Być jak w domu...
W zasadzie niewiele o nich wiemy. Nie żyją bywalcy. Zblakły kartki spisanych wspomnień. Żółto świecą fotografie. Na nich eleganccy panowie. Panie w wieczorowych toaletach. Uśmiechy. Kieliszki, talerze, kelnerzy. Gwar. Z tego gwaru wyłania się śpiew, wiersz, żart. Lekkość nieznana w naszym czasie sztuki ciężkiej jak błoto. A gdyby spróbować? Zanurzyć się w przeszłości. Odtworzyć ten czas. Joanna Drozda podejmuje próbę zabrania widzów w taką podróż. Jej „Bujdagranda” w Teatrze Żydowskim budzi nas w meandrach stolików i atmosfery przedwojennej Małej Ziemiańskiej. Przewodnikami po kabarecie Qui pro Quo są Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Kazimierz Krukowski, Mira Zimińska i Ordonka. Oczywiście na scenie jest także legendarny, jedyny w swoim rodzaju, konferansjer Warszawy Fryderyk Jarossy. Piotr Chomik stworzył tę postać w sposób doskonały.
Próby udawania, że „jest jak było” - nie są niczym nowym. Wpadaliśmy w pułapkę wyobrażeń. A jednak ta, podjęta w Teatrze Żydowskim, zachwyca. Scenografią, autorstwa Michała Głaszczki. Poziomem literackim piosenek, które napisała Joanna Drozda. Zachwyca magią teatru na mikroskopijnej przestrzeni gdzie ledwie pięćdziesiąt osób siada i wraz ze stolikami, krzesłami i niesamowitym anturażem rusza w podróż. Do czasu, którego już nie ma. Zawrotnego, wspaniałego czasu, kiedy słowo było droższe od obrazu. Budowało, zabijało, wyśmiewało. Jak słynna i cytowana w spektaklu tuwimowska fraszka: Próżnoś riposty się spodziewał, nie dam Ci prztyczka ani klapsa… Znacie? Nie? To wyguglujcie. Ruszamy!
W Małej Ziemiańskiej zamieszanie. Bo premiera. Trzeba wymyślić kuplety, tytuł. Skecze i tańce. Tuwim (Mateusz Trzmiel - taaak, On umie w kabaret!), Słonimski (Piotr Sierecki i świetna wersja Poety Warszawy) i Krukowski (Henryk Rajfer to doświadczenie i niebywały talent) uwijają się jak w ukropie. Pierwszy akt „Bujdygrandy” pochłaniają przygotowania do premiery. Drugi - wyjaśnia wszystko, można napisać. Pierwsza odsłona działa jak narkotyk. Wciąga i wzrusza świetnymi piosenkami Ordonki - „Pan Światełko” (Izabella Rzeszowska śpiewa tak, że ani przez myśl nie przechodzi paskudny passus jakoby „dzieciom i kotom…), Zimińskiej (Monika Chrząstowska świetna, choć bardzo głośna) i Tuwima (Tuwim ci wszystko wypaczy..). Lirycznym, pięknie zaśpiewanym, rozmarzonym duetem Jarossy’ego (Piotr Chomik chyba na Jarossym zjadł zęby, aż chciałem Go zagadnąć po węgiersku) i Ordonki. Rozbawia Lopek Krukowski bukietem szmoncesów. Finał tego aktu, świetnie zaaranżowany, to wiersz. Piękny, genialny. Znany mi od najdawniejszych czasów. A znów budzący emocje takie, jak za pierwszym razem. gdy odkryłem go jako zbuntowany piętnastolatek w jakimś tomie oprawionym w płótno. „Do człowieka prostego”. Tu tkwi i bujda i granda. I suma wszystkich leków, niepewności. Geneza tego kabaretu na skraju wulkanu. Wtedy i teraz. Na przerwę wychodzimy w poczuciu zawieszenia w czasie. Oto Warszawa. Rok 1926? 1931? może 1936? Jaki by nie był. To jest ta legendarna Warszawa, która drwiąc ze swoich czasów bawiła się do końca.
Druga odsłona to premiera. Qui pro quo? Inna? Nie ma znaczenia. W bardziej uporządkowanej, niż w pierwszym akcie formie, mniej chaotycznie - dostajemy uroczy zapis programu kabaretowego. Furda wojna. Nie ma jej. Nie ma okropnych zmian społecznych, które wyniosły do władzy potomków polnego kartofla. Jest piękny, delikatny tekst. Dezynwoltura, nieznana współczesnemu człowiekowi. Nadal błyskotliwie, nadal ta historia pędzi w zawrotnym tempie i bawi. Bawi tak, jak inteligentny kabaret bawić powinien. Aż do zapowiedzi finału, ballady „A gdyby wojny nie było” i samej kulminacji.
Wymieniłem bohaterów „Bujdagrandy”. Każdy w swoim rodzaju. Świetnie zagrany, wykreowany. Ale. Nie sposób pominąć grupy postaci kreowanych przez Bartosza Dopytalskiego, którego Tacjana Wysocka, Adolf Dymsza i kwintet tancerek są bardzo mocnymi punktami widowiska. Podobnie jak opracowana przez Dopytalskiego choreografia tego spektaklu. Bez niej nie ma show. Nie ma klimatu.
„Bujdagranda” to zamieszanie. Literacki misz-masz w dobrym guście. Z wybijającymi się pięknymi balladami autorstwa Joanny Drozdy. Kabaret. Teatrzyk. Coś, czego współczesna Warszawa zazdrości swojej prababce sprzed stu lat. Nie mając dzisiaj miejsc, w których słowa gną się w dłoniach poetów lekkie i błyszczące jak miedź - nie mamy co marzyć o takich zawrotnych czasach. Możemy tylko zazdrościć tym, którzy mieli przywilej ich doświadczyć. Nam zostały klocki inkluzywne, społecznie zaangażowane. Czasy, uproszczonej do poziomu trzonka miotły, gównogburzy. Na szczęście nie wszystek teatr wpadł w tę pułapkę pseudo sztuki. Mamy się w co bawić i gdzie bawić - można spuentować ponad dwugodzinną przygodę z „Bujdagrandą”. Piękną podróżą do teatrzyku którego już nie ma, języka którego nie ma i poziomu jaki chciałoby się oglądać jak najwięcej we współczesnym nam teatrze.
Reżyseria, scenariusz, teksty piosenek
JOANNA DROZDA
teksty piosenek, scenografia, światło
MICHAŁ GŁASZCZKA
muzyka, aranżacje, kierownictwo muzyczne
TOMASZ FILIPCZAK
Kostiumy
JOLA ŁOBACZ
Choreografia
BARTEK DOPYTALSKI
przygotowanie wokalne
TERESA WROŃSKA
Asystentka reżyserki
MONIKA SOSZKA
Producentka
KAMILA WOROBIEJ
Pijanista
KRZYSZTOF BRZEZIŃSKI
Obsada
Piotr Chomik
Henryk Rajfer
Mateusz Trzmiel
Monika Chrząstowska
Izabella Rzeszowska
Bartosz Dopytalski
Piotr Sierecki

Komentarze
Prześlij komentarz