Czeski czołg rozjechał Chopina

Zastanawiam się, czego oczekiwałem po koncercie „Chopin / Dvorák”  z udziałem Kate Liu. Kilka razy miałem już wcześniej okazję podziwiać Jej anielski sposób grania. Chopin pod dłońmi urodzonej w Singapurze Mistrzyni to delikatna, koronkowa konstrukcja. Gra go lekko, muska klawiaturę palcami z uwagą i wyczuciem. Cieszyłem się na Jej występ w ramach Centralnego Placu Muzyki. To dla mnie miał być najważniejszy dzień tego Festiwalu. I pomyliłem się. 


Zawiódł mnie brak doświadczenia z koncertami plenerowymi. Nie chodzę na nie. Nie umiem się skupić w grupie rozkrzyczanej, parkowo-rekreacyjnej. Liu była jak zawsze. Perfekcyjna, skupiona i frunąca nad instrumentem wraz z Koncertem fortepianowym f-moll op. 21. Drugim. Chopin pozostawił tylko dwa koncerty fortepianowe. Napisał oba w okolicy 1830 roku. Ten, drugi w numeracji dorobku Artysty, zaczyna się mocnym Maestoso. Dramatycznie brzmi tu fortepian. Rozdziera duszę jak sztych miecza. Jednak potem koncert wpada w przepiękne, zawiłe rozważania miłosne w rozmarzonym Larghetto. Siła do chopinowskiego dzieła powraca dopiero w finale części trzeciej, Allegro vivace ze skrzypcowym col legno. Trzy części słuchane w hermetycznych warunkach sali koncertowej zostawiają wspomnienia niezapomniane. Tu, w szumie miasta, jęku syren policji czy pogotowia i wrzasku złośliwie pokrzykującego ptaszyska, nawet Kate Liu nie była w stanie przebić się do wyobraźni. Nie pomagało Jej także nagłośnienie towarzyszącej występowi Orkiestry Filharmonii Narodowej. Mam nieodparte wrażenie, że mikrofony ustawione w rejonie kontrabasów obsługiwał ktoś, kto ma wielkie zacięcie jazzowe. Kontrabasy owe momentami przyćmiewały fortepian, wygryzały puzon, a skrzypce walczyły o swoje dzielnie, choć broniła je tylko przewaga liczebna. 


Morał z tego jeden: Warto przemyśleć czy w mieście plenerowych koncertów chopinowskich w Łazienkach, na Placu Centralnym nie sięgać po mocniej brzmiące utwory symfoniczne. Mocniejsze i powiedzmy wprost - zarazem łatwiejsze w odbiorze dla przecież nie stricte filharmonicznej publiczności. Znam takich, którzy się teraz uśmieją, bo mój gust ludyczny podpowiada „Má vlast” Bedricha Smetany. Trudno. I lubię i zapewne w przestrzeni potężnego placu ten utwór wypadłby znacznie lepiej. Delikatny, zakochany i wrażliwy Chopin znikł w gwarze miejsca. 


Dowód? Bardzo proszę! Gdy Kate Liu zeszła ze sceny, Orkiestra Filharmonii Narodowej pod batutą Krzysztofa Urbańskiego wykonała IX symfonię e-moll „Z Nowego Świata” Antonina Dvoráka. Ci z Państwa którzy znają ten utwór, a nie wierzę aby ktokolwiek nie znał przynajmniej jego IV części Allegro con fuoco, wiedzą że w nim Antonin Dvorák nie żałował sobie ani patosu ani siły. I tak też to zabrzmiało. Mocno, witalnie, dobitnie. Słyszałem ten utwór ponad rok temu w warszawskiej Filharmonii i jeśli pamięć mnie nie zawodzi, brzmiał prawie identycznie. Nacisk na części I i IV. Refleksyjna, rozmarzona, do marzeń kusząca, II Largo a po niej pełna czaru, zaskakująca, III.  Scherzo: Molto vivace - Poco sostenuto. Jednak ta IV, fanfarowa, monumentalna, ociekająca  patosem - brzmiała wspaniale u stóp Pałacu Kultury i zakończyła niezły w efekcie koncert. 


Szkoda mi Chopina i Kate Liu. Ale to takie użalanie się nad samym sobą. Wniosek jeden - na plenerowych festiwalach będę wybierać utwory orkiestrowe, do których nie mam aż tak osobistego stosunku, jak do obu koncertów Chopina. Czyli będę czekać na wspomnianego Smetanę. Albo Mahlera!  


OBSADA


Kate Liu | fortepian

Orkiestra Filharmonii Narodowej

Krzysztof Urbański | dyrygent





Komentarze

Popularne posty