Podsumowanie sezonu 2025-26 vol. 1
Śmieszą mnie postsezonowe rankingi teatralne. Dojrzewałem do tego długo, sam kiedyś oddając duszę bożkowi megalomanii popełniałem takie. Ale dorosłem. Nie można, jak mawiał mój nieoceniony nauczyciel polskiego z liceum, porównywać kiełbasy z Księżycem. Zestawienia w którym czytania performatywne, wysokobudżetowe widowiska, monodramy i kameralne spektakle skleja się w jedną listę przebojów - mijają się moim zdaniem z celem. Co innego wnioski. Wyciąganie ich na podstawie obserwacji zjawisk. Przecież teatr jak najbardziej jest zjawiskowy. Zapewne trudno potraktować go jak jeden nurt pędzący korytem rzeki. Meandruje. Rozkłada się na mniejsze wiry i zakola. Wciąga. Przejdźmy się po Warszawie. Zapraszam na spacer. Odwiedzimy przeróżne teatry. Zajrzymy na ich spektakle, zastanowimy się, co z nich wynika i w jakim kierunku zmierzają poszczególne warszawskie sceny.
Włączmy reflektor. Niech jego ostre światło przesunie się po widowiskach minionego sezonu. Był niezły. Można powiedzieć - konsekwentny, przynajmniej w Warszawie. Mnie osobiście nie zaskoczył. Otrzymywałem produkt, jakiego się spodziewałem. Programowo, artystycznie. Warszawskie teatry umacniały mam wrażenie swoje pozycje. Szukając dialogu z widzem postawiły na stabilność, a nie na nadmierne eksperymentowanie z widzowską percepcja i wytrzymałością.
Swoją wizję, moim zdaniem, najbardziej konsekwentnie rozwijał i realizował Wojciech Faruga w Teatrze Dramatycznym. Kolejne premiery były, można rzec, utrzymane w podobnym tonie i poetyce. „Dramat” pod kierownictwem Farugi stara się docierać do widza społecznie zaangażowanego. Młodego? Nie powiedziałbym. Łączy przeszłość z teraźniejszością. Dotyka zjawisk, które zamiatano i zamiata się pod dywan. Takie były „Anioły w Warszawie” (reż. Wojciech Faruga), będące premierą jeszcze z sezonu 2024-25. Podobne do nich w sposobie obrazowania rzeczywistości, już z sezonu ostatniego, są „Era Wodnika” (reż. Małgorzata Warsicka) czy moim zdaniem kompletnie nieudany, chaotyczny „Jubileusz” (reż. Maciej Jaszczyński). Patrzymy na subkultury. Minione zresztą i stanowiące dziś legendę, cień przeszłości. Czy jednak niosące jakieś głębsze przesłanie, ważne dla człowieka roku 2026? Ja go nie znajduję. Przykładem budowania mostu między przeszłością a naszymi czasami, klasyką literatury a dzisiejszymi stosunkami geopolitycznymi i społecznymi jest też tutejsza „Lalka” (reż. Mikita Iłyńczyk). Dla mnie zbyt uproszczona. Natrętna ciasnym patrzeniem na nasze bolączki. Odarta z literackiego piękna, ciśnięta jak mainstreamowy news ze strony o geopolityce. Interesująco natomiast wypadło „Zaklinanie węży w gorące wieczory” (reż. Jan Jeliński). Na pewno widowisko spójne z obecną linią programową teatru i dyrektora. Nie subkultura jest tu pokazana, ale grupa interesu. Zanurzona w brudzie swoich spraw, ponurej egzystencji opartej o korzystanie z ciała. Inne są te spektakle, niż to do czego Dramatyczny przyzwyczajał przez lata Warszawiaków. Z ciekawością obserwuję prowadzoną przez Farugę metamorfozę. Nie jestem jej ani nadmiernym entuzjastą, ani przeciwnikiem. Szanuję prawo dyrektora do wyboru swojej drogi. Moje zastrzeżenie budzi wspólny mianownik tych przedstawień. Są oparte o powszechnie uznane i używane stereotypy myślenia. Nie sięgają nadmiernie głęboko w psychikę postaci. Snują się po naskórku zdarzeń i zjawisk, co powoduje ich monotonię. Na zakończenie przygody z Dramatem - warto dostrzec ostatnią tamtejszą premierę. Jest, moim zdaniem, kwintesencją sezonu tego teatru. „Anioł Zagłady” (reż. Data Tavadze) ma w sobie kolosalny potencjał. Artystyczny i intelektualny. Jest pięknie osadzony w doskonale zaprojektowanej scenografii. Gra świateł cieszy oko. Ale przeciągnięte, przegadane sceny, brak spójnej wizji reżysera, średnie mam wrażenie porozumienie jego z aktorami oraz nadmiar chęci wypowiedzenia się nie jako artysta a jako człowiek z poglądami powodują, że mamy ledwie zaczyn do teatralnej pracy. Coś, co wymagając skrótów woła o uwagę. Taki to był cały sezon Teatru Dramatycznego. Konsekwentny kierunek, ale zarazem nadmiar chęci w stosunku do możliwości przypadających na każdy kolejny tu spektakl. Jak można podsumować ten sezon w Dramatycznym? Obiecujący, tak bym powiedział.
Na drugim biegunie, jeśli chodzi o umiłowanie do eksperymentowania na żywym organizmie Widza stoi Teatr Współczesny. Zajrzyjmy na Mokotowską. Trudny kawał chleba odkroił sobie Wojciech Malajkat, wygrywając konkurs na stanowisko dyrektora i zajmując to miejsce po przeszło czterdziestoletnich rządach Macieja Englerta. Teatr mieszczański, o ugruntowanej marce i zbudowanej relacji z widzami. Spokojny, wyważony. Stawiający na warsztat w każdym elemencie teatralnej sztuki. Malajkat, mam wrażenie, postanowił ledwie zwichrzyć tą świetnie dopasowaną i wyprasowaną kurtynę, jaką znają widzowie Współczesnego. Postawił na teatr wymagający minimalnie większej uwagi i otwarcia umysłu, choć zarazem nadal nie narażający się na zarzut nadmiaru nowatorstwa. Najmniej udane w tym kontekście okazały się, moim zdaniem, „Macki Miłości” (reż. Wojciech Malajkat). Chaotyczna, komercyjna koprodukcja z jedną z rozgłośni radiowych. Ale to był wyjątek. Widz, pamiętający czasy Macieja Englerta, na pewno z przyjemnością obejrzał głęboko przemyślany, świetnie napisany i zagrany dramat „23 i pół godziny” (reż. Jarosław Tumidajski) ze znaczącą rolą gwiazdy Współczesnego, Katarzyny Dąbrowskiej. Z kolei chcąc otworzyć się na coś nowego mógł ten sam Widz z przyjemnością zanurzyć się w świecie „Chłopek” (reż Sławomir Narloch) - barwnej, okraszonej śpiewem historii z bezkresu pól i łąk - czy zerknąć na „Pacyfistów” (reż. Jacek Braciak). Ten ostatni spektakl to kolejna, moim zdaniem, premiera wyjęta w zasadzie z epoki Englerta. Nie przemówiła do mnie. Ot, wycinek cudzego życia. Bez korelacji z moim, bez większego wpływu i znaczenia na postrzeganie świata. Ale Współczesny pokazał jeszcze coś. Hit, który - nie tylko moim zdaniem - jest najciekawszym i najlepszym zarazem spektaklem minionego sezonu (jednak Diabeł Ocenny siedzi i szepce do ucha o rankingu a ja się bronię). „Bracia Lechman” (reż. Oskar Winiarski). Tutaj mamy wszystko to, z czego od lat słyną sceny przy Mokotowskiej. Po pierwsze świetny wybór tekstu. Historia trzech braci - emigrantów, którzy mozolnie dzięki inwencji, odwadze i konsekwencji dochodzą do bogactwa, to opowieść o zwykłych ludziach a zarazem zapis rozwoju, wznoszenia aż do rozkwitu i następnie upadku kapitalizmu. Wszystko jest w tym spektaklu. Wyjątkowej jakości praca Altorow, pomysł reżyserski i doskonale wymyślona scenografia. Jeśli jakikolwiek spektakl z minionego sezonu zostanie mi w głowie aż do łoża śmierci - stawiam właśnie na „Braci Lehman”. Gdybyśmy w Warszawie mieli więcej takich premier, zapewne teatry musiałyby, dla pomieszczenia wszystkich chętnych, grywać je na Stadionie Narodowym. Udany sezon Współczesnego. Było tu co oglądać, a końcówka wprost piorunująca.
A teraz zejdźmy z warszawskiej skarpy na Powiśle. Do stulecia swojego istnienia powoli szykuje się tu Teatr Ateneum. Kolejny przykład solidnej konsekwencji i zrównoważonego, acz bezdyskusyjnego rozwoju to sezon w jego wydaniu. Łamiąc chronologię wydarzeń zacznę od pięknego widowiska bożonarodzeniowego. „Świętogranie” (reż. Artur Tyszkiewicz) było znakomitym przykładem wyczucia, znajomości Zespołu. Koncertem kolęd, który mam nadzieję będzie cyklicznie powtarzany a z tego co wiem został zarejestrowany przez Telewizję Polską (w likwidacji co prawda ale może jakoś do zimy wytrzyma…). Mając tak śpiewających Aktorów, dyrektor Artur Tyszkiewicz słusznie postanowił skorzystać z możliwości zaprezentowania pięknego spektaklu muzycznego. Ale przecież to część sukcesu, ledwie jeden kamyk Ateneum w mijającym sezonie. Świetne były tamtejsze premiery: Ciekawa miniatura ludzkich losów, czyli „Grupa krwi” (reż. Wojciech Urbański) w której talent aktorski prezentują Olga Sarzyńska i Emilia Komarnicka a widzowie mogą zobaczyć jak dziedziczenie majątku wpływa na zachowania ludzi z pozornie innych planet. Łukasz Lewandowski z kolei błyszczał i nadal, w kolejnym sezonie błyszczeć będzie w diamencie z korony Ateneum, czyli jednym z najlepszych spektakli mijającego teatralnego roku - „Chamowie” (reż. Mikołaj Grabowski). Literacki to klejnot, bo tekst Mirona Białoszewskiego jest po prostu fantastycznym zapisem konfliktu duszy artysty z materią blokowiska. Gdy dołożymy do tego intrygującą „Iwonę księżniczkę Burgunda” (reż. Anna Augustynowicz) - klasyczne moim zdaniem ale bardzo sprawne odczytanie dramatu Gombrowicza - otrzymujemy obraz ważnego i solidnego „teatru środka”. Czyli scen, bo przecież Ateneum ma ich kilka, na których z przyjemnością ogląda się spektakle inteligentne, wysokiej klasy i przede wszystkim „jakieś”. Mówiące o konkrecie, stawiające przed widzem interesujący do rozważenia problem. Logicznie zaplanowane i inscenizowane. To był moim zdaniem bardzo dobry sezon w wykonaniu tego, przecież od zarania dziejów markowego, warszawskiego teatru.
Tyle w pierwszej części. Jutro idziemy dalej. Kolejne teatry, spektakle. Zapraszam. Nie trzeba mieć żadnego biletu!!! Wchodzimy gratis :)

Komentarze
Prześlij komentarz