Turbo Bułhakow
Czuję się jak po jakiejś premierze - napisał do mnie w odpowiedzi na gratulacje Łukasz Wójcik. Bo to było jak premiera! „Mistrz i Małgorzata” w reżyserii Magdaleny Miklasz, spektakl Teatru Dramatycznego we współpracy z Teatrem Malabar Hotel, który premierę miał w styczniu 2014 roku - przeprowadził się ze Sceny Przodownik na Małą Scenę w Pałacu Kultury. I to jest, moim zdaniem, zmiana jakościowa.
Widziałem to przedstawienie na Mokotowie w marcu ubiegłego roku. Pisałem o nim zresztą. Zrobił wtedy na mnie „Mistrz…” bardzo dobre wrażenie. A teraz jest lepiej. Turbo lepiej, można powiedzieć. Spektakl został, o ile dobrze pamiętam wersję sprzed roku, w kilku miejscach przebudowany. Jest jak znany model samochodu. Ale po liftingu. A może to po prostu magia teatru, która powoduje że nic dwa razy się nie wydarza tak samo?
Po pierwsze struktura. Teraz wyraźnie wybrzmiewa zasadnicza, wręcz gatunkowa różnica, między dwoma aktami. W pierwszym znajduje się wszystko to, co u Bułhakowa bawi. Satyra na sowiecką Moskwę w jej porewolucyjnym absurdzie. I cała groteskowo sytuacja, związana z pojawieniem się tajemniczego profesora Czarnej Magii na Patriarszych Prudach. Jest to moim zdaniem zagrane w konwencji dynamicznej, hałaśliwej farsy. Chaos, spowodowany dziwnymi przypadkami burzącymi porządek stolicy Wiecznej Szczęśliwości, śmieszy. Znakomicie są tu wykreowane postaci z powieści Bułhakowa. Świetny Korowiow, nadal uważam - Łukasz Wójcik jest Korowiowem idealnym - chudy, cybaty. Cynicznie szyderczy. A na dodatek diabelsko zwinny, wręcz jak wąż wijący się po scenie i oplatający intrygami poruszające się po niej postaci. Marcin Bartnikowski w roli Bezdomnego dominuje nad postacią Mistrza, która też jest w jego gestii. Poeta-ateista, autor nieszczęsnego, bo krytykowanego przez Berlioza poematu o Chrystusie przenika do świadomości widzów ze swoją tragiczną a zarazem zabawną historią pogoni za Wolandem. Niknie w kartonowym pudle, symbolicznym areszcie czy też separatce szpitala psychiatrycznego. Większa scena pozwala w pełni zrealizować fantastycznie zaprojektowaną rozmowę Mistrza z Bezdomnym. Jeden to z lepszych momentów w całym spektaklu. Mistrz przemawia pojawiającymi się na ekranie zapisanymi zdaniami. Bezdomny odpowiada mu własnym głosem. Piękna, bardzo widowiskowa scena. Zapowiedź kolejnych. Pierwszy akt to popis Wójcika-Korowiowa. Jego monolog, uaktualniony o wydarzenia ostatnich dni - bawi jak w najlepszym kabarecie literackim. Wtrącę tu tylko, że ani na moment nie czułem naruszania przestrzeni osobistej, śmiejąc się serdecznie z błyskotliwych, lekkich żartów. A całość tej sceny to przecież słynny, skandaliczny pokaz Czarnej Magii w Teatrze Varietes, gdy z sufitu sypały się czerwońce. Tu - sypie się humor w najlepszej postaci.
Akt drugi ma zupełnie inny ciężar gatunkowy. Oglądamy to, co u Bułhakowa zostało zapisane w formie dramatycznej. I ten dramat świetnie tutaj się sprawdza. Od pierwszej chwili, monologu Małgorzaty - kolejnej idealnej postaci - zagranej doskonale przez Annę Szymańczyk, widz wpada w świat moskiewski jak w korytarz do Kariny Czarów. Nie można się oderwać. Po chwili do Małgorzaty dosiada się Asasello. Nie zmieniam zdania - Anna Karolina Gorajska z tej postaci czyni perełkę. Jej Asasello to podejrzany typek, zagrany z wdziękiem i polotem. Ma mniej do powiedzenia niż w powieści. Odjęto Mu prawo pozbawiania życia, z czego umiejętnie korzystał. Ale jest nadal ważnym elementem a Gorajska pokazuje swoje możliwości stworzenia postaci pozornie niekobiecej. No i Woland. Marcin Bikowski jako Master. Kreacja. Ucieleśnienie okrutnego zła, piekielnej inteligencji, przenikliwej mądrości. Co to była za przyjemność oglądania Pana Marcina w scenach przemiany głowy Berlioza w kielich, rozmowy z Mateuszem Lewitą. Świetnie Bikowski operuje głosem, mimiką. Sięgając jeszcze do pierwszego aktu - bardzo dobrze poradził sobie w podwójnej roli Wolanda i Berlioza, którego tworzy z pomocą pacynki. Niesamowite dla mnie było to, że wystarczyło dać Wolandowi więcej przestrzeni scenicznej, a on urósł. Rozwinął czarne skrzydła Upadłego Anioła. Woland Bikowskiego jest beznamiętny, jakby oddzielony od reszty bohaterów niewidzialną szybą. Nietykalny. Bardzo dobrze w drugiej odsłonie spektaklu osadzono postać Behemota. Kocur, grany przez Daniela Guzdka, stanowi łącznik między farsową poetyką pierwszego aktu i o wiele bardziej poważnym aktem drugim. Zawarty w nim monolog Behemota dodaje mu lekkości, dynamiki. A pokaz umierającego kota-partyzanta, ginącego od kul i przemawiającego głosem własnej łąkotki - jazda bez trzymanki.
Teraz zupełnie inaczej ogląda się projekcje wideo. Aleksander Janas i kolektyw kilku.com moim zdaniem są największymi beneficjentami przeprowadzki. Duży ekran pozwala należycie pokazać scenę pijącego krew zmieniającą się w wino Wolanda. Wydobyć z jego twarzy całą „diabelskość” tej postaci. Zyskała też na jakości finałowa scena. Moja ulubiona do wczoraj. Czyli moment tuż przed opuszczeniem Moskwy. Nadciąga burza. A oni dobijają ostatniego targu. Ustalają wieczną przyszłość Mistrza i Małgorzaty. W tle wspaniałe, zanurzające się w mroku miasto.
Napisałem, że do wczoraj była moją ulubioną. Wszystko przez Annę Szymańczyk! Różne widziałem próby zaprezentowania przemiany Małgorzaty w Wiedźmę. Był lot na sznurku pod sufitem, tajemnicze efekty specjalne i tym podobne. Tutaj jest Aktorka. Scena. Wyobraźnia Widzów. I nic więcej nie jest potrzebne. Małgorzata na skrzydłach Czarnej Magii wpada do mieszkania krytyka Łatuńskiego. Dokonuje dzieła zniszczenia. Rozmawia z obudzonym chłopcem. Balansuje na skraju człowieczeństwa i demonizmu. Wreszcie to jest należycie pokazane. Zdemolowanie mieszkania versus delikatność wobec przestraszonego, samotnego dziecka. Pół człowiek, pół demon podąża dalej. Prosto na Bal Wolanda. Tam przemiana ostatecznie się dokona. Nie postrzegałem tej sceny jako nadmiernie ważnej w powieści. Teraz wiem, że się myliłem.
Nie spodziewałem się. Spektakl ma przecież dwanaście lat. Myślałem, że to po prostu przeprowadzka. Rozstawienie scenograficznych elementów, niczym starych mebli, w nowej przestrzeni. Wyjście i między nimi, wraz z nimi, trzygodzinna podróż przez Moskwę Bułhakowa. Nic bardziej mylnego. „Mistrz i Małgorzata” Magdaleny Miklasz okazał się być jak wielki materac ściśnięty w za małej ramie łóżka. Dopiero ułożony we właściwej przestrzeni pokazuje pełnię swoich możliwości. Tak. To jest jak oglądanie premiery.
TWÓRCY
reżyseria
Magdalena Miklasz
tłumaczenie
Irena Lewandowska, Witold Dąbrowski
dramaturgia
Marcin Bartnikowski
scenografia i kostiumy
Ewa Woźniak
lalki
Marcin Bikowski
muzyka
Anna Stela
projekcje i video
Aleksander Janas / kolektyw kilku.com
konsultacja choreograficzna
Paweł Sakowicz
producentka
Maria Żynel
OBSADA
Agnieszka Makowska / Daniel Guzdek Behemot, Riuchin, Łastoczkin
Kornelia Trawkowska / Katarzyna Zawadzka / Anna Szymańczyk Małgorzata, Urzędniczka
Anna Stela / Lidia Pronobis Hella, Annuszka, Dziewoja
Marcin Bartnikowski Bezdomny, Mateusz Lewita
Marcin Bikowski Woland, Jeszua Ha-Nocri
Łukasz Lewandowski / Jan Jurkowski / Krzysztof Szczepaniak / Anna Karolina Gorajska Asasello, Piłat, Rimski
Łukasz Wójcik Korowiow, Warionucha

Komentarze
Prześlij komentarz