Ave Theatrum, morituri te perdiderunt

Od mniej więcej trzydziestej minuty tego spektaklu zastanawiałem się, co ja tu robię? Nie mogę pomóc Twórcom w uporaniu się z dręczącymi Ich traumami. Bo zapewne jakieś muszą mieć, skoro przerzucają ich ciężar na Widzów. A była to premiera. Może ostatnia w powoli konającym sezonie teatralnym 2025/26. „Lisa”. Reżyseria - Wiktor Rubin. Scena - Mała Teatru Powszechnego w Warszawie. 


Nie jestem wielkim miłośnikiem teatru dosłownego, fizycznego. Uważam go za tani sposób epatowania widzów ludzkimi tragediami. Szukam na scenie czegoś głębszego. Psychologii, czy też dekonstrukcji mechanizmów kierujących poczynaniami postaci. W „Lisie” jest fizyczność. Wszystko zostało do niej sprowadzone i nią wyjaśnione. Bohaterowie składają się z mięśni, płynów ustrojowych i wypowiadanych kwestii. Dostajemy dramat poszarpany. Brutalny poza konieczne granice. Epatujący, a nie dojmujący. W konsekwencji - nużący. 


Jak już napisałem we wstępie, nie odbieram nikomu prawa do tworzenia autoterapeutycznej psychodramy, mającej za cel uśmierzanie własnych traum. Ba. Rozumiem nawet, że w ten sposób można tuszować niemoc sięgania głębiej w psychikę bohaterów dramatu. Nie jest to jednak zupełnie „moje” postrzeganie teatru. Zresztą, mam wrażenie, że brutalnie przedstawiona w scenariuszu historia Lisy M Montgomery przerosła podczas inscenizacji samych Twórców. Asekurują się i kryją za projekcjami video w najbardziej odrażających scenach - zbiorowego gwałtu dwunastoletniej bohaterki, czy jej okrutnego torturowania przez męża-oprawcę. Temu zapewne służą także kojarzące się ze światem Barbie kostiumy, mające jak mniemam zmiękczyć wymowę powodującej mdłości i przerażenie opowieści. Tak też, jako asekuranctwo, odczytuję zachowania aktorów, którzy prowadzą dialog granych przez siebie ról z ich prawdziwym „ja”. Kontrują i kontestują to, co charakteryzuje ich bohaterów. Zatrzymują się jakby chcieli powiedzieć widzom: Na Boga, tylko nie przyklejajcie nam łatek tych postaci bo się z tego nie pozbieramy. Przez te zabiegi „Lisa” jawi się jako zgrzytanie żelazem po szkle, ale bez - moim zdaniem - celu. Ejże! Dlaczego tak się krygujecie? Chcecie się źle bawić? To bawcie się na całość. Niech krew płynie strumieniem, razem z moczem i ekskrementami. Niech postaci na scenie będą demonami zła i niesprawiedliwości. A kostium pokrwawionym strzępem ubrania. Skoro mówicie „A” i uważacie, że to OK, to miejcie odwagę na „B”. Albo, co moim zdaniem lepsze, dajcie sobie święty spokój z takimi spektaklami. Są puste. Nie niosą żadnej istotnej treści, która pozostawałaby w głowie, poza odrazą i przerażeniem. 


Po co w ogóle „Lisa” powstała? Na Boga klnę się, nie wiem. Przywołano historię amerykańskiej dziewczyny z patologicznego środowiska, która od dziecka bita, głodzona i gwałcona nie wykształciła w sobie żadnego wzorca postępowania, poza unikaniem kolejnego bólu. Przekazywana z rąk do rąk trafia na farmę, gdzie w ramionach prostego rolnika znajduje namiastkę spokoju. Żyje tam w nieopisanym brudzie, bo nawet nawyk utrzymywania higieny jest jej obcy. Gdy jej partner domaga się dziecka, wpada w szereg urojonych ciąż a finalnie dopuszcza się zbrodni tak makabrycznej, że Ameryka jednogłośnie domaga się kary śmierci. Ta zostaje wykonana. 


Jaki jest sens i cel pokazywania tego tragicznego przypadku w teatrze, mieszczącym się tysiące kilometrów od miejsca wydarzenia? Epatowanie brutalnością? Cokolwiek więcej? Nie znajduję niczego, żadnej paraleli, czy koniunkcji ze światem teatru. Ze światem ludzi czujących, szukających dróg rozwoju, przemyśleń. Zobaczyliśmy Cyrk Dziwadeł - bo tak wyglądały cudacznie przebrane postaci, które odegrały serię odrażających scen. Czy ktoś poczuł się od tego lepiej? Wątpię. Czy coś zyskał? Nie wierzę. 


Tęsknię za teatrem. Odrzucającym igrzyska, efekciarstwo, uproszczenie. Teatrem, który budzi nie odrazę i zgrozę, a gonitwę myśli. Dostarcza refleksji. „Lisa” moim zdaniem prowokuje jedynie lęk. Strach, dokąd zaszliśmy jeśli takie widowisko pokazujemy inteligentnym, wrażliwym ludziom. Bo dalej jest już tylko cofanie się do walk gladiatorów zabijających się na arenach przed rozhulanym tłumem. To, jak rozumiem, zobaczymy w kolejnym sezonie teatralnym. 


Jeśli ktoś potrzebuje traum - „Lisa” spełni jego oczekiwania. A ja na zakończenie, pozostając w poetyce walk gladiatorów zawołam: Ave Theatrum, morituri te perdiderunt!


 obsada

Karolina Adamczyk

Klara Bielawka

Michał Czachor

Mateusz Łasowski

Julian Świeżewski

Maciej Cymorek

Rafał Küchler, Łukasz Nadwodny – statyści


twórcy


reżyseria – Wiktor Rubin

tekst i dramaturgia, współpraca reżyserska – Jolanta Janiczak

wideo i scenografia – Łukasz Surowiec

kostiumy – Marta Szypulska

światło – Monika Stolarska

muzyka – Krzysztof Kaliski

kierowniczki produkcji – Malgorzata Błasińska Olga Stefańska 

inspicjent - Julia Różańska

strategia komunikacji i promocji - Dorota Wójtowicz






Komentarze

Popularne posty