Kosmiczny Hamlet!

Zazdroszczę Kamilowi Białaszkowi. Taka to dobra, pełna radości i podziwu zazdrość. Chciałbym mieć jego swobodę, wolność myślenia i kojarzenia. Zdolność takiego czytania, przenoszenia tekstu literackiego do realnego świata. Stworzył w Teatrze Powszechnym „Hamleta” wspaniałego. Zbudowanego dla ludzi z wyobraźnią. Umiejących wyciągnąć wnioski z czytanego dzieła. Mających swoje zdanie i szanujących zdania odmienne. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego ponad trzygodzinnego widowiska. 


„Hamlet” w reżyserii Kamila Białaszka, wystawiony na scenie Teatru Powszechnego w Warszawie. Od czego tu zacząć. Dobrze! Popatrzmy na widowisko w porządku chronologicznym. Mniej więcej oczywiście, bo tu i ówdzie emocje mogą wziąć górę i wymknąć się spod kontroli. Tak jak trudno było je utrzymać po obu stronach „czwartej ściany”: Miałem wrażenie, że Aktorzy Powszechnego wreszcie poczuli się w swoim żywiole. Zagrali tak, że trudno mi będzie kogokolwiek wymienić, szczególnie uhonorować. To jest sukces gry zespołowej. Świetnie się ich oglądało z perspektywy widowni. Po „naszej” stronie tej ściany była fascynacja. Kilka razy zerwały się oklaski. Był śmiech i okrzyki zdumienia. Nie wiedzieliśmy, że Szekspira można tak przeczytać. I to nie czyniąc Mu najmniejszej krzywdy. Zdejmując jedynie patynę jaką na Jego dziele pozostawiły wieki dzielące nas od chwili, gdy Mistrz William postawił ostatnią kropkę i resztę uczynił milczeniem. 


Jednak prolog przedstawienia w Powszechnym wzbudził moje podejrzenia. Na scenę wybiega dwanaście małp w białych kombinezonach. Zajmują miejsca przy stole. Trzynasty małpolud okazuje się szefem tego działu w tajemniczej korporacji. Ostatnia Wieczerza nad dziełem Szekspira? - myślałem zaniepokojony, czy w białaszkowej pajdokracji znajdę miejsce dla siebie. Było nie było raczej już zgreda. Ten prolog okazał się zabiegiem ryzykownym, lecz bardzo potrzebnym. Osadza spektakl w realiach naszej egzystencji. Społeczeństwa uwikłanego w pogoń za króliczkiem, której istotą nie jest to aby złapać ale sam akt gonienia. Spektaklową korporację małp napędzają wpłaty sponsorów tylko dlatego, że pisze ona dzieła. Jednak gdyby jakimś cudem je napisała, straciłaby sens istnienia a co za tym idzie budżety. Małpoludy za ekranami laptopów w zbiorowym trudzie mają tworzyć tak, aby jakimś przypadkiem broń Boże nie stworzyć. Nie zakończyć. To istota funkcjonowania społeczeństwa korporacyjnego: Żyć tak, aby zaspokojenie potrzeby wiązało się z wytworzeniem potrzeby następnej. Gonienie jej i ewentualne dogonienie to znów generowanie nowego pragnienia. Niekończący się, niezaspokajany wyścig. Dokąd? Kamil Białaszek podnosi kurtynę swojego spektaklu w chwili, gdy jeden z małpoludów tryumfalnie obwieszcza fakt ukończenia „Hamleta”. I zaczyna się szalone widowisko. 


Szalone? Tak! Bo genialny młodzian dyskutuje z Szekspirem i jego tekstem jak równy z równym. Co jest potrzebne do dyskusji? Argumenty, ma się rozumieć. Białaszek je ma. Stawia moim zdaniem mocną tezę: Tekst sprzed pięciuset lat dzisiaj jest anachroniczny. Ale to nie znaczy że „Hamleta” trzeba zamknąć w kartonie i odesłać na strych. Przeciwnie. To jest baza do rozmyślań o współczesnych dylematach człowieka szarego. Moment zatrzymania i refleksji na temat miejsca każdego z nas w wielkiej układance cywilizacji. Wrażenia i przemyślenia? Można mieć imponujące. 


Gdy kurtyna idzie w górę okazuje się, że centralnym punktem sceny jest wyniosła konstrukcja, obudowana niczym Światowid czterema pisuarami. Na dodatek cała scena i proscenium wyłożone są banknotami. „Bobokoiny” z wizerunkami zabawnego potworka (brawa dla jego Twórcy, Lucjana Bonawentury Szczęsnego) i różnymi nominałami są na podłodze, na schodkach. Kim jest Bobo? To demon. Mała, brzydka istota ze słowiańskich wierzeń, która służyła do straszenia i dyscyplinowania dzieci. Wzmianka o niej pojawia się w literaturze dokładnie w tym samym momencie, w którym Szekspir napisał „Hamleta”. Początek XVII wieku „Peregrynacja dziadowska”. Bobokoiny. Waluta demona i gra słowna z bitcoinami. Świetne. Symboliczne. Do odnalezienia i rozszyfrowania samemu. Jak wiele drobiazgów, błysków humoru i aluzji, które Reżyser w spektaklu pochował. Bo jest tam sporo odstępstw od szekspirowskiego oryginału. Białaszek uznaje, moim zdaniem słusznie, że pewne fragmenty należy przeredagować. Zdynamizować i dostroić do percepcji widza z roku 2026. Urzekł mnie ten o teatrach. O tym, że w Dramatycznym, Studiu i TR jest to samo. I to pytanie, co to takiego TR. Towarzystwo Rozrywkowe. Po bandzie, ale kupuję! Celne i adekwatne!!! A aluzję do niewyczerpanego żartu też uchwyciłem! 


Hamletowska intryga trwa w najlepsze Horacjo (Michał Czachor w świetnej formie. Ten Horacjo to perła w koronie) Prowadzi duńskiego księcia do wartowni, pojawia się tam duch króla i przekazuje wieść o swoim otruciu. Jednocześnie widzimy, że cała historia z monarszym widmem to opłacona bobokoinami intryga perfidnego Horacja. Hamlet rusza w swój szalony taniec z zemstą. Świetnie moim zdaniem w tej roli wypadł Antek Sztaba. Wymyka się prostej analizie postaci. Wymyka swojej roli. Duński książę mówi szekspirowskim tekstem, ale potrafi wyjść z konwencji i przemówić językiem wieku dwudziestego pierwszego. Tak. Ten monolog. Słynne „Być, albo nie być”. Dylemat Hamleta. Czy dzisiaj zabrzmiałby adekwatnie do rozterek cywilizacji u progu samozagłady? Wojny, w której nie będzie zwycięzców i pokonanych? Zarazem wojny, do której świat, sterowany dłońmi wąskiej kasty uprzywilejowanych szaleńców, zmierza idąc jak owcze stado za baranem-przywódcą. Białaszek redefiniuje także i ten monolog. Jego Hamlet nagle przestaje być szalonym, charyzmatycznym księciem. Przycupnąwszy na proscenium pyta widzów: Czy gdyby ktoś zabił nam ojca, matkę, kogoś kogo kochamy - ruszylibyśmy z zemstą bez namysłu? A może schowawszy jej pokusę żylibyśmy ze zgiętym karkiem, w oblepionej błotem strachu pokorze? Jest i trzecia droga, sugeruje Hamlet. Samounicestwienie wobec potworności świata. Bezradność prowadząca do konstatacji, że życie na jego warunkach jest pozbawione sensu. Co byśmy wybrali? - pyta. Zostawia widzów z tym pytaniem. Zostawia w chwili kiedy dla rozwinięcia swoich dywagacji uzupełnia je wizją. Oto Trump, Putin, Netanjahu. Jakikolwiek przywódca zabija naszego najbliższego. Możemy się zemścić, ale musimy mieć świadomość, że zemsta poza eliminacją winowajcy, zakończy życie sporej grupy ludzi niewinnych. Co robimy? Którą pójdziemy drogą. Chwila ciszy. I skulona postać wstaje. Znów jest Hamletem w szekspirowskiej wersji. To jedna z najlepszych scen tego widowiska. Nie zapominając o jej dalszym ciągu, kiedy Hamlet przystępuje do monologu sprzed kilkuset lat. Ale „być albo nie być” jest w tej inscenizacji sprowadzone do parteru. Odarte z brązu. Pokazane jako slogan już zdewaluowany. Hamlet wygłasza swoje słowa z wanny. Mówi głosikiem przedszkolaka. Zanurza się w kąpieli wraz ze słuchającą go Ofelią, która w pewnym momencie przerywa mu w pół zdania. „Zamknij się!” ucina hamletowskie rozważania. Białaszek mam wrażenie stara się symbolicznie zakończyć taniec wokół „być albo nie być” w wersji przełomu szesnastego i siedemnastego stulecia. Mamy nieskończenie większe możliwości siania śmierci, strachu i okrucieństwa. Plon, który te ziarna mogą niebawem wydać, przerośnie wyobrażenia największych proroków-katastrofistów. Będzie czymś tak niepojętym w swojej destrukcyjnej sile, że „być albo nie być” ustąpi konstatacji „nie być, bo nic już nie ma”. 


Znowu poruszamy się po zakamarkach Elsynoru. Scenografia Aleksandry Wasilkowskiej oszałamia. Ten pisuar-Światowid, bobokoiny, przemyślane obroty ruchomej sceny. Zastawki z półprzezroczystej pleksi, lejąca się precyzyjnie woda - to jest coś tak nowoczesnego, wciągającego i zarazem świetnie wkomponowanego w pomysł reżysera, że ani przez moment nie można się w przestrzeni scenicznej pogubić, nudzić. Śledzimy marsz ku katastrofie Hamleta, który zarazem ciągnie za swoją zemstą zagładę całego duńskiego królestwa. Bo Fortynbras junior w dalekim tle już rusza na czele wojsk norweskich. Maszeruje aby zająć skrawek ziemi irańskiej. Tak. Celem Fortynbrasa w tym „Hamlecie” jest Iran. 


Rozpisałem się, zatem składając ukłon wspaniałemu Arkadiuszowi Brykalskiemu, którego Król Klaudiusz to kreacja bez żadnej moim zdaniem wątpliwości, przeskoczmy do aktu drugiego. Jesteśmy już po występie komediantów, czyli zaaranżowanej przez Hamleta aluzyjnej scence otrucia monarchy. Królowa Gertruda wzywa Hamleta do swojej komnaty na poważną rozmowę. Anna Ilczuk. I cóż tu więcej napisać? Po co w ogóle pisać, skoro tę scenę po prostu trzeba zobaczyć. Creme de la creme widowiska. Kapitalny monolog matki, który powoli, początkowo niepostrzeżenie a po chwili gwałtownie, wyrywa nas z szekspirowskiej fikcji. Baśniowego dystansu do świata wykreowanego skrzypiącym piórem na chropawym papierze. To już nie królowa łaja syna królewicza za niestosowne zachowanie na monarszym dworze. Matka, zupełnie nam współczesna matka, wykrzykuje historię swojego życia w twarz synowi. Oku w głowie, a zarazem największemu cierniowi jaki w niej wyrósł. Znów Białaszek zza sceny wychyla się - symbolicznie oczywiście - i mówi: Szekspir? Po cholerę wam Szekspir? Chcecie ludzkiej tragedii? Chcecie bohaterstwa człowieka? Nim nie są piruety dobroczynności. Nie są akty strzeliste supermenów z instagrama. Bohaterstwo to żyć w gównie ze świadomością, monotonnej niezmienności tego gówna. Tu są prawdziwi herosi. Szarzy, zmęczeni życiem ludzie. Bez nadziei, bez perspektywy. Dlaczego tacy są? Bo to jest porządek naszego świata. Nie baśń o duńskim królewiczu, któremu perfidny dworzanin-zdrajca zawrócił w głowie. 


I nagle wolta. Od lat na nią czekałem. Czytając „Hamleta” chciałem zobaczyć śmierć Poloniusza (Mateusz Łasowski zagrał go brawurowo, a pośmiertnie Jego Poloniusz zyskał… no nie życie. Ale jeszcze większą jakość!) jako karykaturę. Groteskę. Bywały do tego przymiarki. Jednak tutaj ta scena wywołuje salwy śmiechu. Bo jest wreszcie taka, jaką moim zdaniem być powinna - przerysowaną, komiczną. Poloniusz pada a Gertruda bezceremonialnie nakazuje synowi aby spieprzał nie zapominając o zabraniu ciała. Hamlet wciąga na scenę wózek i zaczyna nieporadnie upychać na nim Poloniusza. Gertruda patrzy z dezaprobatą na poczynania królewicza i rzuca techniczne uwagi z królewskim wdziękiem. Anna Ilczuk w roli Gertrudy - jeśli spektakl pojedzie w przyszłości na konkursy i festiwale - jest murowaną kandydatką do niejednej nagrody aktorskiej. 


Finał tego „Hamleta” jest godnym ukoronowaniem całości. Wspaniałej pracy Aktorów i genialnego konceptu, poprowadzenia Zespołu, odczytania szekspirowskiego tekstu - przez Reżysera. Pojedynek Hamleta z Laertesem (Adam Szustak) to złożony, dynamiczny układ taneczny. Ostre rytmy, wielość postaci i w tle projekcje. Zwróćcie Państwo na nie baczną uwagę. W spektaklu Kamila Białaszka nic nie dzieje się, nic nie jest pozbawione przyczyny. A choreografia widowiska jest dziełem Bartosza Dopytalskiego. Świetna. Mocna, dopracowana, charakterystyczna. Wyrazista. Ale moim zdaniem ten „Hamlet” nie ma słabych stron. 


Oczywiście przy jednym założeniu. Musimy zdać sobie sprawę, że to jest wspaniała, artystyczna wizja szekspirowskiego dramatu. Jego specyficzne, mądre ale subiektywne odczytanie. Jestem wielkim admiratorem takiego spojrzenia na oryginalny tekst. Nie został uszkodzony. Rozsupłany i pozbawiony ważnych wątków. Przeciwnie. Wszystkie tu są. I jest wartość dodatkowa. Seria stawianych widzom pytań. Czy w naszym świecie hamletyzm jako postawa jest anachronizmem? Czy dążenie do nieuchronnej kary, opartej o zasadę oko za oko, współcześnie nie zaprowadzi cywilizacji do przepaści? Czy dostrzegamy błędne koło egzystencji, w której uwierzyliśmy że większość ma rację i co za tym idzie prawo ustanawiania  władców? To nie władcy są od tego, aby chronić lud. To lud jest po to by chronić władców - brzmi w pewnej chwili mocno ze sceny Powszechnego. 


Czuję niedosyt. Nie wspomniałem o tylu kapitalnych elementach tej hamletowskiej układanki. Tylu Artystach, którzy to widowisko uczynili wyjątkowym. O Wojanie Trockim i Olivierze Woodcocku, czyli świetnie rozwiniętych wobec zapisu oryginału Grabarzach. O Mamadou Góo Bâ - znakomitym w roli Aktora. Nie pisałem o Ofelii - gibkiej, szalonej i tragicznej bo znakomicie zbudowanej przez Natalię Szczypkę a zarazem jej Ducha, którego ożywia Ewa Skibińska. A gdzie słowa uznania dla Grzegorza Falkowskiego i Andrzeja Kłaka, czyli świetnych Guildensterna i Rosencrantza, których szalony Białaszek uśmierca rękami swojego Hamleta, kupiwszy im w internecie somalijskie paszporty będące powodem ich rozstrzelania przez angielskich strażników granicznych. Na dodatek epilog Andrzeja Kłaka, w którym widzimy ludzkość postapokaliptycznych czasów, gdy cofnięci do epoki walki o ogień, piekąc upolowanego jelenia odkrywają w jego brzuchu iphone 44. Niezniszczalny aparat, którego nie umieją obsługiwać. Na dodatek cud techniki sprzed końca wszystkiego zatrzymał się na audiobooku Williama Szekspira. I już bezapelacyjnie zdewaluowanym „Być, albo nie być”.  


Idąc dalej. Czy nie obrazi się, a powinien, Sławek Blaszewski, gdy tylko wspomnę genialne kostiumy, których jest autorem - zamiast poświęcić im wielki akapit? Podobnie jak Twórcy muzyki czyli Bartłomiejowi Garguli oraz projektantom multimediów - Michałowi Mitorajowi i Hubertowi Kozarzewskiemu. Powinienem. Ale wtedy zamiast zwartej recenzji-relacji wyszłaby niewielka broszurka książkowa. Bo o tym „Hamlecie” chce się i można pisać długo. 


Ożywczy, kreatywny, budzący radość intelektualisty. Nadzieję, że teatr nie zatrzyma się w rozwoju. Czerpiąc z fundamentalnych, klasycznych dzieł, pokaże swoje nowe oblicze. Głos kolejnych pokoleń ludzi czujących, czytających i myślących krytycznie. Niech ich będzie mało. Niech nie idą w takt większości, której wyobraźnia zmieści się w łupinie włoskiego orzecha. Tylko niech głośno mówią swoje zdanie. Tak jak to dzieje się w Powszechnym. W „Hamlecie” wyreżyserowanym przez Kamila Białaszka. Moim zdaniem, a widziałem kilka spektakli tego twórcy, to Jego najlepsze dzieło. 


obsada

Grzegorz Artman-  Duch Ojca

Mamadou Góo Bâ - Aktor

Arkadiusz Brykalski - Król Klaudiusz

Michał Czachor - Horacjo

Grzegorz Falkowski - Guildenstern

Anna Ilczuk - Królowa Gertruda

Andrzej Kłak - Rosencrantz

Mateusz Łasowski - Poloniusz

Ewa Skibińska - Ofelia - Duch

Natalia Szczypka – Ofelia

Antek Sztaba – Hamlet

Adam Szustak – Laertes

Wojan Trocki - Grabarz

Olivier Woodcock – Grabarz


twórcy

reżyseria – Kamil Białaszek

scenografia – Aleksandra Wasilkowska

kostiumy – Sławek Blaszewski

multimedia – Michał Mitoraj, Hubert Kozarzewski

muzyka – Bartłomiej Gargula (Barto Katt)

choreografia – Bartosz Dopytalski

reżyseria światła – Jędrzej Jęcikowski

asystentka reżysera, inspicjentka - Julia Różańska

kierowniczki produkcji - Małgorzata Błasińska, Olga Stefańska 

grafika Bobokoin – Lucjan Bonawentura Szczęsny





Komentarze

Popularne posty