Rajska Piaskownica
Teatr Żydowski, mam na myśli scenę przy Senatorskiej, słynie z ekwilibrystyki. Musi. W tej mikroskopijnej sali wystawienie czegokolwiek wymaga kreatywności, wyobraźni i mnóstwa kompromisów. Tym razem wszystko połączyło się w spektakl kameralny i pięknie przygotowany. Mam na myśli „Szir Ha-Szirim. Pieśń nad Pieśniami”, czyli biblijny poemat miłosny w wersji teatralnej. Zaskakujący ponadczasowym ładunkiem emocjonalnym, realistycznymi obrazami które wywołuje w wyobraźni i przede wszystkim pięknym, delikatnym przekazem.
Za całością widowiska w Teatrze Żydowskim stoi Jakub Lewandowski. Reżyser, scenograf i choreograf „Pieśni nad Pieśniami”. Wymyślił to niebywale. Jedyne, minimalne zastrzeżenie to początek. Miałem wrażenie, że scena z Oblubienicą solo jest o kilka minut, może trzy - zbyt długa. Ale potem, kiedy dołącza Oblubieniec, to wrażenie natychmiast zostaje zatarte. Sam sposób wprowadzenia aktora na scenę jest świetnie wymyślony i, może tylko dla mnie, ale zaskakujący. Nie powiem więcej, aby nie psuć efektu tego zabiegu artystycznego. Mogę jedynie szepnąć na temat scenografii, że na Senatorskiej pojawiły się… jabłonie!
A w zasadzie ich kwiaty. Scena ulokowana jest tym razem na środku sali teatralnej. Z dwóch stron została zamknięta ścianami - jedna z nich jest ekranem projekcyjnym. Dwie kolejne otwierają się na widownię, która pozwala oglądać spektakl z dwóch perspektyw. Widzowie od początku obserwują scenę wypełnioną kwiatami jabłoni. Przypomina rajską piaskownicę, w której piach zastępują białe płatki kwiatów. To oczywiście atrapy ale na tyle dobrze zrobione, że dla upewnienia się złapałem jeden i sprawdziłem. W kwiatach wszystko tu się dzieje, one wplątują się we włosy Oblubienicy czyniąc z niej postać iście rajską. Bo przecież „Pieśń nad Pieśniami” z rajskim stanem się kojarzy. Czysta, nieskrępowana miłość dwojga dusz. Splecionych w węzeł uczucia i to uczucie za pomocą kunsztownie dobranych słów wyrażająca.
Wspaniały poemat miłosny z biblijnej Księgi Salomona, stanowiący dialog dwojga zakochanych. Oblubienica - dziewczyna pilnująca winnicy i Oblubieniec - pasterz pędzący opodal swoje stado. Zaczyna to miłość od pierwszego wejrzenia. Pięknie kiełkuje, rośnie i rozkwita w dojrzałe, wysmakowane uczucie. W naszych czasach warte to posłuchania i zastanowienia. Czy doprawdy nie umiemy już tak mówić o miłości? Czy nasze liryki miłosne - jeśli w ogóle nimi są - muszą kojarzyć się z tekstami reklam, jakby wychodziły spod piór tych samych autorów? Z przyjemnością słuchałem tego poematu na cześć miłości. Przypominając sobie swój pierwszy, sprzed lat, z nim kontakt. Wtedy takiego wrażenia nie robił. Nie kontrastował aż tak z chropawym, odsączonym z emocji językiem czasów współczesnych. Dzisiaj już kontrastuje. Momentami zachwyca, momentami zadziwia, że tak pięknie można o uczuciach mówić.
Na kwietnej scenie Adrianna Kieś i Daniel Czacza Antoniewicz. Z wyczuciem, sprawnie przekazują sobie głos. Znakomicie budują nastrój tej zaczarowanej opowieści trwającej dni, noce. Rozwijającej się w takt zmieniających pór roku. Bo „Pieśń nad Pieśniami” ma w sobie bardzo subtelnie zaszyty także upływ czasu. Nie dzieje się tu i teraz, w jednej chwili. Uczucie Oblubienicy ewoluuje. Zmienia się optyka Oblubieńca. Pojawiają miłosne niepokoje. Wzloty, wahania nastrojów. Ale wciąż trwa wielka miłość dwojga wrażliwych dusz. Urzeka delikatnością zamkniętą w szkatułce kompaktowej sceny. Dopracowane układy choreograficzne przenoszą nas na pełne kwiatów łąki po to aby za chwilę zabrać za miejskie mury i postawić wobec nocnych strażników, którzy jak się okazuje nie są zbyt wyrozumiali dla rozkochanej młodzieży. A dalej znów wymykamy się poza obwarowania. Patrzymy na opadające girlandy białych kwiatów. Chłoniemy, chłoniemy i chłoniemy tą zapisaną w wersach Księgi historię.
Miniaturka. Ledwie pięćdziesiąt minut. Ale wiosennie ożywcza, niecodzienna swoją emocjonalną wymową. Na dodatek w drugiej części wspaniale zaśpiewana. Łączy się tu język polski z jidysz. Łączą ręce zakochanych i stykają ze sobą ich ciała. Aż do nagłego zakończenia. Zapada ciemność. Kres, tym razem, wydobywa w umysłach nostalgiczne pytanie - Już? Tak. Szkoda że już. Ale każdy utwór ma swój koniec i szacunek dla Słowa nakazuje taki moment uszanować. A jak Oblubienica i Oblubieniec ten koniec zagrali? Jak Reżyser za jego pomocą subtelnie powrócił nas współczesności? Zobaczcie Państwo sami w Teatrze Żydowskim. „Szir Ha-Szirim. Pieśń nad Pieśniami”, moim zdaniem warta zobaczenia.
Reżyseria, choreografia, scenariusz, scenografia, kostiumy
JAKUB LEWANDOWSKI
Muzyka i opracowanie muzyczne
PATRYCJA HEFCZYŃSKA
Wideo, nagrania filmowe, wizualizacje
PAWEŁ SZYMKOWIAK
Video, reżyseria świateł
PAWEŁ MURLIK
Obsada
ADRIANNA KIEŚ
DANIEL CZACZA ANTONIEWICZ


Komentarze
Prześlij komentarz