Okropności "Pokoju"
Został i „się zapomniał”. „Pokój” w reżyserii Roberta Talarczyka i Szczepana Twardocha z Teatru Słowackiego w Krakowie, który widziałem na 46 Warszawskich Spotkaniach Teatralnych. Trzeba, moim zdaniem, oddzielić dwie warstwy tego spektaklu. Tekst Szczepana Twardocha od poczynań komanda artystycznego pod dowództwem, jak mniemam w większym wymiarze, Roberta Talarczyka.
Skupię się na tekście, uważam że on jest tu najważniejszym elementem do analizy. Oparty o stereotypy i wymyślony na siłę. Popatrzcie Państwo: W bunkrze, gdzieś na froncie którego nie ma ponieważ państwo - Polska - objęte konfliktem nadal utrzymuje swoją armię, spotykają się negocjatorzy dwóch zwaśnionych bojówek paramilitarnych. Obie są mocno przekonane o swojej wyższości światopoglądowej, a wartości niepodległościowe to jedyne co stanowi ich wspólny mianownik. Strona, nazwijmy ją prozachodnia, ma przewagę strategiczną. Przynosi też asa w rękawie. Wie, że Rosjanie wkroczyli na terytorium Polski i zajęli kilka miejscowości. Strona druga, narodowo religijna, tego nie wie. Zadaniem negocjatorów jest wypracowanie zawieszenia broni a najlepiej porozumienia kończącego wojnę domową. Dostrzegacie Państwo rażący mankament? Przecież w takiej sytuacji wystarczyłoby położyć na stole fakt rosyjskiej napaści i wokół niego momentalnie zbudować porozumienie, na fundamencie obrony Ojczyzny. Ale Twardoch nie może tak postąpić! Przecież wtedy jego dramat trwałby pięć minut plus minuta na oklaski. Zatem wydziwia. I wpada w pułapkę nadmiernie oczywistych oczywistości. Fabularnych, czy charakterystyk bohaterów.
To dystopia. Czyli ponura fikcja, dziejąca się w niedalekiej przyszłości. Polska, popadając w podziały światopoglądowe, pękła. Jej wschodnia część ogłosiła, jak mniemam, prawicowo-konserwatywną sanację. Zachodnia, centrolewicowa, postanowiła się z tym rozprawić. Doszło do kilku potyczek, są zabici. Powstała nieformalna granica, przecinająca kraj od północy na południe. Dziwnym zbiegiem okoliczności, zupełnie obok walczących stron, działa jakieś wojsko. Czyli aparat państwowy jest. Jak Twardoch to tłumaczy? Nie tłumaczy i jego prawo. Przecież mówimy o literackiej fikcji. Szkoda, że tak dalece pozbawionej logiki. Baśń o „Pokoju” składa się z długaśnych negocjacji. Każda strona wydelegowała troje przedstawicieli. Po środku znajduje się mediatorka. Siedmioro tych krasnoludków, zgromadzonych w bunkrze, ma zakończyć wojnę. Jak już nadmieniłem, można by zrobić to w mgnieniu oka. Nie kupuję kompletnie założeń fabuły „Pokoju”. Są pozbawione sensu.
Na takim fundamencie Twardoch układa charakterystyki swoich bohaterów. Przerażająco, wręcz nachalnie przewidywalne. Prawa strona: Starszy pan, który dokładnie nie wie dlaczego, ale nienawidzi bo tamci to hołota. Chcą wpuszczać migrantów, nie wierzą w Boga i nie oglądają TV Republika (ziew). Pani w wieku średnim, według dzisiejszego standardu, czyli circa 55. Głos rozsądku. W toku wydarzeń dowiemy się, że miała romans z mediatorką prowadzącą negocjacje . Tu ma za zadanie studzić emocje (zieeew). Młody pan, który był wiceministrem w prawicowym rządzie, co osiągnął ponieważ zna języki obce. To wystarczało. Rzutki, sprawny, konkretny technokrata. (zieeeeeew). Rozziewałem się. Napiszę tylko, że po drugiej stronie jest tak samo, lustrzane odbicia. Wyjątkiem jest wiek najbardziej radykalnej delegatki. Odpowiedniczka starszego pana jest tu, ależ emocje, co??? - najmłodsza. No kto by pomyślał, co za skomplikowany zabieg literacki! Natomiast niczym, poza tym, się nie różni od alter ego. Jej towarzysze to pani, której skazą jest paskudna blizna na twarzy, pamiątka po jednej z potyczek wojny domowej. Jest zagojona i koresponduje z blizną, jaką jest dawny romans pani po stronie przeciwnej. Trzeci negocjator to były przyjaciel od serca ze szkolnych ław najmłodszego pana już opisanego. Tego, co był ministrem. Naiwne? Naprawdę???? Coś takiego…
Wejdźmy do tego bunkra. Miałem przyjemne wrażenie, że cofnąłem się o kilka lat w czasie i znowu bawię w wycieczki po escape roomach. Scenografia Marcela Sławińskiego i Katarzyny Sobańskiej bardzo przypomina mi wystrój realistycznie skonstruowanego „Złota Nazistów”. Też bunkier, też szaro. Ale tam fajniej, bo włączało się generator prądu i zabawnie terkotał. Tutaj terkoczą jedynie postaci. A nawet krzyczą. Nie mają wiele do powiedzenia, przecież tak stereotypowe ich wymyślenie wyklucza wszelką możliwość oryginalności. Miałem wrażenie, że Aktorzy duszą się w powierzonych im rolach. Ciasnych, jak wnętrze bunkra.
Jest to tak straszliwie przewidywalne, że zdążyłem dokładnie ułożyć całe swoje życie, które zmieni się wraz z wygraniem głównej nagrody w Eurojackpot. Zastanowić nad tym, czy kupować nowy dozownik karny dla kotów. Nawet przemyśleć, co lepsze: Budapeszt w lecie czy w październiku. A oni wciąż wrzeszczeli na siebie. Wychodzili kolejno na proscenium i niby do kamery reporterskiej opowiadali o genezie swojego przystąpienia do jednej ze stron konfliktu. W ten sposób łopatologicznie wsypywano nam, widzom, do głów rysy osobowościowe poszczególnych bohaterów. Nikomu nie chciało się zrobić tego w sposób bardziej subtelny. Cóż. Twardoch to nie Strindberg. Szkoda.
Przeszliśmy przez półtorej godziny drogę krzyżową procesu negocjacji kryzysowych. Obserwowaliśmy mozolne dochodzenie do porozumienia, zatrzymując się w miejscach wybuchów możliwych do przewidzenia zachowań bohaterów „Pokoju”. Z mediatorką, której wszystko cudownie się udawało. Gdy chciała, to postaci momentalnie tonowały emocje, wycofywały się z łamania zasad spotkania. Poznaliśmy też naiwne, uproszczone, motywacje bohaterów, które popchnęły ich w stronę śmiercionośnych pukawek. Nic w tym nie było oryginalnego. Unikatowego. Zmuszającego do podniesienia opadającej z nudów głowy. Sztampowy, stereotypowy przegląd postaci polskiego piekiełka. Gdyby nie nastrój bunkra, nie przypominające mundury kostiumy, można by pomyśleć, że Twardoch pokazuje koszmarny sen o imieninach u cioci. Czyli przegląd rodzinnych animozji według szablonu powielanego w mainstreamowych mediach. rudno jest zbudować dramat wyłącznie na szkicach. Chyba, że jest się Francisco Goyą i rysuje grafiki cyklu „Okropności wojny”. Jednak Talarczyk Goyą nie jest, podobnie jak Twardoch Strindbergiem.
Nagle bęc! Potężny huk. Gaśnie światło, zaczyna się bieganina. Gdy uruchomiono generator prądu (mógłby terkotać zabawnie jak ten w „Złocie Nazistów”, ale nie terkotał) liberałowie wykładają kawę na ławę. Oczywiście w ciągu kilku minut bez kłopotu zostaje wynegocjowane daleko idące porozumienie. Można kończyć spektakl. Wtedy, ni z gruszki ni z pietruszki w Szczepanie Twardochu budzi się pazur dramaturga. Zakończenie „Pokoju” jest naprawdę zabawne. Zaskakująco lekkie i dające do myślenia. O Polakach, o mentalności. Naiwne, tak. Ale przynajmniej błyskotliwie naiwne. Na dodatek tak różne od całego monotonnego spektaklu, że patrzy się na tę scenę z prawdziwą przyjemnością.
Zapewne będą tacy, którym ten sposób portretowania Polski i Polaków się spodoba. Jest u nas wciąż grupa ludzi zatrutych przez media, sączące w oczy i uszy jad podziału. Pogłębiające go do ram przepaści. Podział jest, był. Będzie. W każdym społeczeństwie są różnice poglądów. Dyskusje wokół nich. Polacy nie są pod tym względem inni. Męczy mnie na siłę przedstawianie tej oczywistości jako czegoś niespotykanego i nienormalnego. Dlatego - nie chrapiąc, broń Boże - zdrzemnąłem się na moment na „Pokoju” Roberta Talarczyka. Reasumując - jeśli ktoś lubi uważać sąsiada za wroga - spoko, pewnie mu się ten spektakl spodoba. Jeśli nie lubi - może się nielicho wynudzić.

Komentarze
Prześlij komentarz