Piekło jest w człowieku
Poczuć piekło. Czy jest możliwe na Ziemi, planecie pokurczów stworzonych na boski obraz i podobieństwo, w ogóle wyobrazić sobie czym jest łaska wiecznej niebiańskiej szczęśliwości i męka nieskończonego potępienia w szatańskich ogniach? Nasze dobro to przedsmak tego, czym Los wynagradza je po przejściu w stan bezcielesny. Zło, które czynimy jest zatem ledwie zapowiedzią tortur jakie czekają na grzesznych. I jedno i drugie na Ziemi stanowią ułamek swoich wiecznych całości. W tym kręgu obraca się „Inferno” Augusta Strindberga, które w rzeszowskim teatrze im. Wandy Siemaszkowej wyreżyserował a także zaadaptował Radosław Stępień.
Piekłem Strindberga jest szaleństwo. Myśli, które smagają jak bicze przerażony ich wielością ludzki umysł. Chaotycznie chwytający się szans-klamek w drzwiach rozwiązań. Próbujący uciec w świat normalności. Zaraz zaraz. Jaki świat? Niezdefiniowana normalność, czy też mediana bycia uznawanym za poczytalnego, skazuje umysł twórczy na podróż przez ocean szaleństwa. W rozumieniu otoczenia szaleństwem jest każde odstępstwo od przyjmowanych reguł. Wymyka się Strindberg w tym spektaklu jednoznacznej ocenie. Mnoży, dzieli na kilka postaci, które mozolnie budują obraz targanego sprzecznościami, wątpliwościami, zagubionego człowieka. Bez drogowskazu. Bez dogmatu błąka się niosąc swój nieszczęsny intelekt i próbując czynić z niego użytek. Ku pysznej chwale samego siebie. Przecież Strindberg z „Inferna” walczy sam ze sobą. Z demonem, którym stał się w toku własnych intelektualnych poszukiwań. Jest Faustem? Jest Józefem K.? Stępień świetnie pokazuje tragedię człowieka borykającego się z przekleństwem własnego geniuszu. Aż do kulminacyjnego momentu spektaklu. Szaleńczego tańca myśli, emocji, postaci. Tu mamy piekło w czystej formie, Plastycznie zaprojektowane przez kreującą ruch sceniczny Milenę Czarnik.
Pani Milena stworzyła do rzeszowskiego „Inferna” także scenografię. Strindbergowska męka umykania szaleństwu dzieje się u podstawy monumentalnego, kojarzącego się z dziełami Pronaszki, krzyża. Choć zarazem w estetyce tego elementu można szukać korelacji z rzeszowskim znakiem rozpoznawczym. Słynnym pomnikiem Czynu Rewolucyjnego, dla wielu przypominającym pewien ważny ludzkim narząd. Krzyż góruje. Dominuje nad podróżą Strindberga w głąb siebie i swoich fantasmagorii. Nieporuszony, kapitalnie podświetlany, jest ostoją. Stałością w tym wariackim, pogmatwanym świecie. Jaki może być finał tragedii u podnóża krzyża? Moim zdaniem jest nim ukojenie w przewrotnym powrocie do wartości podstawowych. Dogmatu można powiedzieć. Szczęścia? Raczej właśnie ukojenia. Poczucia spokoju i bezpieczeństwa. Tak odczytuję końcowy monolog Strindberga-Aitora, czyli postaci świetnie kreowanej przez Pawła Gładysia.
Trudno opisać fabułę „Inferna”, bo stanowi zapis strumienia świadomości. Płynie jak rzeka myśli przez scenę. Łapanie ich to przyjemność, choć uczciwie trzeba powiedzieć - wymagająca od widzów uwagi i skupienia. Dwa akty, prawie dwie i pół godziny dialogów, monologów, nakładających się na siebie postaci realnych i imaginowanych. Czy to nie za wiele jak na możliwości percepcyjne przedstawiciela klasy średniej w Polsce A. D. 2026? Moim zdaniem można tu pokusić się o skróty. Szczególnie pierwszy akt. Stanowiący tezę: Oto człowiek szalony. Patrzcie jakie ma urojenia. Co widzi. Z czym miota się w swoim świecie i jak koreluje z otoczeniem. Uczciwie pisząc, mniej więcej na kwadrans przed antraktem zaczęło to nużyć. Wiedziałem, co wiedzieć powinienem i czekałem na rozwiązania budowanych napięć. Te nie nadchodziły, a zamiast nich otrzymywałem kolejne kafelki w układance strindbergowskiego szaleństwa. Dla mnie - było tego za dużo. Także akt drugi, który jak oczekiwałem - miał stanowić w pewnym sensie dowód, czy też idąc dalej wnioski z tezy o szaleństwie człowieka zagubionego, był moim zdaniem na granicy możliwości widzów. Jednak tu czas spędzony na dochodzeniu do sedna, budowaniu przed finałowego napięcia, uważam za bardziej się uzasadniający niż w akcie pierwszym.
Czym jest człowiek pozbawiony duchowego przywództwa? Ciśnięty sam w ocean wątpliwości? Jak sobie poradzi i jakie wyciągnie wnioski? Dokąd zwróci się i czy w konsekwencji odnajdzie ukojenie? O tym możecie się Państwo dowiedzieć z „Inferna” Radosława Stępnia w rzeszowskim Teatrze im. Wandy Siemaszkowej. Spektakl niełatwy, nie dla każdego. Ale wart zobaczenia, bo urastający w głowie jak dobrze skonstruowany teologiczny traktat. Materiał do wielu przemyśleń.
autor: August Strindberg
adaptacja i reżyseria: Radosław Stępień
przekład: Mariusz Kalinowski
scenografia, ruch sceniczny, reżyseria świateł: Milena Czarnik
kostiumy: Aleksandra Harasimowicz
współpraca kostiumograficzna: Monika Brózda
muzyka: Bartosz Dziadosz
video i mapping: Jan Żórawski
inspicjentka: Ewa Czesława Bazaniak
Obsada
Paweł Gładyś – Strindberg Autor
Stanisław Twaróg – Strindberg Bohater
Aniela Kowalska – Żona (Frida Uhl)
Anna Demczuk – Gospodyni, Teściowa
Małgorzata Machowska – Pielęgniarka, Burdelmama, Ciotka
Karol Kadłubiec – Elektryk, Naukowiec, Przyjaciel (Edvard Munch), Cezar
Adam Mężyk – Elektryk, Naukowiec, Malarz-Kaznodzieja, Wariat-Egzorcysta
Aleksandra Ożóg – Modelka, Córeczka, Wariatka-Śpiewaczka, Dziewczyna ze statku
Robert Żurek – Reprezentant Producentów Jodu, Agent, Ksiądz, Lekarz.

Komentarze
Prześlij komentarz