Inny wymiar
Zło czai się w ścianach, wije po muślinem oddzielonej od widzów scenie. W tkaniną przykrytym horyzoncie. Zło, które tonie w półmroku, mgle rozpylonego dymu. Złe myśli targają umysłem królowej Berenice. Kiełkuje w nim ziarno wątpliwości. Wypuszcza łodygi niepewności. Liście rozpaczy. Rzym wychodzi z żałoby po śmierci Wespazjana. Tytus, którego Berenice kocha i którego miała poślubić, wstępuje na tron. A palestyńska władczyni przyjmuje właśnie cios włócznią odtrącenia. Musi odejść. Miłość przegrywa z racją stanu. To w zasadzie tyle. Fabuła „Berenice”, dramatu Jeana Racine’a w adaptacji i reżyserii Romeo Castellucciego. Tyle? Ależ to nawet nie procent tego, co otrzymujemy, co można było zobaczyć w ramach rewelacyjnej kulminacji 46 Warszawskich Spotkań Teatralnych. Widowisko, jakiego teatralna Warszawa dawno nie oglądała.
Reżyser ociosał tekst Racine’a. Skupił się na tytułowej postaci. Rolę Berenice powierzył Isabelle Hupert. Scena w zasadzie należy do niej. A raczej do myśli bijących się ze sobą w umyśle królowej, które Hupert za pomocą słów, gestów, rekwizytów przenosi na grunt teatralny. Zraniona, powoli konstatująca swoją sytuację Berenice. Mierząca się z odrzuceniem. Zawodem miłosnym i rozpaczą. Decyzja zapadła. Nie została jej jeszcze zakomunikowana, ale los palestyńskiej królowej jest przypieczętowany. Tak opowiada Castellucci i to jest posunięcie genialne. Dające możliwość uczestniczenia w dramacie psychologicznym czystej postaci. Nie ma wątków pobocznych. Nic nie rozprasza widzów, śledzących rozpacz Berenice. Ona nie walczy. Mierzy się z losem zamykając we własnym bólu. Przejmująco rysuje jej postać Isabelle Hupert. Studium zawodu miłosnego rozłożonego na czynniki pierwsze. Przenicowane i przemyślane. Podniesione do oka jak oszlifowany wymyślnie kamień, który mieni się wieloma cieniami.
Wraz z rozsunięciem kurtyny wślizgujemy się do głowy Berenice. Spotęgowane bólem słowa tną jak cięcia sztyletu. Mariaż dźwięków i świateł pomnaża odczuwanie grozy, rozpaczy w jakiej się znalazła nieszczęśliwie zakochana kobieta. Ten konglomerat barwy, dźwięku, scenicznego ruchu, tworzy widowisko fantastyczne. Bardzo osobiste. Umykające ocenie zdystansowanej chłodem. „Berenice” wciągając w swój świat jednocześnie wkracza do głów widzów. I działa na wyobraźnię jak seans hipnozy. To jest popis teatru na każdym poziomie. Reżyserskiej wizji wykreowania aż tak dojmującego, namacalnego wprost bólu nieszczęśliwej miłości. Kapitalnego aktorstwa, interpretacji tekstu. Wysmakowanych figur i układów choreograficznych. A także niebywałej precyzji. Zgrania wszystkich elementów. Mnóstwa drobnych dźwięków, błysków świateł i gestów. Patrzyłem nie wierząc własnym oczom, ze wstydem przyznając że często sfera teatralnej techniki jest pomijana w moim pisaniu. Stoi w cieniu fabuły, popisu aktorskiego. Castellucci stworzył genialną układankę wszystkich elementów, z których składa się teatr. Toniemy wręcz w feerii znakomitych obrazów, kreowanych przez zmiany świateł, dym sceniczny i nadrealne, wyjęte z pogranicza snu i jawy układy choreograficzne. Aktorce w spektaklu towarzyszy dwunastoosobowy zespół lokalnych statystów oraz dwóch performerów - Cheikh Kébé i Giovanni Armando Romano. Doskonale zgranych, wyrazistych. Zadziwiających tym, co kreują.
Narastają emocje. Królowa układa w głowie rozpacz, upokorzenie, pragnienie zemsty i dumę. Zbiera je jak pakunki, szykując do podróży. Do fantastycznego finału. Odtrącona, zepchnięta w obojętność Berenice postanawia opuścić Rzym z własnej woli. Usunąć się w cień, przyjmując z godnością porażkę uczucia w starciu z narkotyczną siłą władzy. Nie patrzcie na mnie! - krzyczy w kierunku widzów. Jej krzyk odbija się od ścian, tężeje. Krzyk o uszanowanie cierpienia w samotności. Zmienia w coraz gorzej słyszalny, przetworzony. Słowa stają się ciągiem zgrzytów. Szmerów. Królowa tonie. Zapada się w rozpaczy. Zanim pochłonie ją nicość słyszymy jeszcze kilka pojedynczych dźwięków. Błyska wraz z nimi światło. Raz. Drugi. Ostatni. Ciemność. Na naszych oczach umarła miłość.
46 Warszawskie Spotkania Teatralne trwają. Ale ich kulminacyjny moment mamy za sobą. „Berenice” w reżyserii Romeo Castellucciego. Inny wymiar teatru. Niewiele można tu dodać.

Komentarze
Prześlij komentarz