Co ja na to KANATO?

No właśnie. Mam szereg wątpliwości po obejrzeniu w Teatrze Telewizji TVP „Kanato” w reżyserii Magdaleny Małeckiej-Wippich. W zasadzie nie tyle szereg, ile same wątpliwości. 


Pierwsza to godzina premiery. Ja rozumiem że w tak Poważnej Telewizji ,w Dniu Dziecka, na pewno w porach wcześniejszych trzeba było pokazać mnóstwo niezmiernie istotnych spraw wagi co najmniej państwowej. Ale Scena Małego Widza z trudnym językowo, godzinnym spektaklem o 20.30? Bez sensu. Przecież wiersze Jana Brzechwy, jeśli w ogóle znajdują dzisiaj odbiorców, to są nimi maluchy. Dzieci, które o tak późnej porze zwyczajnie już usypiają. Zatem fundowanie im „prezentu” w godzinach dorosłego Teatru Telewizji dowodzi, że kierownictwo tej stacji jest rzeczywiście w stanie likwidacji. Rozsądku. 


Druga sprawa w zasadzie wynika z pierwszej. Jan Brzechwa wiersze wykorzystywane w „Kanato” pisał w 1938, 1939. Tuż po wojnie. Mają zatem ponad osiemdziesiąt lat. Czy współczesny maluch wie, kim jest wiotka i powabna Samochwała? A kim bednarz i dlaczego strażacy do pożaru ciągną drewnianą beczkę zatkaną czopem? No i rejent! Dlaczego rejent roznosi katar? Moja wątpliwość jest taka: Czy te bajki Brzechwy już się nie zdezaktualizowały? To rzeczywiście zabawne, prościutkie rymowanki. Wychowało się na nich pokolenie prababek obecnych malców, znali je ich dziadkowe i babcie. Ale rodzice? Obawiam się, że nie. I to nie dlatego, że Świnka Peppa jest lepsza od Pchły Szachrajki. Absolutnie nie. Raczej dlatego, że w świat wyobraźni dzieci wtargnęła armia Aragorna, Królestwo Narnii, czy czarodzieje skupieni na obronie Hogwartu. Zmienił się świat. Zmieniła poetyka współczesnej baśni. To moja wątpliwość, podkreślam. Sprowadza się do prostego pytania: Czy naprawdę wierszyki Jana Brzechwy są dzisiaj zabawne dla dzieci, liczących sobie mniej niż sześćdziesiąt lat? 


Trzecia wątpliwość. Sam spektakl. Brzechwa pisał te rymowanki jako króciutkie, kilkuzwrotkowe, czasem kilkuwersowe nieskomplikowane opowiastki. Tu Małecka-Wippich mam wrażenie, strzela z armaty do wróbla. Zebrała grupę aktorów, rozdała im zadania. A potem… Okazało się, że w całym „Kanato” brakuje podstawowego elementu - dramaturgii. Niby, jak wynika z opisu, jest to podróż do krainy baśni. Niby Anna Seniuk ma być po tej krainie przewodniczką. Ale czy jest? Moim zdaniem - nie. W „Kanato” nie ma spójności, logiki. Brakuje pomysłu na to jak spiąć wszystkie wierszyki i stworzyć z nich świat. Logiczny co dla malucha byłoby nieocenione. Niby takim elementem miała być chyba rola, czy role Barbary Garstki, która deklamuje „Samochwałę”, „Skarżypytę” i Kłamczuchę” ale to za mało. Spektakl jest swobodnie ułożonym stosem rymowanek na przeróżne tematy. Skaczemy od „Zaczarowanego psa” przez „Prota i Filipa” do „Skarżypyty”. Sójka wybiera się za morze, żuraw biega za czaplą a igłą tańcowała z nitką. I nagle bęc: Mops zeżarł klops. Poszatkowane to wszystko. Brakuje reżyserskiego pomysłu. „Kanato” to nie kraina bajek. To deklamacje wierszy Brzechwy wykonywane w przypadkowej kolejności. Aktorzy przybiegają do Anny Seniuk. Radośnie oznajmiają, że mają bajkę. Walą tekst i szlus. Lubię te teksty. Ale się wynudziłem. 


Całość widowiska jest utrzymana w dziwacznej poetyce, kojarzącej się z „Kabarecikiem” Olgi Lipińskiej. Aktorzy zostali poprzebierani w kostiumy wyjęte z peerelowskich spektakli lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Wyglądają w nich śmiesznie i anachronicznie. Najbardziej razi to moim zdaniem w „Igle z Nitką” - dziwaczni cyrkowcy, czy „Pali się” - strażacy w groteskowych mundurach kojarzących się z czasami wręcz Szwejka. Czy doprawdy nie można było pomyśleć? Może pokusić się o próbę sprawdzenia, jak Brzechwa zabrzmiałby w dzisiejszym wozie strażackim i na dzisiejszym stanowisku dowodzenia strażaków? Igła z nitką mogłyby wtedy zatańczyć wśród maszyn współczesnego zakładu krawieckiego. Najbardziej smutnym obrazem braku pomysłu - moim zdaniem - był „Katar”. Katarzyna kicha, doktor niesie katar do rejenta i za moment kicha cale miasto. Nic to nie budzi w głowie? Żadnego wspomnienia ostatnich lat choćby? Nawet maseczka na twarzy mogłaby się tu pojawić. Ale - nie. Jest tak jakbyśmy w schyłkowym okresie PRL oglądali niedzielną Wieczorynkę. Ten brak pomysłu potęguje wrażenie kompletnego nieprzystawiania Brzechwy do współczesności.  


Mam też obawę czy krążący po scenie Aktorzy te wierszyki mieli w sercach, czy tylko w pamięci. Kto chciałby się o tym przekonać proponuję bardzo uważnie zwrócić w „Kanato” uwagę na przepaść, jaka dzieli sposób interpretacji tekstów przez Annę Seniuk - na przykład w „Żabie”, gdzie gra Doktora, czy w „Pali się” gdzie jest jedną z obserwatorek pożaru - od strategii pozostałych wykonawców. Ona to czuje. Gra. Są w tym emocje. Inni Aktorzy deklamują. A to wielka różnica. Nie czułem żadnego stosunku emocjonalnego do tekstów. Oczywiście, przewracali oczami, podskakiwali i robili inne sztuczki. Cóż z tego? Moje to, co podkreślam, zdanie - znudziła mnie wyprawa do tak zbudowanej krainy bajek. 


Idźmy dalej. Wśród tych mikro-bajeczek nie wiem po co znalazła się kobyła, czyli poemat „Wyprawa na Ariadnie”. W „Kanato”, można powiedzieć, stała się kumulacją wszystkich uwag i wątpliwości. Zaczyna się obiecująco. Śpiewana jako marynarska pieśń na pokładzie korwety. Aktorzy w kaperskich strojach. I bęc. Wszystko siada bo po chwili wracamy do deklamacji. Pieśń się urywa. Można było pozostawić ją jako choćby nucenie w tle. Wraca ni z gruszki ni pietruszki. Znowu umyka. A potem Anna Seniuk męczy się jak „zabrać” widzów z morskiej poetyki i przeflancować  do świata Pana Soczewki. Tu także można mieć obawy, który maluch będzie wiedział czy buchalter, mierniczy, zdun i agronom to już postaci z kręgu Pana Soczewki, czy jeszcze imiona pirackie. 


Obejrzałem do końca. Zawiedziony. Bez pomysłu, bez werwy. Bez dbałości o najważniejszego Widza, czyli tego który teatr poniesie w przyszłość. Jakiś smutny był ten Dzień Dziecka w Teatrze Telewizji. Bezdzietny, rzekłbym. „Dziś spostrzegłem jak się postarzałem” mówi Wiesław Komasa, spektaklowy Jan Brzechwa. Ma rację. Twórcy „Kanato” nie zrobili moim zdaniem nic, aby z tą tezą podyskutować. 


No i sam tytuł. „Kanato” u Brzechwy to poemat - piękny zresztą - opowiadający o wakacjach państwa Solskich i czwórki ich dzieci oraz spotkaniu z pewną jaszczurką. Na samym „Kanato” można było całe to przedstawienie zbudować. Poemat jest świetnie napisany, plastyczny. Działający na wyobraźnię. Dlaczego wyrwano z niego ledwie kilka wersów i wciśnięto zmięte jak papierową kartkę do zupełnie innej poetyki? Tego kompletnie nie rozumiem. Ale to także argument za tym, że w Teatrze Telewizji zabrakło pomysłu na pokazanie spektaklu opartego na twórczości Jana Brzechwy.  Szkoda. 



Autor:

Jan Brzechwa 

Scenariusz i reżyseria:

Magdalena Małecka-Wippich 

Scenografia:

Maksymilian Mac

Kostiumy:

Patrycja Fitzet

Matylda Kotlińska 

Muzyka:

Albert Stensen

Ruch sceniczny:

Jarosław Staniek

Zdjęcia:

Maciej Edelman

Tomasz Pawlik 

Montaż:

Jakub Motylewski 


Obsada:

Anna Seniuk

Wiesław Komasa 

Joanna Kierzkowska

Barbara Garstka-Puciaty

Olga Sarzyńska 

Milena Suszyńska 

Marcin Bubółka

Paweł Paprocki 

Karol Pruciak

Marcin Przybylski 

Wojciech Rotowski

Patryk Rybarski













 




















 




Komentarze

  1. Brzechwa zasługuje na porządne wystawienie jego dłuższych dzieł - Przygody Lisa Witalisa (nota bene zdejmowane za komuny przez cenzurę z uwagi na ... aluzje polityczne). Przygody rycerza Szaławiły czy przytoczona Wyprawa na Ariadie. To perełki zasługujące np. na spektakl Brzechwa - trzy opowieści :-)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty