Strach iść do teatru
Wysiedziałem do końca. Oczywiście jestem w większości. Ale spora grupa zdesperowanych rebeliantów opuściła widownię Małej Sceny Teatru Dramatycznego. Strach który miał zżerać nasze dusze, z apetytem pożerał jedynie czas. Bez żadnego uzasadnienia. Na 46 Warszawskich Spotkaniach Teatralnych pojawił się Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego z Katowic. Pokazali „Strach zżera duszę” w reżyserii Jędrzeja Piaskowskiego.
W ubiegłym roku wężyk umykających widzów opuszczał pokaz „LIBERTE [trigger warning]" Daty Tavadze. Byłem wtedy jednym z uciekinierów. Tym razem berło najsłabszego widowiska Festiwalu, moim zdaniem, mocno dzierży ten właśnie „Strach.”. Ludzie wiali. Dwie i pół godziny ględzenia o niczym. Zlepku scen, sytuacji, stereotypów i aktów strzelistych. A wszystko to w przedziwnej scenografii, na którą składa się pokryty złotym płótnem szezlong, dwa stołki i stolik z dykty. Wszystko to ma być wnętrzem sklepu z luksusowymi meblami. Głównie. Bo wymykamy się z ciasnoty tego pomysłu i lądujemy w domu Emilii, pani pracującej jako sprzątaczka. Scenografia jest tak zaplanowana, mam wrażenie, aby w maksymalnym stopniu utrudnić aktorom zagranie tego spektaklu. Nic tu nie koreluje z opowieścią. Nic nie trzyma się kupy. Szezlong jest wielki i nieporęczny. Trzeba go przesuwać, ponieważ motywem przewodnim „Strachu…” jest… oczywiście Cóż by mogło być innego. Sprzątanie. Wymagające przesuwania mebli sprzątanie. Sprząta Emilka, dołącza się Alona. Sprzątają panie z firmy sprzątającej. O sprzątaniu się mówi. Nie wiedzieć czemu w początkowej fazie widowiska strzela armatka z confetti Jest zatem co zbierać. Z podłogi. Z całego spektaklu nie ma co zbierać w ogóle.
Fabuła „Strach zżera duszę” jest, delikatnie mówiąc, średnia. Alina (Nina Batovska), Ukrainka, pracuje w owym luksusowym sklepie meblowym. W pierwszej scenie, która nie ma zresztą żadnej kontynuacji, podejmuje koleżankę. Obie panie w ultra pretensjonalnych pozach, gestach i sposobie wysławiania się, omawiają kwestię wojny na Ukrainie. Są nią żywo zainteresowane, bo stamtąd pochodzą. Ale to zainteresowanie jest na pokaz. W pewnym momencie jedna pani wychodzi a druga nagle normalnieje. Okazuje się że był to plan spotu reklamowego. Jakiego? Antyukraińskiego? Antymeblowego? Ciągnął się ów spot jak guma do żucia. Potem do sklepu wkracza Emilia (Violetta Smolińska), która wraca z pracy i złapał ją deszcz. Od słowa do słowa wpada w romans z Aliną, która - trudno powiedzieć - jest kimś w rodzaju sprzedawczyni, projektantki? W każdym razie śpi w owym sklepie na podłodze. Panie padają sobie w ramiona i namiętnie całują. Love story.
I tu ciąg zdarzeń łatwych do przewidzenia: Śląskie dzieci Emilii w awanturze odrzucają związek matki z kobietą, na dodatek Ukrainką Musi przecie być o polskiej wrogości wobec obcych. Alina dostaje w ucho od syna Brunona. A wspominam o nim, ponieważ gra go, jak kilka innych ról w tym spektaklu, Alina Chechelska. I jeśli w ogóle można uważać ten czas w jakimkolwiek zakresie za spędzony pożytecznie, to tylko dzięki Niej. Wszystkie postaci kreowane przez panią Alinę to perełki. Popisy. Chapeau bas. Szczególnie za Ciocię, właścicielkę firmy sprzątającej. Chociaż pani z kancelarii cmentarza też palce lizać!
Wracajmy do tego, co w „Strachu…” ma być fabułą. Alina, co jest łatwe do przewidzenia wziąwszy pod uwagę wszelkie różnice dzielące ją od Emilii - od wiekowej, przez statutu społecznego, przyzwyczajeń kulturowych et cetera - wymyka się z domu oblubienicy. Zabawne, że robi to tuż po tym jak się jej oświadczyła. Obie Panie dzieli hmmmm. Spora różnica wieku. Alina to ta młodsza. Udaje się na pierogi. I po trzech dniach Emilia odnajduje ją na złotym szezlongu w objęciach managera sklepu. Kobiety kochają się jednak nadal, bo Love is forever and ever. Potem lądują w zakładzie pogrzebowym, gdzie chcą kupić grób. Dla siebie i sześciu innych kobiet. Kim one są??? Ni cholery nie wiadomo, w całym spektaklu słowa o grupowej miłości nie ma. Aha. Przerywają rozmowę o grobie, bo muszą pędzić do wnuczka Emilki. Chorego na zapalenie oskrzeli. W ten sposób mimochodem dowiadujemy się że Polacy jednak nie są aż takimi homofobami i nacjonalistami, a Ciocia Alinka jest w domu córki Emilki mile widziana. Zanim popędzą oglądają wielki, poniemiecki grób który witają z entuzjazmem. Dopóki nie dowiadują się, że trzeba na niego wyłożyć prawie 45 patoli. I tu następuje koniec widowiska.
Wcześniej jest kilka passusów kompletnie od czapy. Alina idzie do Żabki (ma w ręku koszyk z logo tej sieci) Przy kasie pyta znakomitą polszczyzną gdzie leży masło bez laktozy. Sprzedawczyni nie rozumie. Alina pyta, potem tłumaczy czym jest masło i jak się je robi. Tu moja litościwa informacja dla Twórców „Strachu…” Kochani. Masło to nie ubijanie mleka. Gdybyście ubijali mleko, to moglibyście robić masło bardzo, bardzo długo. Otóż mleko się odstawia, gdy zbierze się na powierzchni śmietanka, to się ją ubija. I tak powstaje masło i maślanka, o których Alina peroruje przy kasie prosto w twarz zafascynowanej kasjerki. Dialog trwa. Kasjerka ni w ząb nie wie o co chodzi. Aż wkracza klientka-Polka. Aaaa, mówi. pewnie chodzi o masło bez laktozy! Eureka! Masło od razu się znajduje i oddychamy z ulgą. Jesteśmy wybawieni od pozbawionej logiki i jakości sceny. Co to ma symbolizować? Stygmatyzowanie Ukraińców mówiących perfect po polsku? Bez sensu. I przejdźmy do jeszcze jednej wyrwanej z kontekstu scenki rodzajowej. Pan manager sklepu meblowego spotyka panią, co wyszła z grobu. Ta namawia go do restytucji władzy Hitlera. A on na to wygłasza płomienną mowę jak dobrze żyło mu się w Szydłowcu za 500 plus, a teraz fatalnie się tam mieszka ludziom, bo gmina im nie daje mieszkań komunalnych. Ta scena jest szczególnie zabawna. Nie ma żadnego związku z fabułą. Ot gość wstaje. Wali anty-szydłowcowy monolog, a potem oddaje się czarowi nazistowskiego marsza. Tak. Ja tego nie wymyśliłem. Mam wyobraźnię. Ale nie aż tak chorą.
Pozostają niechlujstwa. Techniczne i formalne. Jest ich kilka. Pierwsze to kamyk do ogródka rekwizytora i scenografa. Na początku spektaklu, gdy Alina poznaje Emilię, proponuje jej kieliszek szampana. Zapowiada, że będzie to prawdziwy, francuski trunek. Łapie za butelkę i widzimy, że bąblowy napój ma na etykiecie jak wół napisane: MARTINI. Jak wiadomo Martini to wino musujące. Pochodzi z Włoch. Marka powstała w 1863 roku w rejonie Turynu. Z Francją ma tyle wspólnego, ile włoskie wino musujące z markowym szampanem. Panie się tym trunkiem jednak delektują, niczym ambrozją z procentami. I fakap fabularny. Alinka nie wylewa za kołnierz. Kilka razy ochoczo sięga po kielich. Patrzymy na nią z przyjemnością. Jest radosnym okazem zdrowia w ciele pięknej kobiety. I nagle pada na ziemię pukając w podłogę obcasami. Ma atak wrzodu żołądka. I jest w trakcie leczenia. Też nic wcześniej takiego obrotu sprawy nie zapowiada. Pomoc nadchodzi błyskawicznie, zanim w ogóle po pogotowie zadzwoniono. Tuż za drzwiami mieszkania Emilii, gdzie ów widowiskowy atak ma miejsce, czają się ukraińska lekarka i pielęgniarka w oszałamiająco srebrnych kozaczkach. Abstrahuję od kolejnego stereotypu ukraińskiego bezdusznego medyka w polskim systemie opieki zdrowotnej. Z przyjemnością bowiem odnotowuję brak innego. Czyli bezdusznego polskiego lekarza, który odmawia pomocy Ukraince nie płacącej składek ZUS. Pachniało tą sytuacją jak grzybem w lesie.
Cały spektakl przypomina wierszyk Jana Brzechwy o Kaczce Dziwaczce. Tej, co poszła do praczki kupować pocztowe znaczki, a tam gdzie była apteka prosiła mleka pięć deka. Jest ciągiem bezsensownych, chaotycznych zdarzeń. Na dodatek naiwnych i nudnych. Przewidywalnych i ciągnących się w nieskończoność. Do galerii scen pozbawionych sensu dodam jeszcze tę ze sprzątaczkami. Ustawiają się w rządku a szefowa ich firmy przeprowadza nie wiedzieć po co egzamin. Pyta o części składowe szczotki, rodzaje szczotek. Polka nie ma zielonego pojęcia, Ukrainka błyszczy wiedzą na ten jakże nośny temat. Potem wszystkie panie krążą wokół złotej sofy, ochoczo wywijając trzymanymi w rękach szczotkami i przybierając pozy żywcem wyjęte z fotografii, dokumentujących tężyznę fizyczną sportowców startujących na Igrzyskach Olimpijskich w Berlinie w 1936 roku. Jaki sens ma ta scena? Równie jest potrzebna jak monolog przeciwko gminie Szydłowiec, co nie daje mieszkań ubogim.
Moim zdaniem obejrzałem jeden z gorszych, jeśli nie pretendujący do miana najgorszego spektaklu mijającego sezonu. „Strach zżera duszę”. Doprawdy. Strach pójść do teatru. Można nadziać się na potworka.

Komentarze
Prześlij komentarz