Zrobić małpę...
O szympansicy Lucy, ofierze ludzkiej chęci eksperymentowania wbrew woli natury, było głośno w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Doświadczenie zaczęło się w 1964 roku kiedy małżeństwo Jane i Maurice’a Temerlinów zabrało ledwie urodzonego szympansiego malca matce i zawiozło do swojego domu. Odtąd zwierzę miało być wychowywane na człowieka.
Jak przebiegał eksperyment i czym się skończył? Pytania na które próbowały odpowiedzieć twórczynie „Projektu Lucy”, spektaklu dyplomowego zrealizowanego na kierunku reżyserskim i pokazanego w Teatrze Collegium Nobilium. Powstało widowisko niejednoznaczne. Wymykające się, moim zdaniem, prostej zerojedynkowej ocenie.
Z jednej strony jest to znakomity materiał dla uczelni. Reżyserująca „Projekt Lucy” Agata Mierzwicka solidnie przepracowała swój spektakl z Aktorkami. Wcielają się w kilka ról, jednak wiodące są - moim oczywiście zdaniem - bardzo dobrze przemyślane, zbudowane i zaprezentowane. Świetnie wypada Laura Walczak jako Jane, gdy na początku spektaklu opanowuje scenę i odtwarza przed widzami telewizyjny talk show z okazji dziesiątej rocznicy urodzin Lucy. Jest dynamiczna, prawdziwa. Choć Janet nie prezentuje się w jej wykonaniu jako osoba nadmiernie obarczona zdolnościami do refleksji, nie można powiedzieć aby była nijaka czy niespójna. Zdecydowanie i aktorsko i reżysersko wyszło to bardzo dobrze. Z kolei Ewelina Oleś zaskakuje umiejętnościami adaptacyjnymi, świetnie się porusza, operując przy tym lalką tytułowej bohaterki. Sugestywna w roli szympansiej przewodniczki i samej Lucy. Z bardzo dobrym, choć dyskusyjnie zaczepnym wobec widzów, monologiem w końcówce spektaklu. Zaczepnym bo stawianie szympansicy wyżej na drabinie intelektualnej niż ktoś siedzący na widowni, ponieważ zwierzę zna sto słów w języku migowym a wskazany widz nie - mnie nie przekonało. Gdyby padło na mnie odpowiedziałbym, że znam około pięciuset lekko licząc słów w języku węgierskim a Lucy zapewne ani jednego. Zatem? Ale to spory i przepychanki niewielkiej wagi. Moim zdaniem pod względem pracy z aktorem - pani reżyser dała sobie świetnie radę
Niestety jest i druga strona medalu. „Projekt Lucy” jest śmiertelnie nudny. Nie ma w nim krztyny dramaturgii. Sceny są dokumentalnymi niemal zapisami, ciągnącymi się w nieskończoność, przemyśleń i raportów badaczy oraz opiekunów zwierzęcia. Nie daje się tego momentami oglądać z powodu przeciągania każdej sekwencji. Po co? Przecież teatr to gra skrótu rzeczywistości. Pewnej umowy artystów z widzami. Tu jej nie ma. Dostajemy sążniste monologi bez tez. Puent. Grzęźnie w nich spektakl i coraz bardziej znudzony szukaniem atrakcyjności widz. Szkoda. Nie popisała się w tym aspekcie moim zdaniem i Pani Reżyser i wspólnie z Nią biorąca odpowiedzialność za tekst Laura Walczak. Myślę, że zgubił je brak doświadczenia. Wpadły w pułapkę hiperpoprawności i dążenia do perfekcji w ustanowieniu jak najpełniejszego przekazu faktograficznego. Jednak teatr to nie jest film dokumentalny. Nie podróżujemy wraz z Lucy po amerykańskim eksperymencie. Nie wracamy do afrykańskiej dżungli, aby przekonać się że małpa po latach udawania człowieka nie ma już szans na odzyskanie wolności w swoim naturalnym ekosystemie. Musimy to sobie wyobrazić. A suchy, dokumentalny tekst w tym nie pomaga.
Na dodatek marnie wypadają wyświetlane na horyzoncie scenicznym napisy. Zapewne są bardzo ważne dla zrozumienia i spektaklu i jego finału. Zapewne. Nikt z twórców nie zadał sobie trudu aby sprawdzić jak czcionka w zaplanowanym kolorze będzie wyglądać na tle emitowanych równocześnie z napisami zdjęć. A wyglądała tak, że nie można było prawie niczego przeczytać, bo wszystko zlewało się w burą całość. Błąd techniczny, bardzo istotny dla pełnego zrozumienia idei widowiska.
Reasumując, w Teatrze Collegium Nobilium pokazano projekt akademicki. Jako egzamin - miarodajny i interesujący. Ale moim zdaniem daleki od produkcji, która mogłaby zaspokoić oczekiwania widzów niezaangażowanych w proces edukacyjny aktorskiej Akademii.
Twórczynie i twórcy:


Komentarze
Prześlij komentarz