Kant na transatlantyku

Dokąd płyniemy luksusowym transatlantykiem, zawieszeni pod powierzchnią oceanu, w sprzeczności z linią czasu? Co wiezie statek zmierzający do Ameryki? Kim są dziwaczni jego pasażerowie? Banalnie zaczynam, to prawda. Ale próbuję zebrać w całość rozrzucone po głowie myśli, które gonią jak atlantycki wiatr. A wszystko to przez spektakl „Immanuel Kant” w reżyserii Agnieszki Olsten, który na 46 Warszawskich Spotkaniach Teatralnych pokazał wałbrzyski Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego. 


Niebywale atrakcyjne widowisko. Z przyjemnością patrzyłem, jak na scenie wielkości pokoju dziecięcego z przeciętnego mieszkania mieści się pokład pasażerski transatlantyku. Zmienia wraz z przesuwającymi po niej postaciami aż kulminacji, balu z lampionami. Wspaniały jest projekt scenografii „Immanuela Kanta” stworzony przez Józefa Gałązkę. Mikro świat mówiący o makro sprawach. I ten sufit - sieć, rozpięta nad sceną. Na niej, jak na powierzchni morza wszelkie plastikowe śmieci - butelki, kanistry. Patrzymy na statek-scenę znajdujący się na poziomie widowni. Ale ów statek nie unosi się na falach. One oceanu są nad nim. Zatopiony? Przykryty złogami wszelkiego odpadu stanowi podwodną enklawę myśli i idei. 


Niewielka przestrzeń stawia wielkie wymagania Aktorom. Ruch musi być przemyślany. Stworzenie dystansu między postaciami w konflikcie zmusza do zejścia ze sceny, stanięcia w przejściu na widowni. Ale zarazem daje rzadką możliwość pokazania kunsztu i talentu położonego tuż przed oczami widzów. Tu nic się nie skryje. Nie umknie. Wyszło im to po prostu brawurowo, do konkretnych postaci za chwilkę wrócę. 


Bo najpierw kostiumy. Marek Adamski wykreował przedziwny konglomerat stylów i epok. Od oświeceniowych strojów Mistrza Immanuela i Jego Małżonki, przez marynarskie kurtki początku dwudziestego stulecia, suknię z lat międzywojnia po współczesny sweter z konturem Ameryki, który w kulminacyjnej scenie balu z lampionami zakłada  Pani Kant. A wszystko to, choć w opisie wygląda na misz masz stylowo-epokowy, znakomicie tu gra. Podkreśla oderwanie od czasu, który w ogóle zdaje się w spektaklu Agnieszki Olsten nie mieć znaczenia. Pędzi po prostu. Dwie godziny obserwowania „Immanuela Kanta” mijają zupełnie nie wiadomo kiedy. Dawno nie doświadczyłem tak przyjemnego uczucia kompletnego zatopienia się w dialogach, kreowanych sytuacjach. Wyłączenia tykającego w głowie mechanizmu zegara i terroru maszerujących wskazówek. Wałbrzyski spektakl niepostrzeżenie wciąga jak morska syrena. Trudno oprzeć się jego czarowi. 


Historia jest kompletnie absurdalna, co dostarcza ogromnej frajdy i całkowitej wolności jej interpretowania. Immanuel Kant, a myślę że Profesora z Królewca nikomu przedstawiać nie muszę, wyrusza w podróż do Ameryki. Ma odebrać przyznany mu tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Columbia. Ale o wiele ważniejszym  celem wyprawy jest walka o przywrócenie wzroku, który filozofowi stopniowo odbiera katarakta. W wyprawie towarzyszy mu Pani Kant, służący Ernst Ludwik oraz Fryderyk. Kim jest tenże? Bytem? Kwintesencją wszystkich idei kantowskiej filozofii? Jak oka w głowie strzeże go profesor. Klatka Fryderyka jest niczym czechowowska strzelba. Ale jej finalny „wystrzał”… jest jak cały spektakl. Absurdalny, niedopowiedziany. Pozostawiony do dowolnej interpretacji widzom. 


Aby tekst Tomasa Bernharda zaistniał na scenie, potrzebne są wyjątkowe umiejętności aktorskie. Każda z postaci „Immanuela Kanta” składa się na misterną, koronkowo utkaną siatkę powiązań, emocji i idei. Nie ma tutaj gestu dla gestu, słowa dla słowa. Wszystko jest ważne. Począwszy od neurastenicznego dziwaka Immanuela, którego rewelacyjnie kreuje Agnieszka Kwietniewska. Jej rola to moim zdaniem coś, co powinno się pokazywać studentom. Jak stworzyć wielowątkową, niełatwą do analizy postać człowieka zagubionego w meandrach intelektu, fizycznej niedomogi. Ludzkiej pychy i ekscentrycznego szaleństwa. Na dodatek to pokaz jak w - co już pisałem - mikroskopijnej przestrzeni zbudować trudne, ryzykowne wręcz, interakcje z widzami. Robiąc to tak, że ani gest, ani dotyk, ani dialog z nimi prowadzony nie budzą na widowni dyskomfortu. Jestem pod wielkim wrażeniem jak ta rola została stworzona, zagrana. Patrzyłem z przyjemnością i uwagą. Irena Sierakowska z kolei, której przypadła postać Pani Kant kreśli wizerunek targanej sprzecznościami kobiety. Czującej mijający czas życia. Konstatującej swoją sytuację zupełnej podległości i uzależnienia od monumentalnego męża-geniusza. Stara się walczyć o swoje miejsce, konfliktuje z mężowskimi ideami. Jednak rezygnacja wobec niemożliwej do pokonania supremacji, bo płynącej od powszechnie uznanego za geniusza męża, prowadzi Panią Kant do kapitulacji. Jej alter ego pojawia się na scenie - pokładzie parowca dopiero po dobrej godzinie widowiska. Żałowałem do końca, ze tylko około sześćdziesięciu minut mi zostawiono na podpatrywanie jak Urszula Gryczewska zagrała Milionerkę. Jeśli na tej scenie jest Profesor Kant, to Pani Gryczewska jest Profesorką. Bo po profesorsku tu wypada. Ma sporo okazji do pokazania talentu. Milionerka, płytka choć przekonana o swojej wartości snobka, pogrążona w rojeniach o pomnażaniu bogactw i własnej nieomylności. Kategoryczna w sądach, przebojowa. A w tym wszystkim pełna kobiecego uroku, zabawna i budząca błyskawicznie co najmniej kilkanaście skojarzeń z postawami i zachowaniami współczesnego nam mainstreamu.  Urszula Gryczewska jest w każdym calu Milionerką. Wygląda jak milion dolarów, zachowuje się jak milion dolarów. Gra nartomiast jak milion talentów. Na drugim planie spokojny jak ocean przy bezwietrznej pogodzie, stabilny jak posąg i cierpliwy niczym azjatycki mnich - Ernst Ludwik. Mateusz Flis nadał swojej postaci diabolicznego posmaku. Czekamy ze sceny na scenę na moment w którym służący Immanuela Kanta eksploduje. Przekroczona zostanie masa krytyczna uwag i poleceń kierowanych pod jego adresem. Czy tak się stanie? Ha! Świetnie jest nakreślona więź łącząca te postaci. 


Postawiłem na początku trzy pytania. Pozostały bez odpowiedzi dwa z nich. Co wiezie statek i dokąd płyniemy w tym rejsie. Bo Ameryka jest tu symbolem, nie państwem. Miejscem, w którym geniusze odzyskują wzrok a ich akolici fizyczną sprawność. Najlepsi lekarze, największe możliwości, najszersze przestrzenie. Jest więc Ameryka Rajem? Ostoją wszelkie sprawiedliwości i bezpieczeństwa? Patrzymy na nią, choć nie wyłania się jeszcze zza horyzontu przed dziobem parowca, jak na mityczną Arkadię. Miejsce tryumfu szczęścia, sprawiedliwości. Jej mit buduje Milonerka przed oczami zagubionej w marzeniach Pani Kant. Ta z kolei ufnie patrzy na Kontynent za Oceanem. Dostrzega w nim cel sam w sobie. Miejsce, gdzie życie nabierze barw, cofnie się mężowska starość i niedomogi. Szarość ustąpi. 


Co wiozą do Ameryki pasażerowie tego przedziwnego rejsu, ukryci pod sieciami wypełnionymi plastikowymi odpadkami współczesnego świata? Nadzieję, naiwność. Przekonanie o końcu Starego Świata i jego europejskiego porządku. Obracają się w stronę Ameryki w poczuciu konieczności dokonania zmiany. Znalezienia impulsu do nowego otwarcia. Rośnie ta symboliczna kraina Ameryką zwana do rozmiarów symbolicznych. To nie jest jednak podróż „do”. „Immanuel Kant” to bardziej ucieczka „od”. Od wszystkiego co zdewaluowane, zleżałe. Nieaktualne w dobie plastikowej, kreowanej przez reklamy, wszechmocy każdego wobec wszystkiego. Szczyt oczekiwań wobec amerykańskiego mitu stanowi wyrażaną przez Milionerkę pewność, że już za kilka dni Ameryka podniesie z morskiego dna wrak Titanica, a potem co zupełnie oczywiste, odzyska ona klejnoty swojej babki. Mit. Ameryka to mit. Baśń, do której ucieczka staje się kuszącą alternatywą w dobie świata coraz bardziej przerażającego, brutalnego i niesprawiedliwego. Tam moim zdaniem zmierza ów transatlantyk. Ale „Immanuel Kant” nie rozprawia się na szczęście z baśniową wizją. Statek płynie, jednak rozstajemy się z jego pasażerami zanim osiągną nowojorskie nabrzeże. Baśń zostaje baśnią. Nie rozpada się pod ciosami rzeczywistości. 


Fascynujący, zachwycający i intrygujący spektakl wałbrzyskiego Teatru Dramatycznego pokazany na scenie warszawskiego Teatru Dramatycznego. Widowisko jak najbardziej godne festiwalu tej klasy co Warszawskie Spotkania Teatralne. Znakomicie, że „Immanuel Kant” znalazł się w programie 46 WST. Gratuluję festiwalowym Selekcjonerom dokonania wyboru.  


autor: Thomas Bernhard
przekład: Jacek St. Buras
reżyseria: Agnieszka Olsten
scenografia: Józef Gałązka
kostiumy: Marek Adamski
muzyka: Aleksandra Gryka, Rafał Stachowiak
reżyseria świateł: Robert Mleczko
inspicjentka: Iwona Skiba
plakat: Olaf Brzeski
zdjęcia: Tobiasz Papuczys

obsada:
Mateusz Flis, Urszula Gryczewska, Michał Kosela, Rafał Kosowski, Agnieszka Kwietniewska, Kinga Świeściak / Irena Sierakowska, Wojciech Świeściak




Komentarze

Popularne posty