Grzybów branie

Należę do wielkich miłośników tego teatru. Widziałem chyba wszystkie spektakle Potem-o-tem. W różnych miejscach, bo aktorzy z grupy Filipa Kosiora i Marcina Zbyszyńskiego krążyli po Warszawie szukając dla siebie przestrzeni. Były „Powierzchnie gładkie” na Brackiej, potem w Soho. Kilka razy „Lexusy” w Teatrze Warsawy. Przy Placu Unii „Na dorosłego”. Oczywiście wyjazdowy „Gluten Sex”.  Nawet „Pierwsza lepsza”, czyli spektakl można powiedzieć założycielski Potem-o-tem. I wreszcie ich własny punkt na mapie Warszawy. Wymarzona siedziba. Zanim tam się sprowadzili była jeszcze „Po(*)łącznośc” i „Nie do powiedzenia”. Chronologicznie w odwrotnej kolejności. I po „Po(*)łączności” miałem uczucia mieszane. Coś się zacięło w tej sprawnej, pełnej błyskotliwego humoru sytuacyjnego machinie. Wrócili na swoje dawne tory spektaklem „Believe me, there will be no porn”, aby w październiku ubiegłego roku zaskoczyć swoich widzów „Trzecią wojną”. To także scenariusz Marcina Zbyszyńskiego, jak poprzednie spektakle. Ale inny. Śmiech w pewnym momencie cichnie. Zaczyna się robić poważnie. Bardzo ciekawie. Powstało widowisko ważne. Mówiące o bolesnej historii Warszawy. W mądry sposób. Filip Kosior tuż przed premierą tejże „Trzeciej wojny” w rozmowie ze mną (link do niej znajdą Państwo pod tym tekstem) zapowiedział kolejną. I ujawnił, że piekło zamarznie. Będzie to tekst i reżyseria innego twórcy. Nie Zbyszyńskiego. Mamy to. W Potem-o-tem objawiło się „Grzybobranie”, według scenariusza i w reżyserii Piotra Mateusza Wacha. Gwoli kronikarskiego rytuału wspomnę, że pierwowzór spektaklu Wach pokazywał w krakowskiej Akademii Sztuk Teatralnych. Wtedy było to „Grzybobranie/Zima Nuklearna”, premiera miała miejsce w październiku 2023 roku. Był to jednak spektakl różniący się - choćby w kwestii obsady - od tego który można oglądać w Warszawie, mimo że ekipa Twórców (np. scenografia, muzyka, kostiumy, video)  pozostała w dużej mierze ta sama. 


Na początku jest chaos. Zajmujemy miejsca na widowni, słysząc półprywatne rozmowy Aktorów. Pojawiają się na scenie, znikają w przejściu do foyer. Zaciera się wyraźna granica między tym, co przed trzecim dzwonkiem a tym co po podniesieniu kurtyny. Tej ostatniej zresztą tu nie ma. Wreszcie zaczynają na dobre. Od toastu. Bo to trzydzieste urodziny Aliny (Maja Szkutnik). Piątka przyjaciół postanawia celebrować je w odludnym domku nad jeziorem. Miejsce nie ma tu wielkiego znaczenia. Bo ow toast zrywa związki ze światem realnym. Ruszamy w podróż z psylocybiną. Czyli w „Grzybobraniu” nie będzie konkursu na Króla Maślaków i Księcia Prawdziwka. Grzyby są tu brane. Nie zbierane. 


Znam te imprezy z autopsji. Z ciągnącymi się w nieskończoność monologami, wypływającymi z ust umieszczonych pod parą nieruchomych oczu. Postaci zastygłe w posągowych pozach, które nie wiadomo - słuchają czy zanurzają się we własnych, stłoczonych myślach. Nagle wstających i rzucających się w wir zabawy zombies. Tańczących jak szaleńcy aby po dwóch czy trzech utworach osuwać się na podłogę. Znam. I zobaczyłem to raz jeszcze. Teraz z poziomu teatralnej widowni.


Meda (Ida Trzcińska) jest siostrą jubilatki. Mówi. Impulsywnie, że sztuczną emfazą. Opowiada o grzybach, o życiu. Plącze się. Wraca do porzucanych wątków. Otwiera kolejne. Gdy wydaje się, że monolog w niej zamiera, ona wydobywa z siebie nowe bataliony słów. Ustawia z nich, jak na defiladzie, wciąż goniące jedna drugą historie. Momentami zabawne, momentami przerażające. Klasyk grzybowych imprez pokazany bez znieczulenia, nadmiernych skrótów. I bardzo dobrze zagrany. Trzcińska robi to tak, że mimo wielowątkowości jej tekstu, jego długości - słucha się tego z uwagą. A miała to być rozmowa z Aliną, która nie bawi się najlepiej i wyraźnie umyka w fazę lękową. Mają Szkutnik ma tu trudną rolę. Zagranie słuchaczki, która prawie w ogóle się nie odzywa to paradoksalnie spore aktorskie wyzwanie. Bo przecież nie chodzi o to, aby siedzieć i myśleć o tym, czy coś, co ciśnie w bucie to koci żwirek a może kamyk z ulicy Anielewicza. Trzeba zrobić to tak, aby widzowie czuli sytuację. Widzieli jak w głowie Aliny przesuwają się psychodeliczne obrazy. I Szkutnik zrobiła to perfect. Jej szeroko otwarte oczy, kamienna twarz, somnambuliczne gesty - nie pytam, gdzie Pani Maja to podpatrzyła. Wyszło idealnie. Wrócę jeszcze do Idy Trzcińskiej. Ma w „Grzybobraniu” wiele okazji do pokazania i warsztatu i talentu. Nie zmarnowała żadnej. Monolog wpada znakomicie. Podobnie dialogi. A taniec w układach choreograficznych to creme de la creme bardzo udanego występu Pani Idy. 


W tle baraszkują panowie. Żądza (Szymon Dobosik), Wodzu (Maciej Kokot) i Ruin (Filip Kosior). Każdy charakterystyczny, każdy z pomysłem na graną postać. Żądza i Wodzu pod wieloma względami podobni. Wyróżnia się Ruin. To, co Filip Kosior wyprawia ze swoim bohaterem to mistrzostwo świata. Jest zabawny, wręcz śmieszny w sekwencji z wanną, w której kryje się przed światem. Kapitalnie namolny, gdy jak uparty cień snuje się za pozostałymi panami w celach niecnie erotycznych. Aż do kulminacji. Jest nią scena, jakiej w Potem-o-tem nie było. Nie spodziewałem się tego zobaczyć. Zaskoczyli mnie kompletnie. Miałem wrażenie, że konsekwentnie unikają w swoich spektaklach nagości. Śpiewają, tańczą, ale zawsze w bezpiecznej osłonie kostiumu. A w „Grzybobraniu” mamy bardzo dobry, wysmakowany artystycznie, układ choreograficzny grany przez dwóch aktorów zupełnie nagich. Męski seks. Ze wszystkimi jego odmianami. Rywalizacją, siłą, zmysłowością. Balansowaniem od granicy brutalności, po wrażliwą delikatność. Odważnie nasycony erotyką. Chwilami zbliżający się do perwersji. To moim  zdaniem najmocniejsza scena jaką kiedykolwiek widziałem w spektaklach Potem-o-tem. I jedna z najlepszych. Jeśli popatrzymy na nią szerzej. Weźmiemy pod uwagę sekwencję zdarzeń. Ów taniec - wielkie ukłony szacunku dla Szymona Dobosika za choreografię oraz Filipa Kosiora, który razem z panem Szymonem tańczy tu wyśmienicie - i dalszy ciąg. Czyli szokujące rozwiązanie całej sytuacji. 


Tańca jest tu znacznie więcej. Ten spektakl wymyka się prostemu szufladkowaniu. Skręca w stronę doskonale wyreżyserowanego, zaprojektowanego i przede wszystkim zagranego performance. Są nieźle zaśpiewane piosenki. Jest tak, jak Teatr Potem-o-tem napisał w swoim manifeście artystycznym: „Potem-o-tem to komedia i tragedia. A nie jedno lub drugie”. I takie jest właśnie „Grzybobranie”. Piorunująca mieszanka teatralnych form. Możliwości. A przy tym rzecz wizualnie wystrzałowa. Projekcje wideo i scenografia Jakuba Kotyni wprost hipnotyzują. Ubrane w muzykę przez Michała Smajdora, z dodatkiem zaplanowanej z wielkim wyczuciem feerii świateł (Filip Żygałło) - powodują że siedzimy zafascynowani. Wciągnięci w psychodeliczny trip pierwszego aktu. 


Wstrząsająca jest wymowa tej odsłony spektaklu. Przeraża realizm postaci, dosadność i dokładność w zbudowanym obrazie. Drugi akt jest zupełnie inny. Nazwałbym go appendixem. Na scenie sam Filip Kosior. Tylko przez chwilę w tle „przemazuje się” Ida Trzcińska. Nie na darmo Kosiora uważa się za jednego z najlepszych w Polsce lektorów. Czyta. Ten akt to czytanie performatywne. Dziennik wyjścia z uzależnienia. Zaczynamy rozumieć co się tu działo i dzieje. W którym momencie dołączyliśmy do grzybowej historii. Słuchamy słowo po słowie, dzień po dniu, bardzo osobistego pamiętnika. Czyjego? Dlaczego? Tradycyjnie zostawiam Państwa w niepewności i przyjemności poznania tego we własnym zakresie. 


Zestarzeli się. Wyrośli z imprez, skończył się czas beztroskiego śmiechu. Szukają swojego miejsca. Zestarzeli? A może - dorośli? Artystycznie, intelektualnie? Nigdy ich spektakle nie były głupie, żeby była jasność. Były lekkie, wesołe. Od „Trzeciej wojny’ Potem-o-tem konsekwentnie poważnieje. W „Grzybobraniu” opowiadają o sobie. Nie kryją kim są, mówią otwarcie o cieniach swojego artystycznego losu. Warto uważnie posłuchać dziennika czytanego w drugim akcie. I kilku zdań epilogu, które Ruin, a może już Filip, wypowiada na samym końcu. O tym, jak zaczęła się praca nad „Grzybobraniem”. Jakie emocje uwolniła pierwsza jego próba. 


W Teatrze Potem-o-tem mamy bardzo ciekawy spektakl tak formalnie jak estetycznie. Cieszę się, że ta grupa ewoluuje. Szuka nowych dróg. Nie zatrzymali się na grotesce i nie wpadli w sidła aktorskiego kabaretu. Są znacznie dojrzalsi, ciekawsi. Życzę im równie fascynujących premier-eksperymentów w przyszłości. FIlipowi Kosiorowi gratuluję artystycznej i ludzkiej odwagi. Mam na myśli scenę nagiego tańca, która zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Właśnie Jemu. Przecież jest jednym z Ojców Założycieli. Wyznacza trendy tego teatru. 


TeatrVaria Wywiad - Filip Kosior



Reżyseria i scenariusz 

Piotr Mateusz Wach

Scenografia i projekcje wideo 

Jakub Kotynia

Choreografia 

Szymon Dobosik

Muzyka 

Michał Smajdor

Reżyseria światła

Filip Żygałło

Reżyseria dźwięku 

Ernest Grabowski - Patela 

Koordynacja intymności 

Szymon Dobosik 

Kostiumy 

Kamila Wdowska

Produkcja

Katarzyna Ciemniewska 


Obsada

Maja Szkutnik

Ida Trzcińska

Filip Kosior

Szymon Dobosik

Maciej Kokot 





 


Komentarze

Popularne posty