Potop wrzasków
Jedyne, co w tym spektaklu mnie ujęło, to decyzja Michała Siegoczyńskiego, reżysera i autora scenariusza „Potopu” który z gdańskiego Teatru Wybrzeże przeniesiono do Teatru Telewizji TVP. Siegoczyński postąpił fair. Swój „Potop” określił jako widowisko na motywach dzieła Sienkiewicza. To ładnie z jego strony. Motywy to bezpieczne i honorowe wyjście.
Poza tym dostajemy coś, co zapewne Michał Sufin mógłby uznać za mało jeszcze oszlifowany spektakl Klubu Komediowego. Taki, który może i byłby śmieszny, godny sceny przy warszawskim placu Zbawiciela, gdyby ktoś szlifując dołożył mu kilka ton finezji. Ton. Bo to, co pokazano w Teatrze Telewizji, moim zdaniem, było przede wszystkim potwornie przaśne. Humor zaprezentowany w tym „Potopie” kojarzył mi się z mazurskimi nocami kabaretowymi czy maratonami tychże, które trwają tak długo aż ktoś się wreszcie serdecznie roześmieje. Czyli w nieskończoność. Nawet sposób filmowania przypominał „kabaretowe noce Dwójki”, tak się chyba te potworki nazywały.
Miało to być zabawne. Chyba. Jest hałaśliwe. A scena z Danielem Olbrychskim i Jerzym Hoffmanem proponującym aktorowi rolę Kmicica wywołuje jedynie zażenowanie. Anonsowano ją jako coś „wow”. Nie twierdzę że Hoffman albo Olbrychski są jakimś narodowym sacrum. Nie są. Ale niech te żarty mają jakiś poziom. Tu wsadzono dwóch panów do dużego Fiata i pokazano jak machają rękami. Co to miało do spektaklu wnieść? Nie wiem. Potem do tego samego Fiata wciśnięto Onufrego Zagłobę z Rochem Kowalskim. Równie to było beznadziejne. Dwóch facetów w kostiumach sarmatów w dużym Fiacie. Boki zrywać. Po prostu. Ta scena ma w spektaklu dalszy ciąg. Wracamy do Fiata, a tam kłęby dymu. Zagłoba podaje Kowalskiemu blanta, czyli marihuanę. I za moment wysiada z samochodu. Po co zatem ta marihuana była? Co miała wywołać? Jakiś dialog? Cokolwiek? Zamiast omszałej butelki okowity, jak to było u Sienkiewicza - lolek. I tyle. Mount Everest banału.
Ze zdziwieniem dowiedziałem się post factum, że widowisko miało być „ironicznym spojrzeniem na polskie tradycje i przywary”, a nawet „pytaniem czym jest współcześnie odwaga i patriotyzm”. I spojrzenie i pytanie były, moim zdaniem, na tyle głęboko ukryte, że w mętnej strukturze „Potopu” w wersji Teatru Telewizji ich nie dostrzegłem. Mam wrażenie, że więcej emocji i pytań o ow patriotyzm - w wydaniu lokalnym i narodowym - stawiał Mieczysław Fogg w „Piosence o mojej Warszawie”, autorstwa Alberta Harrisa. Ten ostatni na stworzenie balladą atmosfery wzruszenia i pewnego uniesienia patriotycznego potrzebował nieco ponad dwóch minut. Siegoczyński w wersji telewizyjnej miał na swój spektakl dwie godziny. Nic nie wskórał.
Dla mnie „Potop” Teatru Telewizji był doświadczeniem przeraźliwie płytkim, nudnym i na siłę udziwnionym. Przykładem tego ostatniego jest sama postać Kmicica. Pierwszy Zabijaka Rzeczpospolitej skacze po epokach i czasach z gracją kumaka. Zmienia kostiumy, sposób prowadzenia narracji. Ze sceny na scenę staje się coraz mniej wyrazisty. Rozmyty i nieczytelny. Pogubiony w meandrach epok, pretensjonalny. Najgorsza, moim zdaniem z całej przygody z tą postacią, jest scena gdy pojawia się na koniku w ułańskim mundurze. Rozmawia z Oleńką. O czym? Miałem wrażenie, że nikt tego za cholerę nie wie. Nawet sama Oleńka, która w pewnym momencie pyta Kmicica o ten ułański uniform. W odpowiedzi uzyskuje coś pytyjskiego, a on sam staje na baczność na proscenium i wali komunały. Dla mnie był to moment, gdy ten „Potop” definitywnie siadł na mieliźnie.
Dwie godziny wygłupów. Bez logiki, bez związku przyczynowo skutkowego. No i oczywiście najzabawniejsze w teatrze współczesnym - kurwa i ja pierdolę. To jakieś słowa-zaklęcia, mam wrażenie, w mniemaniu bańki teatralnej. Powiesz: „Kurwa” i widzowie na pewno się będą śmiać. Dodasz: „Ja pierdolę” i murowane oklaski. Przeklinać trzeba umieć. Jak się nie umie, nie ma klasy - wychodzi z tego podwórko przed dyskoteką Ponderosa, gdzieś w podlaskich puszczach i bagnach. Tak tu właśnie te wulgaryzmy brzmiały.
Aktorzy są na scenie. Tyle można napisać. Nie ich wina zresztą. Grają tak, jak im się dyryguje. A dyrygent wywija rękami jak wiatrakami. Niewiele z tego wynika. Miała być zabawna mieszanina współczesności z przeszłością? Miks języka XXI wieku z czymś na podobieństwo gwary szlacheckiej? Wyszedł głupawy misz-masz. Po scenie biegają jacyś ludzie. Coś krzyczą. Zbiegają w kulisy, klną i na ich miejsce wpadają kolejni. W pewnym momencie na komendę księcia Bogusława tańczą kankana powtarzając nazwisko Kmicica. Niby można. Tylko po raz kolejny zapytam: Po co? Nic z tej sceny nie wynika. Nic ona nie wnosi. Jest takim samym obcym ciałem jak większość skeczy w tym „Potopie”. Bo inaczej tego określić się nie da.
Gdyby nie fakt, że po całym pięknym dniu nie miałem nic lepszego do roboty, wyłączyłbym „Potop” po kwadransie. Zostawiłem i z narastającą zgroza patrzyłem na to, co się dzieje. Kręciła się obrotowa scena, na której ustawiono chatkę. Kamera pokazywała czasem co w chatce, czasem co na zewnątrz. Swobodnie powiązane konopnym sznurkiem kolejne sekwencje fabuły klekotały o chatkę i kręciły się w jakimś chocholim tańcu. Fabuły. Wielkie słowo.
Rozumiem, że Siegoczyński ma pełne prawo do zabawy tekstem literackim, który bierze jako motyw i wygrywam własne wariacje na temat. Wybiera sobie z niego jakieś elementy, lojalnie o tym widza uprzedza. I się bawi wątkami jak dziecko klockami. Ale mam wrażenie, że nawet dziecko które skończyło siedem lat jest w stanie z klocków zbudować mniej lub bardziej koślawy domek. Z klocków - scenek rodzajowych wywleczonych z sienkiewiczowskiej powieści pan reżyser zbudował moim zdaniem w najlepszym razie chwiejąca się kupkę niczego.
Na dodatek postanowił zabawić się nie tylko wulgaryzmami, miksowaniem języka i czasów. Bawi się także konwencjami. Spektakl jest wariacko dynamiczny. Żaden to jednak komplement, czy zaleta widowiska. Wariacko w tym wypadku oznacza chorobliwie i natrętnie. Przeskakujemy od komedii romantycznej, przez sceny para dramatyczne do teatru komiksowego. Składającego się z sugestywnych obrazów. Sceny się urywają, potem po kilkunastu minutach ich dalsze ciągi wracają. Wszystko tu jest. Jak na odpustowym straganie. Tak chyba bym określił te postaci, zachowania oraz sposób filmowania. Nie ma w tym ładu, składu a co najgorsze żadnej myśli przewodniej. Logiki. Nie ma grama teatralnego uroku. Dla zabawy Siegoczyński wrzuca do swojego „Potopu”, jak do garnka z „zupą nic”, postaci dodatkowe. W bonusie dostajemy Elizę Orzeszkową, Bolesława Prusa, Stanisława Reymonta, samego Henryka Sienkiewicza. Jest też szwedzki ambasador, wspomniani już Jerzy Hoffman i Daniel Olbrychski, są, Janosik i Królowa Bona. Pojawia się Czarna Madonna i szwedzcy piłkarze. Zabrakło - czym oszczędzono im przypału - psa Szarika, porucznika Borewicza i kapitana Klossa. Ale, jak często bywa, zawsze może być to materiał zaoszczędzony na część drugą widowiska. Czy to coś da? Po tym „Potopie” postaciowych wydmuszek - wątpię.
Podobno złe spektakle oglądać trzeba, aby ustanowić układ współrzędnych. Mieć dzięki nim odniesienie pozwalające docenić widowiska dobre. Za to mogę być Teatrowi Telewizji wdzięczny. Już wiem, co to zły „Potop”.
Potop
reż. Michał Siegoczyński
Scenariusz: Michał Siegoczyński
Scenografia: Justyna Elminowska
Kostiumy: Sylwester Krupiński
Muzyka: Kamil Pater
Ruch sceniczny: Maćko Prusak
Video: Natan Berkowicz
Reżyseria światła: Marcin Chlanda
Operatorzy kamery: Ola Niewidziała, Jakub Wadecki
Realizacja telewizyjna: Józef Kowalewski
Obsada:
Dorota Androsz (Król Gustaw/Siostra przełożona/Konopnicka)
Katarzyna Borkowska (Oleńka)
Monika Chomicka-Szymaniak (Ciotuchna)
Grzegorz Gzyl (Zagłoba/Hetman)
Maksymilian Hojka (Oficer Kmicica/Jeden z Butrymów/Szwed)
Michał Jaros (Wołodyjowski/Sienkiewicz)
Katarzyna Kaźmierczak (Królowa Bona/Jeden z Butrymów/Szwed)
Anna Kociarz (Butrym/Orzeszkowa)
Janek Napieralski (Książę Bogusław/Oficer Kmicica)
Robert Ninkiewicz (Król Kazimierz/Kordecki/Hoffman)
Jakub Nosiadek (Roch Kowalski/Oficer Kmicica)
Marek Puchowski (Soroka/Oficer Kmicica/Jeden z Butrymów/Bob Marley)
Piotr Wirkowski (Kmicic)
Agata Woźnicka (Anusia, Terapeutka/Czarna Madonna)


Komentarze
Prześlij komentarz