórcy wyszli z tego pojedynku zwycięsko. Mamy spektakl bardzo dynamiczny, ciekawy i atrakcyjnie oprawiony nielichym „bummmms” czyli efektem pirotechnicznym, który brawurowo przygotował Tomasz Pałasz. Poważniejąc - „Płomienie” są ciekawym pomysłem na spędzenie wieczoru nie tylko z powodu błysku i huku. To po prostu dobra inscenizacja dziś już zapomnianej a niegdyś bardzo ważnej polskiej powieści. Warto jednak ją znać i dopiero wtedy wybrać się do Polskiego. To bardzo porządkuje sytuację. Tyle w warszawskim Teatrze Polskim zadziało się, w mojej skromnej opinii, wartego uwagi. A sezon określiłbym mianem bezbramkowego remisu w dobrym stylu. Nie było wystrzałów (poza wspomnianym bummmsem), ale nie było także większej wpadki.
I tak dochodzimy do, przynajmniej ex definitione, najważniejszej polskiej sceny. Teatr Narodowy i pierwszy sezon Jana Klaty na dyrektorskim tronie. Dziwny to był czas. Najpierw Klata przywiózł do stolicy swoje krakowskie „Wesele”, wyreżyserowane w tamtejszym Teatrze Starym. Warszawa przyjęła to jako dobrą monetę - można było zobaczyć bardzo dobry teatr bez wydawania pieniędzy na pociąg do Grodu Kraka. Potem nowy dyrektor postawił na tekst jednego z najciekawszych ale piekielnie trudnych w odbiorze polskich twórców, Tadeusza Micińskiego. „Termopile polskie” (rez. Jan Klata) zaskoczyły bogactwem scenograficznym i wymazanym „wojennymi” hasłami teatralnym foyer, co wyszło w mojej opinii pretensjonalnie i prowincjonalnie. Czy jednak z perspektywy czasu są widowiskiem wielkiego formatu? Nie sądzę. Wiele z nich w głowie nie zostaje. Po „Termopilach” w Narodowym zaczęła się huśtawka. Przedziwny, nie wiedzieć czemu piekielnie długi, „Niewyczerpany żart” (reż. Kamil Białaszek), podczas którego tonęliśmy w meandrach wielowątkowej amerykańskiej powieści. Dlaczego ona trafiła na afisz Narodowego? Nie umiem tej zagadki rozwikłać. A potem owiany atmosferą skandalu - prawdziwego, czy wytworzonego w celach promocyjnych - „Mężczyźni objaśniają mi świat” (reż. Klaudia Gębska). Spektakl lekki, zabawny i błyskotliwy. Wszystko można o nim napisać z wyjątkiem tego, że jest ważnym głosem w dziejach komunikacji mężczyzn i ich mansplainingu z wyzwolonymi i sięgającymi po swoje życiowe należności kobietami. Ot, bardzo pocieszna komedia w dobrym guście. Niezłymi pomysłami reżyserskimi przyciągał uwagę widzów „Prowadź swój pług przez kości umarłych” (reż. Ewa Platt) ze znakomitą rolą Dominiki Kluźniak, wypełnioną błotnistą ziemią sceną i potężnych rozmiarów myśliwską amboną na tejże ustawionej. Gdy dołożymy do tego całkowite „przemeblowanie” Dużej Sceny Narodowego, ciekawe rozwiązanie pozostawionej celowo pustej nominalnej przestrzeni widowni - otrzymujemy intrygującą wizję prozy Olgi Tokarczuk. Pozostała w mojej pamięci ta wizja. Podobnie jak w opisywanym wczoraj Teatrze Współczesnym, najważniejsza premiera została zaprezentowana na samiuteńkim końcu sezonu. Narodowy wystawił „Moralność pani Dulskiej” (reż. Anna Augustynowicz) z Małgorzatą Kożuchowską w roli tytułowej. I to był, moim zdaniem kolejny bardzo ważny spektakl minionego sezonu. Dramat Gabrieli Zapolskiej wspaniale odczytany i wyreżyserowany świeci na Scenie przy Wierzbowej pełnym blaskiem swoich czarnoszarych kostiumów i elementów scenografii. I, mam wrażenie, ratuje ten mocno dyskusyjny sezon w Narodowym. Uczciwie mówiąc targają mną wątpliwości, czy te pozostałe premiery to jest rozmiar najważniejszej polskiej sceny teatralnej, czy tak może niekoniecznie do niej pasują.
Zmęczeni? Nogi, a raczej oczy, pewnie już Państwa bolą. Wszak byliśmy w kolejnych trzech warszawskich teatrach. Na dzisiaj wystarczy. Jutro zapraszam na dalszy ciąg podróży!

Komentarze
Prześlij komentarz