Ma wielu wielbicieli moralność Dulskiej Anieli...

Nieufność towarzyszy mi często. Obdarzam nią wszelkie „adaptacje” „dramaturgie na podstawie”, czy „nowe odczytania”. Jednak nie ma większej radości niż nagła konstatacja, że oto przed oczami dzieje się eksperyment nie tylko ciekawy, ale prowadzący do fantastycznych wniosków. Takie mam właśnie poczucie po obejrzeniu „Moralności pani Dulskiej” w reżyserii Agnieszki Glińskiej i Franciszka Przybylskiego. Przeczytali dzieło Zapolskiej uważnie. I… pokazali je w musicalowej oprawie. 


Tak. Dulscy i ich otoczenie śpiewają. Mnie to początkowo zaskoczyło. Aniela Dulska hopsająca po filisterskim salonie? Na dodatek ruszająca w tany z radczynią Juliasiewiczową?  To nawet gdy się pisze brzmi niepokojąco. A co dopiero kiedy się czyta. Po prostu - trzeba zobaczyć. Reżyserski duet wykonał świetną robotę. Ten spektakl jest precyzyjnie zaplanowany. Momentami aż do bólu. Ale - tak mam wrażenie - z Dulskimi trzeba się było obejść. Dostali od twórców sporo nowych możliwości. Partie wokalne stanowią w spektaklu Teatru Telewizji swoiste portrety psychologiczne, znacznie poszerzające powszechną wiedze o bohaterach dramatu Zapolskiej. 


Kinga Preis w roli Anieli Dulskiej początkowo razi. Postać w opisie autorskim nie jest zbudowana jedynie z krzyku i permanentnej agresji wobec otoczenia. Dulska jest podszyta, nadziana wręcz, strachem. Utrata status quo, obniżenie społecznego statusu. Brak środków do życia, upadek obyczajów i więzi rodzinnych. Jej agresja to mechanizm obronny ,mający u podstawy właśnie strach. W wersji Kingi Preis, moim przynajmniej zdaniem, Dulska jawi się jako zbyt uproszczona. Może to, tak wnioskuję po uważnym obejrzeniu spektaklu, zamysł celowy? Dulszczyzna w wykonaniu Anieli to agresja i krzyk. Przynajmniej do czasu. Bo od kulminacyjnego momentu, czyli gdy jak mawia się w Warszawie „sprawa się rypła”, Dulska zmienia się. Zaczyna być bardziej różnokolorowa. 


Mimo wszystko to nie pani Aniela stanowi tu spiritus movens. Jest symbolem, pajęczycą trzymającą mocno nici swojej sieci. Jednak gdy tę słabną, na planszy pojawia się inny gracz. Ale po kolei. Ruszamy zgodnie z rozkładem jazdy zaproponowanym przez Gabrielę Zapolską. Mieszczański straszny dom Dulskich budzi się do życia. Aniela wrzeszczy. Hesia się wesoło alienuje. Mela patrzy wzrokiem cielęcym. Hanka miota się z kąta w kąt. I wkracza, tak jak zawsze, Duch Destrukcji. Czyli domowy szwarc charakter w osobie Zbyszka. Grany przez Michała Balickiego syn Dulskich jest dokładnie taki, jak zawsze bywa przedstawiany. Jeszcze z głową w nocnych oparach kawiarni, roztańczony ale także zmanierowany, zmęczony i wysnobowany. 


Nie będę opisywać dalej po kolei tego, co przecież znamy doskonale z czasów licealnych. To nieważne. O wiele istotniejsze jest jak para reżyserów wymyśliła swoją wersję fabuły. Postaci dostały jak już napisałem więcej głosu. Śpiewają. Kinga Preis tym śpiewem buduje, mam wrażenie, postać Dulskiej jako chciwej hetery. Ciekawy to pomysł, jak zrealizowano jej song. Dulska, generowana komputerowo, powiela się. Mnoży. Jest wszędzie. Śpiewa partie solowe i chórki. Wciska w głowę. Tak. Tu już przekaz o powszechności dulszczyzny jest jak najbardziej czytelny. Dający do myślenia. Zatem tezą tego odczytania „Moralności…” jest zdanie o tym, że Dulscy są konsekwentnie rozbudowywanym, ponadczasowym, także nam współczesnym, symbolem-synonimem polskiego społeczeństwa? Jego ukrytych dążeń, mentalności i aspiracji? Byleby w domu spokój, pieniądze spały na koncie, ludzie nie gadali. Bije z tej wizji polska aspołeczność. Umiejętność jednoczenia się wyłącznie w czas sromoty. Zaciekawiło mnie to. Udowodnią sensowność swojej tezy? Jakie mają argumenty?


A na scenie niby wszystko nadal według oryginalnego wzoru. Rozwija się zatem ta „Moralność” dostojnie. Zbyszko bałamuci na prawo i lewo, drży napięcie w jego relacji z Juliasiewiczową. Od pierwszego momentu poczułem, że tu jest coś innego. Ciotka była zupełnie inna, niż w reszcie oglądanych przeze mnie inscenizacji „Moralności” Maria Kania zaproponowała tę postać jako przebiegle inteligentną, wyrachowaną, wręcz drapieżną piękność. To nie Zbyszko ją. To ona jego wiodła za nos w scenach dialogowych. Wnikliwa obserwatorka przejęła moje myśli. To ta postać, moim zdaniem, jest w wersji Glińskiej i Przybylskiego najważniejsza. Ufarbowana na rudo, wyzywająco ubrana, nowoczesna w słowach i gestach. To nie kołtunka, bardziej kobieta wyzwolona. Żyjąca na swoich prawach i wykorzystująca okazje oraz własne doświadczenie. Piekielnie ważna postać dramatu, a zarazem piekielnie trudny przeciwnik.  


Wreszcie bańka pęka. Jak wiemy - Hanka okazuje się być brzemienną. Zbyszko wykonuje swoje pretensjonalne wolty. Młodopolskie? Młodzieńcze - można rzec z naszej perspektywy. Aniela szaleje, zaczynają się targi z Tadrachową, świetnie zagraną i jeszcze lepiej wyśpiewaną przez Annę Smołowik. Ten song o praniu życiowych brudów, czyli piosenka praczki Leokadii bardzo dobrze tu brzmi. 


Nagle ta klasyczna, mimo wokalnych wstawek, inscenizacja zaczyna żyć swoim życiem. Ciąża służącej Hanki okazuje się spoiwem, zagrożeniem na tyle realnym, że Dulscy stają ramię w ramię, aby dulszczyzny bronić. Hesia, grana przez Martynę Buczkowską, zmienia front. Dojrzewa w ułamku sekundy. Z podlotka oglądającego się za studentami przeskakuje w uniform wojownika o mieszczańskie pryncypia. Pięknie brzmi jej song - słów nie powstydziłby się mam wrażenie sam Wariat z Zakopanego. Jednak nadzieję na Hesię - wyzwoloną modernistkę niweczy jeszcze dobitniej brzmiące zdanie ,kształtujące Hesię mieszczankę: Mamcia naprawdę uważa, że Zbyszko się z tym czymś ożeni? Tu jest fundament. Istota tej postaci. Hesia może i marzy o lumpowaniu. Może łakomym okiem popatrywać na kawiarniane witryny i wdychać woń zakazanych cygar. Ale jest granica statusu. „To coś”, które ze społecznej niziny ma szansę dostać się do hesiowego światka, stanowi klin. Zagrożenie i odrażającą perspektywę, której zaakceptować niepodobna. Bronić się! Bronić za wszelką cenę domowego fundamentu wobec wroga. Wspólny wróg przecież jednoczy i idą w zapomnienie domowe niesnaski. Hesia bez wahania staje po stronie dulszczyzny. I świetnie to w telewizyjnej „Moralności” jest pokazane. Glińskiej i Przybylskiemu udało się bohaterów Zapolskiej rozbudować, udoskonalić. Jednocześnie zachowując ich pierwotny rys charakterologiczny, co bardzo cenne. Zniszczyć jest przecież bardzo łatwo. Rozbudować o wiele trudniej. 


Popatrzmy teraz na ewolucję i  przemianę Meli. Przemianę? Raczej, jak to w łagodnie naiwnej melowej osobowości zapisano, jej pokorne poddanie się woli większości. Chociaż w wykonaniu Weroniki Krystek Mela świetnie śpiewa swój song-credo pytając, czy w tym świecie jest miejsce dla Mel? Na moment wychodzi poza ciasnotę ścian mieszczańskiej kamienicy. Czego się boi? Co ją zajmuje? Przyznam, że wielokrotnie nad Melą się zastanawiałem. Miałem wrażenie, że Zapolska potraktowała ją po macoszemu uznając, że Mela to taki mebel. Bardziej rekwizyt niż postać. Wyposażyła ją w kilka irytująco naiwnych kwestii, przydzieliła rolę lontu ledwie, który przenosząc płomień złej nowiny prowadzi do beczki z prochem, jaką jest konsekwencja romansu Zbyszka z Hanką. A tu? Pięknie ta rola wyewoluowała. Mela stara się zbudować swoją wersję mieszczańskiego spokoju. Nauczę Hankę mówić po ludzku - deklaruje, dopuszczając możliwość kontrolowanego uchylenia drzwi swojego bezpiecznego świata dla przybysza ze społecznych nizin. W dialogu ze Zbyszkiem powoli nabiera cech matczynych. Staje się kalką Dulskiej. Władcza, dominująca. W obliczu zagrożenia starająca się wprowadzić swoją wersję ładu. Bardziej liberalną w założeniu niż ustanowiona przez matkę, ale jednak „dulską”. Innej Mela w swoim dziecięcym rozumie stworzyć nie potrafi. Nie wie tego, co jest świetnie zrozumiałe dla reszty postaci. Światem Dulskich nie rządzi idea - dobre emocje i utopijna wizja łagodności wszystkich wobec każdego. Świat Dulskich stoi mocno na mamonie. 


O niej kapitalnie rozprawia Juliasiewiczowa, która przejmuje znów dominującą rolę w spektaklu. Oto człowiek od brudnej roboty. Już do końca tej inscenizacji oczy zwrócone będą na nią i tylko na nią. Aż do finału. Jednak zanim nastąpi, Juliasiewiczowa energicznie zamiecie pod dywan cały domowy brud. Z lapidarną dokładnością wymiecie gruzy i ułoży budulec nowego-starego porządku. Przygotuje Anieli narzędzia niezbędne do odzyskania równowagi świata Dulskich. To ona wygrzebie w Zbyszku kołtuna, który „nawet na chwilę nie zasnął”. Zawiąże mu na szyi pętlę i jak na sznurze prowadzi przed oblicze matki.  Wciągając go wprost w krąg dulszczyzny. 


Zbyszko kapituluje. Ugina się przed wolą matki, niczym zaprowadzony do Canossy. Wyzbywa się idei kuszącej bo rozsadzającej od środka stęchły porządek jego dotychczasowego świata. Ale ta idea wymaga podjęcia ryzyka. Oddania się łasce niepewności. A ponad wszystko wzięcia swojego losu w ręce własne i odpowiedzialnego ponoszenia konsekwencji swoich czynów i decyzji. Na to Zbyszka nie stać. Nie umie pożegnać środowiska, które choć przezeń wyszydzone i dystansowane niesie wartość statecznego dostatku i spokoju. Złamany, poniżony, przegrany - wychodzi ze swoją słynną deklaracja „Jak ja się teraz będę lumpować” Nikogo, a już na pewno nie odzyskującej siły Anieli tym nie zastraszy. Czymże jest „lumpowanie” mieszczańskiego syna, wobec widma jego mezaliansu ze służącą i nieślubnego z nią dziecka. Oczywiście, takiego Zbyszka gra się w zasadzie zawsze. Tu, w telewizyjnej wersji Anno Domini 2026 nie jest znacząco inaczej od wielu inscenizacji. Ale mam wrażenie, że Twórcy potraktowali młodego Dulskiego znacząco gorzej, niż to się drzewiej zdarzało. Jest bezwolnym prowadzonym jak na smyczy przez Juliasiewiczową strzępem swoich nowoczesnych poglądów.


A w tle tej pasjonującej rozgrywki Dulskich Dulskimi o Dulszczyznę gra się dramat niższych stanem. Tadrachowa i Hanka, zamknięte w składziku, ustalają strategię. Jak rozmawiać z Dulskimi i co można wygrać w sytuacji pozornie bez wygranej. Silnie, zwierzęco wręcz brzmią ich głosy. Prymitywny język, owładnięte chciwością twarze. Anna Smołowik i kreująca Hankę Maja Wolska grają tu wprost fantastycznie. W sytuacji stereotypowo wywołującej litość i współczucie wobec wykorzystanej i porzuconej Hanki, one budują postaci odrażające prymitywnymi żądzami. Szarpane złem. Wszelkimi z nim powiązanymi emocjami. Jedna z najlepszych to moim zdaniem scen w tej wersji „Moralności”. Juliasiewiczowa wkracza w tę sytuację niczym niemiecki Blitzkrieg. Przerażająco szybko sprawa poniżenia Hanki zostaje opanowana i rozwiązana. Tysiąc koron zamyka jej usta na zawsze. Wychodzi, unosząc z domu Dulskich ostatnie smugi zagrożenia. Gdy składzik w którym targ zostaje dobity pustoszeje, dłoń ciotki gasi światło. Symboliczny koniec kłopotów. Zapada mrok, w którym dulszczyzna czuje się jak ryba w wodzie. 


Dom wraca na swoje ustalone tory. Dulscy wyszli z zawirowania. Nic się nie zmieniło, nic nie przeniknęło do ich szczelnie zamkniętego, bezpiecznego kokonu. Aniela Dulska pozostaje Dulską. Jej świat zostaje takim jakim był i jaki chroniła. Wszystko wraca do stanu początkowego. Będzie znowu można zacząć żyć po bożemu - obwieszcza z ulgą. Wyszła z opresji w zasadzie bez szwanku, poza sferą finansową. 


Finał. Świetny literacko, smutno aktualny song, śpiewany przez wszystkie postaci dramatu odziane w pomarańczowe, nieprzemakalne płaszcze. Tu czas na dygresję i ukłony wobec kostiumolog Katarzyny Lewińskiej. Świetnie odziała postaci Zapolskiej. Jednak te finałowe płaszcze, chroniące ciała i dusze przed kroplami deszczu i zaciekami moralnego brudu - fantastyczne. A do tego wprost kapitalny kostium granego przez Olafa Lubaszenkę Felicjana Dulskiego. Jego garnitur-tużurek zamieniający się w odbicie pejzaży z pokrywających ściany tapet. Felicjan jest tłem. Staje się nim. Unosi się nad podłogą pozbawiony wagi, sprawczości. Sprowadzony do kosztu dwudziestu koron tygodniowo, które wraz z cygarem wydaje mu żona aby mógł wyjść i ruszyć w codzienną drogę do kawiarni. Zagubiony, nieważny, fantastyczny w tej roli Lubaszenko. Przejmujący jest moment, gdy nie mogąc wydostać z niego słowa Hesia dla sprawdzenia czy Felicjan w ogóle jest z krwi i kości szturcha go palcem a ten odchyla się niczym nadmuchiwana gumowa figurka. 


Ad rem! Finał. Czyli oczywiście song. Z przemyślaną, niby nihil novi ale bardzo dobrze dobraną choreografią Weroniki Pelczynskiej. Migają pomarańczowe płaszcze, kryjące pod swoimi skorupami postaci twarde jak pancerze krabów. „Ma

wielu wielbicieli moralność Dulskiej Anieli” zaczyna Kinga Preis. Wtórują jej kolejne postaci. Nie ufaj nikomu, pierz brudy we własnym domu. Nie wyróżniaj się w tłumie nie staraj się porozumieć. Nie  pomagaj sąsiadce oceniaj po okładce. Nie miewaj wątpliwości jak diabła bój się inności. Jak nie rozumiesz mów głupie,

jak nie czytałeś mów słabe… 


Istotnie: Ma wielu wielbicieli moralność Dulskiej Anieli. Przetrwała. Jest w nas. W domach, mediach. Zatruwa życie publiczne, towarzyskie. Piętrzy sę i puchnie wraz z kolejnymi latami względnej poprawy sytuacji ekonomicznej kraju.  Dulska jest demonem, symbolem świata mieszczańskiego. Podłego. Wszystkiego co w Polakach siedzi. Wścibstwo, zawiść, ocenianie po okładce, powierzchowność. Czyli - tu odwołam się do tezy, jaką uchwyciłem na początku tego spektaklu: Dulscy są ponadczasowym, konsekwentnie rozbudowanym, także nam współczesnym  symbolem-synonimem polskiego społeczeństwa. Jego ukrytych dążeń, mentalności i aspiracji.  Co było do udowodnienia… zostało w songach zapisane i ja ten dowód kupuję. 


Z Teatru Telewizji płynie świetny, moim moim, zdaniem głos o moralności wypowiedziany przy użyciu „Moralności pani Dulskiej”. Na dodatek wspaniale, miękko, poprowadzona kamera. Jej ruch zawsze dokładnie zaplanowany. Znakomity jest kadr okna symbolizujący upływ czasu. Jedna ze scen kończy się wyostrzeniem na okiennej szybie. Kolejna zaczyna niby w tym samym miejscu i czasie. Gdy jednak uważnie się przyglądamy, widzimy że szyba jest ta sama ale nie taka sama. Światło wydobywa pokrywający ją od zewnątrz szron, którego przed momentem nie było. Obie sceny w historii Dulskich dzieli co najmniej kilka miesięcy. Ten spektakl jest tak sfilmowany, że można go oglądać i oglądać. Tylko oglądać. Niedługo tak zrobię. Znając już jego dramaturgię skupię się wyłącznie na pięknych obrazach, które wyczarowuje kamera prowadzona przez Macieja Edelmana. Na zakończenie - kłaniam się Mu z wielkim szacunkiem. 


P.S. Piosenki w tej "Moralności" są kapitalne. Będzie LP do słuchania???



Autorka:

Gabriela Zapolska

Reżyseria:

Agnieszka Glińska 

Franciszek Przybylski

Scenografia:

Jagna Janicka

Katarzyna Polak

Kostiumy:

Katarzyna Lewińska

Muzyka:

Mariusz Obijalski

Teksty piosenek:

Agnieszka Glińska 

Franciszek Przybylski 

Choreografia:

Weronika Pelczyńska

Zdjęcia:

Maciej Edelman 

Montaż:

Beata Barciś


Obsada:

Kinga Preis (Pani Dulska)

Olaf Lubaszenko (Pan Dulski)

Michał Balicki (Zbyszko)

Martyna Buczkowska (Hesia)

Weronika Krystek (Mela)

Maja Wolska (Hanka)

Maria Kania (Juliasiewiczowa)

Małgorzata Biela (Lokatorka)

Anna Smołowik (Tadrachowa)





Komentarze

Popularne posty