Zabawa w punka

„Jubileusz” w Teatrze Dramatycznym, reżyserowany przez Macieja Jaszczyńskiego, jest moim zdaniem spektaklem nieudanym. Nie aż tak złym jak grany na tej samej scenie  „Podwójny z frytkami”, ale czy to ma być pocieszeniem? Dla mnie - nie. 


Pomysł na zaadaptowanie do potrzeb teatru filmowego scenariusza okazał się zgubny dla młodego reżysera. Pogrąża mu ten spektakl. Ambicje stworzenia czegoś, co byłoby głosem pokolenia, pogłębioną refleksją egzystencjalną nie przeniosły się na scenę. Skrót filmu Dereka Jarmana z 1978 roku. Na dodatek zapomnianego od lat. Tu tkwi pierwszy kłopot. Widz nieznający pierwowzoru gubi się w chaotycznych meandrach teatralnych scen. Nie jest w stanie nadążyć za fabułą stanowiącą zlepek skrótów filmowego obrazu. Dostajemy produkt niezrozumiały i nielogiczny. A na dodatek płytki niemiłosiernie. Nie zgadzam się z teatrem, do którego widz, aby go zrozumieć, musi przyjść po uprzednim zapoznaniu się z dziełem stanowiącym podstawę adaptacji. Spektakl ma mówić. Wciągać i prowadzić dokądś. „Jubileusz” wiedzie jedynie na intelektualne pustkowia. 


Oczywiście, jeśli ktoś potrzebuje dowodu, że Jan Sałasiński potrafi tańczyć, Karol Wróblewski jest znakomitym aktorem dramatycznym a Magdalena Czerwińska zbuduje rolę nawet z powietrza - temu zapewne do Dramatycznego będzie po drodze.  Jednak wynudzi się moim zdaniem setnie, mimo, że wątpliwej wartości widowisko trwa ledwie godzinę z kwadransem. Tu po prostu nie ma czego oglądać, bo to się nie spina dramaturgicznie. Jarmanowska podróż Elżbiety I do anarchistycznego Londynu roku 1978 miała swoją estetykę. Była prawdziwa. Teatralna wersja razi uproszczeniami i brakiem głębszej refleksji nad czasami, postawami wobec nich. Słuchamy kwestii wypowiadanych w przestrzeń, obserwujemy sceny prawie ze sobą niepowiązane. Po pewnym czasie wyłączamy się i trwamy. A „Jubileusz” turla się po scenie przed naszymi oczami. Dialogi są przerażająco płytkie. Nawet nie płytkie. One są pozbawione sensu. Toną banałach. Nie uskrzydlają ich nawet, co trzeba docenić, wysiłki Aktorów.  Robią co mogą. Ale z próżnego nawet Salomon nie naleje. Puste, bezsensowne postaci krążą po scenie. Wchodzą z lewej, wychodzą z prawej. Mówią. Nic z tego nie wynika. Ożywić się można jedynie, gdy Aktorzy Dramatycznego śpiewają. Tak. Szczególnie scena z konkursem Eurowizji zapada w pamięć. Ale nie znaczy, że jest to coś co ratuje widowisko. Po prostu jest tam nieźle zaśpiewana piosenka. Na tle bezbarwnej reszty wyróżnia się kolorytem. 


Tak. Ta idea przerosła moim zdaniem i reżysera i panią dramaturg. Punk nie był, nie jest apatią nieudaczników i nie da się sprowadzić jego istoty do skłotu, w którym obok brudnej pralki i materaca kotłują  się postaci pozbawione wszelkiej idei. Był ruchem, który wyrósł z frustracji. Fin de siècle epoki dogmatu. A tu? Tutaj jest mały Kazio, który bardzo chciałby być punkowcem i myśli, że jak się zamknie okno i zrobi duszno w pokoju to już będzie No Future.Jest miałko i naiwnie. 


Z pierwowzoru zostało przeniesione założenie. Królowa Elżbieta I (Magdalena Czerwińska) wraz ze swoim astrologiem Johnem Dee (Karol Wróblewski) przenosi się do czasów współczesnych. W filmie do lat 70, bo wtedy ten obraz powstał, a w Dramatycznym do naszych dni. Fajnie. Ale co dalej? Tu już widowisko grzęźnie. Nic się nie dzieje, nie ma grama wartości. Nie stwarza się ani jeden ważny do przemyślenia wątek. Wieje nudą. Na scenie pojawiają się trzy punkowe gracje, Azotyna (Helena Urbańska), Furia (Lidia Pronobis) i Menda (Martyna Kowalik). Jednak żadna z nich nie ma nic ciekawego do zaproponowania. Nic do powiedzenia. 


Podoba mi się w zasadzie tylko jeden element spektaklu. Nihil novi: w zastawkę wmontowano ekran, na którym wyświetlana jest projekcja video. Ale ta, autorstwa Jakuba Dylewskiego, jest dobrej jakości. Świetnie sfilmowana, doświetlona. Bardzo dobrze ubrana w komputerową obróbkę. Uciekałem wzrokiem do ekranu. Nie dlatego że Aktorzy na scenie grali źle. Oni po prostu nie mieli tam czego grać, a projekcje kusiły rozwiązaniami. 


Fiasko. A także nauczka. Adaptacja filmu, czy powieści na scenę to nie jest sprawa prosta, polegająca na wyłowieniu kilku epizodów z cudzego dzieła i sklejeniu ich byle jak burą taśmą. Wymaga finezji, logiki. Myślenia kategorią nie własnej wiedzy o pierwowzorze, ale tym co na scenie zobaczy widz i co dla niego będzie wartością. Tu w ogóle nie dostrzegłem takiego podejścia. Ot, lokalne jasełka dla krewnych i znajomych Królika. 


reżyseria

Maciej Jaszczyński

adaptacja i dramaturgia

Maria Gustowska

scenografia i kostiumy

Kamila Bukańska

choreografia

Katarzyna Sikora

muzyka

Michał Puchała

video

Jakub Dylewski

reżyseria świateł

Helena Rakovich

producentka

Adrianna Gołębiewska

charakteryzacja

Marta Krasowska, Aleksandra Rubersz

inspicjent

Radosław Duda


OBSADA


Magdalena Czerwińska

Martyna Kowalik

Lidia Pronobis

Jan Sałasiński

Helena Urbańska 

Karol Wróblewski 




Komentarze

Popularne posty