Farsa, a śmiechu mało

Wychodząc z teatru usłyszałem: „Rezerwacji na trzy miesiące naprzód bym nie robiła, ale jak na znalezione wczoraj na myjni samochodowej w czasie wleczenia mojego samochodu - może być”. I w zasadzie szlus. Niewiele więcej można dodać do tak celnego podsumowania „Coś tu nie gra” w reżyserii Krystyny Jandy na scenie Och Teatru. Postaram się krótko rozwinąć zasłyszaną myśl. 


To jest farsa. Ale w pierwszym akcie prawie nikt się nie śmieje. Po widowni krąży cień chichotu. Milknie. Odzywa się tu i tam. A ten akt to godzina. Ponad połowa widowiska. Nieśmieszna farsa? Gdzie przyczyna? Moim zdaniem leży przede wszystkim w tekście Marcii Kash i Douglasa E. Hughesa, autorów „Coś tu nie gra”. Bo niewiele rzeczywiście w nim gra. To co napisali w 2017 roku na potrzeby kanadyjskie nie bardzo śmieszy Polaków w środku 2026 roku. Świat poszedł naprzód. Nudnawe przygotowania do amatorskiego spektaklu z do bólu przewidywalnymi postaciami, zachowaniami, dialogami - nie mieli tutaj szans Aktorzy, choć walczyli jak lwy. Ba. Gdyby nie Oni nawet ten cień śmiechu mógłby się nie narodzić. Tu po prostu nie ma nic zabawnego, nic do zagrania. Farsa bez dynamiki. Postaci wchodzą, wychodzą. Wiemy, kto pojawi się w kolejnej scenie. Znowu wchodzi. Mówi swoje, kontynuując to, co zaczął dwie sceny wcześniej. Schodzi. Ruszają kolejni. Niby sprawa się rozwija. Ale bardziej to traktor, niż Ferrari. 


Chodzi w „Coś tu nie gra” o to, że kandydat na premiera Kanady pan Bream ma wygłosić ostatnie przemówienie przed wyborami. Na dodatek ma w nim zaprezentować butelkę cudownego paliwa z rybiego tłuszczu, które rewolucjonizuje rynek. Czyha na niego dwóch niezbyt mądrych pracowników sztabu wyborczego urzędującej pani premier. Chcą go uśpić i porwać. Dlaczego ma to odwrócić los wyborów? Nie rozumiem, ale nie muszę. Przecież to farsa. Niestety, w sali gdzie przemówienie zaplanowano, ogłoszono alarm bombowy. Zatem kandydat przenosi się do domu kultury, w którym kończy się ostatnia próba przed premierą spektaklu w wykonaniu pół amatorskiego teatrzyku. I tu mamy zabieg nużący, ale pretensje do Autorów - brat bliźniak kandydata na premiera jest aktorem i w tym widowisku ma zagrać. Plączą się po scenie postaci w sytuacjach niby zabawnych a zarazem tak przewidywalnych że doprawdy trudno się śmiać. Oczywiście osią całej farsy jest komedia omyłek wokół dwóch braci, podobnych do siebie jak krople wody. 


Mam też poważną uwagę do adaptacji i reżyserii polskiej inscenizacji. W oryginale kanadyjskim zapewne śmiesznie wypada francuskojęzyczna Josee, szefowa sztabu pana Breama. Przypuszczam, że akcja „Coś tu nie gra” jest umieszczona w anglojęzycznej części Kanady, w której powszechnie dworuje się z francuskiego akcentu drugiej części kraju. W Polsce ten niuans jest moim zdaniem niezrozumiały i nieprzetłumaczalny. A umieszczono go na zasadzie copy-paste z oryginału. Zatem zachodzimy w głowę, dlaczego biedna Josee mówi po francusku, nikt jej nie rozumie a jest do diaska szefową sztabu wyborczego kandydata na premiera! To błąd warsztatowy i zaniedbanie reżyserskie. Nikt nie zadał sobie trudu zaadaptowania tekstu „Coś tu nie gra” do polskich realiów. A można było dajmy na to obdarzyć Josee akcentem podhalańskim, elementami mowy kaszubskiej, śląskiej, podlaskiej. Przecież to farsa. Liczy się humor. Ale nikt na ten pomysł nie wpadł, albo nie chciało mu się o tym pomyśleć. Żałowałem, że mamy do czynienia z tak słabą adaptacją. Bo to mogłoby być po prostu arcy zabawne. 


A teraz akt drugi. Jest śmieszniejszy. Nie dlatego, że Autorzy nagle doznali olśnienia i zaczęli pisać farsę jak się patrzy - zaskakującą zmianami tempa, absurdalnie nieoczekiwanymi sytuacjami i pełną błyskotliwych  żartów. Nie. Nic z tych rzeczy. Nie spowodowała tego girlanda pomysłów reżyserskich, czy kapitalne zabiegi adaptacyjne. Ani trochę, tu także nic się nie zmieniło. Natomiast wszystko ratowali Aktorzy. Chylę czoła przed Marią Seweryn, która dwoiła się i troiła aby Jej Josee, Francuzka w stadzie Polaków była na wskroś francuską. I udało się to Jej wprost znakomicie. Mistrzem ceremonii, postacią najważniejszą jest w „Coś tu nie gra” Mirosław Kropielnicki. Mimo fatalnej jakości tekstu, durnych pomysłów autorów nieśmiesznej farsy - weźmy ten ze strzeleniem mu w tyłek środkiem usypiającym, który zamiast dla ludzi jest specyfikiem na ptaki i zaczyna ćwierkać - Kropielnicki staje na głowie w podwójnej roli (Raymonda i Rolanda Breamów, czyli braci aktora i polityka). Gra tak, jakby miał rozbawić marmurowe figurki, którym potrzeba żartu do potęgi dziesiątej aby się uśmiechnąć. Jest uroczy jako podchmielony starszy aktor, zabawny gdy udzielając wywiadu powtarza słowa szefowej swojego sztabu naśladując jej akcent. Bardzo dobry jest także Kamil Maćkowiak w roli Colina, aktora-geja. Chłop z niego na schwał, a fruwa po scenie niczym baletniczka wywołując i uśmiech i śmiech w całej okazałości. Tak to Aktorzy „Coś tu nie gra” zagrali fest i nieśmieszną farsę w drugim akcie uratowali. 


Oczywiście wszystko kończy się happy endem, nieuczciwa pani premier zostaje zdemaskowana. Przemówienie mimo perypetii dochodzi do skutku i wygłasza je właściwy pan Bream-polityk. Koniec, oklaski. I do domu. 


Zacząłem cytatem Pani Widz i cytatem innej Pani Widz zakończę: „Takie to na niedzielę w sam raz.”. Zgadzam się i z tą opinią. Jeśli następnego dnia trzeba będzie wstać, mając w perspektywie pięć dni zasuwania do pracy, to niedzielny wieczór może być myjnią dla umysłu. „Coś tu nie gra” wiele w Państwa życiu nie zmieni, wiele do niego nie wniesie. Ale jak się ma akurat wolne dwie godziny w niedzielny wieczór, to można. 


Reżyseria: Krystyna Janda

Przekład: Elżbieta Woźniak

Scenografia, kostiumy: Weronika Karwowska 

Asystentki ds. scenografii i kostiumów: Małgorzata Domańska, Zofia Jocek 

Reżyseria światła: Katarzyna Łuszczyk 

Producentka wykonawcza i asystentka reżysera: Klaudia Błazik

Realizacja dźwięku: Michał Cacko

Realizacja światła: Rafał Piotrowski

Inspicjent: Krystian Zajdel

Obsada:

Raymond Bream / Roland Bream – Mirosław Kropielnicki

Penelope, szefowa grupy aktorskiej i reżyserka – Katarzyna Gniewkowska 

Josée, szefowa sztabu Breama – Maria Seweryn 

Judy, aktorka o poglądach prawicowych – Aleksandra Pisula/Julia Wyszyńska 

Mimi, aktorka seks-maszyna – Maria Dębska/ Karolina Bacia 

Weever, pani premier – Ewa Florczak 

Sharkey, członek sztabu wyborczego Weever – Adrian Brząkała

Zingel, naukowiec ze sztabu Breama – Andrzej Pieczyński/Sławomir Holland 

Gill, członek sztabu wyborczego Weever – Adam Serowaniec

Whiting, dziennikarz – Maciej Wierzbicki

Colin, aktor-gej – Kamil Maćkowiak 

oraz Jan Malawski (głos z offu)





Komentarze

Popularne posty