Straszni ludzie

Oglądając dotychczasowe premiery Teatru Dramatycznego kadencji dyrektora Wojciecha Farugi miałem wrażenie, że ich spójność staje się zarazem pułapką. Spójne - pokazujące społeczne problemy drugiej połowy ubiegłego stulecia. W takiej przestrzeni czasowej osadzone są „Anioły w Warszawie” - przełom lat 80/90, „Zaklinanie węży” - pracownicy seksualni końca lat dziewięćdziesiątych, „Era Wodnika” - kompilacja lat siedemdziesiątych i w najlepszym razie końca ubiegłego stulecia. Nawet niedawny „Jubileusz” to też jakieś zawieszenie w poetyce lat siedemdziesiątych nieudolnie, moim zdaniem,  skorelowanej z naszą współczesnością. Spójność druga - one wszystkie patrzą na problem w skali makro. Odwołują się do spektrum postaci, ich  poczynań i historii. Mało w nich skupienia się na indywidualnym przypadku jednostki. A to, moim zdaniem, stanowi o sukcesie takich przedstawień jak dajmy na to „Wczoraj byłaś zła na zielono”, czy „Kruka z Tower”. Patrzymy na problem przez pryzmat konkretnych osób. Poznajemy zagadnienie pokazane na jednostkowym przykładzie - osoby, rodziny. Moim zdaniem o wiele lepiej się takie spektakle ogląda. Nie są rozmyte w wielowątkowości a przez to o wiele trudniejsze w percepcji. 


Długi wstęp, ale zrobiony celowo. Bo najnowsza premiera w teatrze kierowanym przez Farugę jest właśnie skupiona na jednostce. Losie jednej, podstawowej,  komórki społecznej, jak naukowcy zwali niegdyś rodzinę. I to już zupełnie zmienia sposób postrzegania fabuły. Jest czytelna. Mimo wielu bardzo interesujących artystycznych zabiegów, które gmatwają tę historię i słusznie bo czynią ją przerażająco dosadną. Reżyseruje Jagoda Szelc. Ona także, wspólnie z Tomaszem Śpiewakiem, jest autorką tekstu „Muszenia”. 


Konstrukcją fabuły widowisko przypomniało mi „Opowieść Wigilijną” Dickensa. Scrooge w ten wyjątkowy wieczór, a w zasadzie noc, odbywa podróże w czasie obserwując decyzje i ich konsekwencje. Tutaj rzecz też dzieje się w wigilijny wieczór. Agata (Anna Szymańczyk) i Maciej (Waldemar Barwiński) szykują się do wieczerzy. Przed przyjściem gości, podzieliwszy się rolami, zaczynają porządkować swoje zagracone mieszkanie. Sęk w tym, że Agata od początku znacznie odstaje tempem od swojego partnera. Chwyta się przeróżnych wymówek, wreszcie znajduje zapomnianą taśmę video. Rejestrację zdarzenia z dzieciństwa. 


Wokół niego krążyć będą duchy Agaty a w zasadzie cienie przeszłości. Na taśmie jej brat, Arek (Maksymilian Piotrowski) nagrał pewien epizod. Agata jest bardzo mała. Razem z ojcem zanurza się w ogrodowym baseniku. A potem kamera prowadzi Ojca. Kazik (Robert T. Majewski) przechodzi kilka kroków, siada przy stole. Wypija szklankę wódki. Irena (Anna Gajewska), żona i matka, sybko nalewa mu kolejną porcję. Znów wypija. Z dumą obwieszcza przed obiektywem, że wypił dwie setki w czterdzieści pięć sekund, a w ciągu ostatnich trzech kwadransów wlał w siebie litr. 


Kiedy się czyta te słowa wydawać by się mogło, że sytuacja jest jednoznaczna: Oto dwoje pijanych dorosłych na werandzie domku letniskowego upija się na oczach własnych dzieci. Istotnie. Jednak to jest o wiele bardziej dopracowany, skomplikowany obraz. Szelc i Śpiewak w swojej historii nie idą na skróty. Tu nie ma jednej prostej katastrofy. Jakiejś sceny przemocy, pijackiej agresji, która stanowić miałaby symbol traumy dziecka alkoholików. Nic z tych rzeczy. Gdyby nam nie powiedziano wprost, uznalibyśmy że rubaszny ojciec, składnie operujący językiem polskim plus kochająca go żona grającą w jego grę i bawiąca się w niej nieźle, po prostu tworzą mikro komedię dla uciechy dwojga równie zadowolonych z życia dzieci. Ale pętla filmu będzie powracać. Jak kamień w bucie uwierać Agatę. Przez pryzmat tego wspomnienia zobaczy inne, o wiele bardziej dramatyczne sytuacje ze swojego dzieciństwa i młodości. Wyparte, zapomniane. Ale wciąż żyjące na skraju pamięci. 


Walorem „Muszenia” moim zdaniem jest właśnie brak odwoływania się do schematów i uproszczeń. Świat Agaty nie ulega stopniowej degradacji. Epizody nie są uporządkowane według klucza od najlżejszego do najcięższego. One po prostu są. Różne. A to, co w nich najbardziej wstrząsające to konstatacja, że w zasadzie tutaj nie ma przemocy w powszechnie przyjętym rozumieniu. Pijany ojciec nie rozbija mebli, nie tłucze wazonów i nie bije żony ani dzieci. Jest jak potężny, władczy, choć nie budzący lęku demon. On i alkohol. Jedność w nałogu. 


Agatę będziemy obserwować w odstępach sześcioletnich. Kiedy ma lat dziesięć łamie kość śródstopia. Ojciec jest jednak tak pijany, że nie może zawieźć jej do szpitala. Zwlekają wraz matką, a jej ból tłumią aspiryną i teatrzykiem, w którym Kazik udaje na wiele sposobów małpę. Zabawna scenka uśmierza ból dziewczynki. Utwardza ją, znieczula. Interesująco rozegrano scenę kiedy Agata wreszcie trafia do szpitala. Lekarz (także Waldemar Barwiński) bada małą pacjentkę a za drzwiami gabinetu jej rodzice pogrążają się w małpich okrzykach. Kiedy medyk idzie ich uspokoić i przekracza linię drzwi ,sam także przyjmuje małpią postawę i poetykę. Świat Agaty, realny w którym komunikuje się z otoczeniem za pomocą ludzkiej mowy, został skontrastowany ze światem dorosłych - krzyczących, skaczących i hałasujących w małpich podrygach. Symbol niezrozumienia? Dorosłej postawy skazującej dziecko na przedmiotowość? Interesujące, ale mam wrażenie że przerysowane. Umykające konwencji tego spektaklu. Bo nadal trwa w nim swoista sielanka. 


Agata w następnej scenie ma lat szesnaście i pierwszy raz odwiedza ją w domu kolega. Rodzina czeka w napięciu. Irena instruuje córkę jak należy się ubrać, poruszać i jak obcować z mężczyznami. Kazik wymachuje… strzelbą. Przerażająca jest reakcja rodziny na broń w rękach pijanego człowieka. Wydaje się że wybryki ojca spowszedniały. Wiedzą, starają się wierzyć, że nie ma w nim zagrożenia. Lufa strzelby po kolei kieruje się w stronę każdego z domowników. Wykonują od niechcenia ojcowskie dziwaczne polecenia. Wyraźnie działają w imię idei zachowania świętego spokoju. Scenę przerywa dzwonek do drzwi. Kolega okazuje się fascynatem broni, odnajduje w konwencji dziwacznej rodziny oryginałów. A Agata patrzy na swój świat oczami znużonej nastolatki. Nadal tu nie ma nic co byłoby istotnym odwołaniem do powszechnie uważanej za siostrę alkoholu przemocy. Paradoksalnie na widowni tu i ówdzie słychać śmiechy. Kwestie Kazika są rzeczywiście pozornie zabawne. Bo, trzeba przyznać, że trzeźwym osoba pijana może wydawać się śmieszna.  Na dodatek Robert T. Majewski zagrał Kazika rewelacyjnie. Nie ma tanich chwytów typu plątanina języka i słów, wymachiwania rękami czy zataczanie się po scenie. Obserwujemy jego postać i mamy wrażenie, że w zasadzie nic się nie dzieje. Może jest to człowiek nieco pretensjonalnie się wypowiadający. Ale pełen uroku, niekwestionowanej charyzmy. Nawet przełom Agaty, jaki w tej sekwencji następuje - czyli udawana rozmowa telefoniczna z ekspertem na temat alkoholizmu ojca jest utrzymana w konwencji żartu. Trzeba dobrze się w ten spektakl wpatrywać, ani niczego nie przegapić. Ten zabieg świetnie Twórcom się udał: Jest odpowiednikiem realiów rodzin współuzależnionych, w których rzeczywisty problem jest często skrzętnie ukrywany. 


W przerwach między historiami wracamy do Agaty dorosłej. Coraz bardziej ociąga się w przygotowaniach do Wigilii. Zaczynamy stopniowo mieć pewne podejrzenia. A ona ze sceny na scenę dostarcza kolejnych argumentów. Płyniemy z tym spektaklem jak idący pod pełnymi żaglami statek. Zmierzając do nieuchronnej katastrofy głównej bohaterki „Muszenia”. Świetnego finału. Wigilia okazuje się kompletnym fiaskiem. Zarazem demaskacją Agaty. Opada zasłona umiejętnie utkana w fabule widowiska. Agata stoi przed nami przerażająco prawdziwa. Tragiczna. Niedokończona, jak odtwarzana przez nią równolegle ze wspomnieniami bajka z dzieciństwa. Pozbawiona zarazem empatii, skupiona i zamknięta w swoim świecie. 


To kolejny bardzo ważny dla zrozumienia spektaklu element. Obok taśmy video z filmem Agata odnajduje także kasetę ze słuchowiskiem „Dziwne przygody Pana Zająca”. Słuchamy krótkich jego fragmentów. Bajka jest tutaj ucieczką bohaterki w świat dziecięcej iluzji? Symbolem nieprzerobionych traum okresu dziecięcego? A może ta podróż Agaty przez trudne zdarzenia dzieciństwa i młodości to także baśń o dziewczynce szukającej zatraconej tożsamości? Spleciona z przygodami Zająca który wykonuje szereg zadań aby w nagrodę odzyskać swoje odbicie w lustrze. 


Dostajemy spektakl bardzo interesujący. Niełatwy. Zagmatwany i zapętlony wokół zdarzeń współczesnych bohaterom, powtarzającej się historii z dalekiej przeszłości która jak projektor uruchamia odtwarzanie taśm z zapisami innych, ważnych dla bohaterki przeszłych wydarzeń. Na to wszystko nakłada się powracająca, zagadkowa bajka o Zającu”. I rodzina. Przerażająca w swoim trwaniu, rozpaczliwym położeniu i zarazem zgodzie na ten los. Rodzina do której Agata mimo wszystko wraca w okresach trudnych. Nie mając poza nią żadnego wyboru, żadnego bezpiecznego miejsca w życiu. 


Powtarzalna sekwencja scen z dziecięcego filmu, umykające stereotypowi podejście do uzależnienia alkoholowego. Spójne, ciekawie nakreślone postaci. To walory „Muszenia”. A jednak moim zdaniem prawdziwa bomba, czyniąca z widowiska w Dramatycznym spektakl, który trzeba zobaczyć dla pełnego obrazu ważnych wydarzeń w trwającym sezonie teatralnym - to scenografia.  Michał Dobrucki zmierzył się z bardzo trudnym zadaniem. Przecież „Muszenie” zostało wystawione na Małej Scenie. A ta w Teatrze Dramatycznym jest naprawdę mała. Dobrucki zbudował świat fantastycznie realny. Funkcjonalny i świetnie korelujący z dramaturgią, sposobem opowiedzenia historii. Na scenie ulokował dwa okrągłe, obrotowe podesty. Na nich osadził elementy zabudowy - mieszkanie Agaty i Macieja, domek letniskowy z dzieciństwa, mieszkanie Ireny i Kazika, balkon i pokoje dziecięce. Wraz ze zmianami scen, obracające się podesty przenoszą widzów w kolejne meandry rzeczywistości głównej bohaterki. Podziwiam projekt za wielość możliwości. Bez kłopotu, czytelnie, przenosimy się do różnych miejsc gdzie osadzona jest akcja . Dodatkowo zazdroszczę Michałowi Dobruckiemu kapitalnej wprost wyobraźni przestrzennej. Gdyby nawet „Muszenie” było przedstawieniem marnym, a moim zdaniem nie jest - warto byłoby je zobaczyć dla samej scenografii. 


Ten spektakl zostaje w głowie. Wiem, że wróci do mnie za dzień. Kilka dni. Tydzień. Będzie wracać. Jest naładowany emocjami jak wielki kondensator. Zaskoczył mnie. Zmęczył do tego stopnia że jako jeden z niewielu widzów nie byłem w stanie podnieść się do zasłużonej owacji na stojąco. Utonąłem w myślach. Miałem ochotę jak najszybciej opuścić hałaśliwą widownię i w ciszy zacząć układać go sobie w głowie. Rzadko tego typu widowiska mam przyjemność obserwować. W Teatrze Dramatycznym w tym sezonie - zdarzyło mi się to pierwszy raz. 


TWÓRCY

reżyseria

Jagoda Szelc

tekst i dramaturgia

Tomasz Śpiewak, Jagoda Szelc

scenografia i video

Michał Dobrucki

kostiumy

Maja Wolak

sound design

Justyna Stasiowska

reżyseria światła, operator obrazu video

Przemysław Brynkiewicz

ruch sceniczny

Katarzyna Sikora

kierowniczka produkcji

Adrianna Gołębiewska

producentka

Kinga Kostoń-Hayatullah

asystentka reżyserki

Magdalena Gwóźdź

charakteryzacja

Marta Krasowska, Aleksandra Rubersz

inspicjent

Radosław Duda


OBSADA

Waldemar Barwiński 

Anna Gajewska

Robert T. Majewski

Maksymilian Piotrowski

Anna Szymańczyk





 


 

Komentarze

Popularne posty