Nieustraszeni pogromcy Wirginii Woolf

Trzeba być nie lada odważniakiem, aby po 1966 roku brać na warsztat „Kto się boi Wirginii Woolf”.  Moim oczywiście zdaniem, film Mike’a Nicholsa jest arcydziełem i od lat wzbraniam się przed oglądaniem inscenizacji tekstu Edwarda Albeego. Teatr, trudno mi to spływa na klawiaturę, ma swoje ograniczenia. Nie da się w nim skupić widza na twarzach aktorów tak, jak w filmie w którym każde ujęcie, każdy ruch na planie mają znaczenie i wartość. Ale - skoro od ponad dziesięciu lat w repertuarze warszawskiego Teatru Polonia „Wirginia” znajduje miejsce - wybrałem się aby skonfrontować swoje wyobrażenie, filmowe uwielbienie, z teatralną wersją reżyserującego spektakl Jacka Poniedziałka. 


To fascynująca przygoda. Niby truizm. Tekst można przeczytać na kilka, jeśli nie kilkanaście sposobów. Przeróżnie rozumieć i kształtować aby budził w odbiorcach często sprzeczne ze sobą emocje. Poniedziałek wybrał zupełnie inną drogę niż Nichols. Inaczej czyta dramat Albeego. Jego „Kto się boi…” nie jest jednym wielkim, naprężonym sznurem emocji. To miks, w którym do głosu dochodzi o dziwo, komedia. Moim zdaniem uzasadniona była owacja po zakończeniu spektaklu. Rozumiem oklaski tych, którzy zapełnili widownię do ostatniego miejsca. A nawet więcej - siedzieli na schodkach w przejściu. Byleby spektakl zobaczyć. Inny, zupełnie inny niż film. Różny tak, że nierozsądne byłoby kusić się o wyrokowanie co lepsze. Można jedynie wskazać najistotniejsze różnice. 


„Kto się boi Wirginii Woolf” w Polonii ma dwa akty. Dziwnie krótki, ledwie trzy kwadranse trwający, pierwszy budzi rozbawienie. Aktorzy wydobywają z dialogów wszystko, co komediowe. Marta  (Ewa Kasprzyk) i George (Krzysztof Dracz) kłócą się, ale bliżej tym starciom do przekomarzania i przerzucania się słowami niż do pełnej podskórnej nienawiści, wzajemnego obrzydzenia i znudzenia sobą, zimnej wojny. Z kolei Nick (Antoni Pawlicki) i Honey (Agnieszka Więdłocha w dublurze z Justyną Ducką) to para młodych, wręcz emocjonalnie nieopierzonych, podpitych karierowiczów którzy szukają sobie miejsca w świecie akademickim. On playboy, ona cheerliderka - można uprościć ich charakterystyki. Przyznam, że oglądając ten akt na bieżąco brakowało mi spojrzenia Nicholsa w głąb postaci. Ich rozterek. Tragedii. Tu nawet znacząca scena z karabinem-atrapą wyszła bardziej komediowo, niż dramatycznie. Nie stanowiła skrywanego krzyku rozpaczy poniżanego George’a. Brzmiała jak ryzykowny żart podchmielonego satyra. 


Po przerwie Reżyser zaczął powoli, z wyczuciem, zakręcać ów komediowy zawór. Drugi akt przypomina w swojej konstrukcji lejek, gdzie na początku w szerokim naczyniu dowolnie mieszają się konwencje i dialogi. Śmiech i powaga. Powoli, nieuchronnie, lejek się zwęża. Wciąga w nurt dramatu psychologicznego, jakim przecież „Kto się boi Wirginii Woolf” jest. Bardzo ważny moment w tym akcie to przebudowa scenografii. Od niej historia zaczyna się układać w tragicznie połamane losy dwóch małżeństw. Marty i George’a grających w swoją perwersyjną grę, do której jak pająki w głąb sieci wciągają Nicka i Honey. Ci z wolna konstatują, że gra nie jest zabawnym, towarzyskim prowokowaniem i testowaniem granic. To lustro, w którym odbija się ich przyszła rzeczywistość. Przerażająca i nieuchronna. Obie małżeńskie pary są swoimi sobowtórami, dzieli je jedynie różnica pokolenia. 


Świetna jest w spektaklu scena z kwiatami. Moim zdaniem niezwykle ważna. Udało się Poniedziałkowi oddać upokorzenie i złamanie psychiki Nicka. Pokazać jego miejsce w uniwersyteckiej hierarchii, gdy poniżony i wyśmiany zaczyna wykonywać polecenia Marty i George’a. Krzysztofowi Draczowi znakomicie z kolei „wyszła” ta część spektaklu. I rola w niej George’a. O ile dyskutowałbym, czy dobrze zbudował aurę złamanego życiem męża swojej żony, w sieci zależności i frustracji, o tyle George dominujący, przejmujący finalnie kontrolę nad sytuacją, brzmi perfekcyjnie. 


Zdziwiłem się, tak to przynajmniej odebrałem, wyciszeniem najważniejszego wątku „Kto się boi…”. Powracającej w oryginale, jak brzęk fałszywej struny, historii syna Marty i George’a. Nie jest tu wokół niej budowane napięcie. Przewija się ów syn, jednak uczciwie mówiąc gdyby Poniedziałek w swojej adaptacji go usunął, zapewne na większości Widzów nie zrobiłoby to wrażenia. Zaskakujące. Przecież w oryginalnym dramacie wszystko wokół nieobecnego ciałem, ale wciąż zawieszonego w rozmowach bohaterów syna, się dzieje. Kolejne odsłony historii jego wychowania, dorastania, narodzin - podawane są chaotycznie. Wtrącenia, stanowiące podstawę konfliktu i wspólnoty głównych bohaterów, są niezwykle znaczące. Aż do finału, czyli przemiany urojonego syna w symbol. Jego „uśmiercenie”  przez George’a ma stanowić granicę. Wyznaczać punkt nowego startu. Resetu w relacji z żoną. A dla niej z kolei być przerażającym momentem konfrontacji z brutalną rzeczywistością. Pozbawieniem imaginarium. Ale kto wie? Może to tylko moje obserwacje, wywołane umiłowaniem filmu? Bo finał spektaklu w Polonii jest równie mocny i czytelny, jak u Nicholsa. Trzyma w napięciu, aż do ostatniej wymiany zdań. Gdy wstaje świt i Martha kładzie głowę na piersi George’a. Na jego pytanie: Kto się boi Wirginii Woolf odpowiada - Ja się boję. Z tym pozostajemy. Dalszy ciąg jest w domenie wolnej woli i wyobraźni każdego widza. Czy wyrwani z fikcji bohaterowie dramatu odnajdą się wzajemnie w świecie prawdziwym, a przez to boleśnie groźnym? Uratują z zakrętu w jakim znalazło się ich małżeństwo? Odzyskają wzajemny szacunek do siebie? Ucieszyłem się. Te same pytania, które zawsze nurtowały mnie gdy pojawiały się końcowe napisy filmu Nicholsa, zabrzmiały mi w głowie po spektaklu. 


„Kto się boi Wirginii Woolf” w Teatrze Polonia. Fenomen warszawskiej sceny. Ponad dziesięć lat się na niej utrzymuje (fakt, z przerwami). A w lipcu, w czasie wakacji gdy widzowie raczej znikają z miasta, nie ma gdzie wściubić szpilki na widowni. No i te, zupełnie moim zdaniem uzasadnione, owacje na stojąco. Warto to przeżyć. Spektakl jest interesujący, skłaniający do zastanowienia. Nie przechodzi przed oczami z lewa na prawo i nie znika za moment w niepamięci. Zostaje. Tak, jak powinien. 


Reżyseria: Jacek Poniedziałek

Przekład: Jacek Poniedziałek

Scenografia i kostiumy: Michał Korchowiec

Światło: Katarzyna Łuszczyk

Wideo i opracowanie muzyczne: Michał Dobrucki

Układ walk: Wiesław Chmieliński

Asystent scenografa: Małgorzata Domańska 

Producent wykonawczy: Maja Górecka / Magdalena Kłosińska

Inspicjentka: Magdalena Kłosińska

Obsada:

Ewa Kasprzyk, Krzysztof Dracz, Agnieszka Więdłocha/Justyna Ducka, Antoni Pawlicki










Komentarze

Popularne posty