Dwoje na huśtawce

Szedłem na ten koncert z wiedzą podstawową. O tym, że Katarzyna Dąbrowska śpiewa wprost wspaniale. Wyszedłem z ugruntowanymi cnotami w tym zakresie. Tak. Jej popisy wokalne to prawdziwa przyjemność dla słuchacza. A jednak im dłużej siedziałem na widowni gościnnego Teatru Rampa, w którym odbywał się koncert „Zakochani” Katarzyny Dąbrowskiej i Marcina Januszkiewicza w aranżacjach Jacka Kity, tym większy czułem dysonans. Opowiem, ale zastrzegam: To moje, subiektywne odczucia. I moje pióro je opisuje. Ostre momentami. Ale uważam, że teatr jest albo dobry, albo zły. Czarny, lub biały. Sztuka nie zna szarości. 


Zaczęło się bardzo dobrze, czyli można chyba napisać, „mitem założycielskim” tego wokalnego duetu. Zaśpiewali „Zakochanych” Władysława Szpilmana do słów Bronisława Broka. To ich pierwszy wspólny utwór. Wykonywali go razem w 2011 roku w widowisku „Szpilmania tych lat nie odda nikt” w reżyserii Andrzeja Strzeleckiego. Znakomitemu, nieżyjącemu już, reżyserowi i wieloletniemu dyrektorowi Rampy zadedykowali „Złe zachowanie” - kolejny utwór, także śpiewany w duecie. I potem pojawiły się moim zdaniem schody. Czyli drogi pani Katarzyny i pana Marcina zaczęły się od siebie oddalać. 


Katarzyna Dąbrowska jako trzecią wykonała solowo „Odchodząc”, wspaniałą balladę Grzegorza Ciechowskiego z repertuaru Republiki. Poprzeczka poszybowała do poziomu finału mistrzostw świata w wywoływaniu dreszczy. Proszę pamiętać, że za mikrofonem stanęła aktorka dramatyczna, obdarzona świetnym, chropawym głosem o ogromnych możliwościach. Jej wykonanie i tak emocjonalnej, pełnej tęsknoty, smutku, dramatycznej ballady - otwierało paszcze w zachwycie. I zacząłem z przyjemnością marzyć o wysublimowanym, pełnym sentymentu, wrażliwości, delikatnym koncercie na dwa wyjątkowe głosy. Dialogu zakochanych wokół subtelnych aranżacji znanych i nieznanych piosenek o miłości. Utwierdziła mnie w tym odpowiedź Marcina Januszkiewicza, który równie pięknie przedstawił „Piosenkę księżycową” z repertuaru Varius Manx.


I niestety, nastrój prysł. Gwałtownie, brutalnie. Jakby ktoś od niechcenia zaciągnął hamulec bezpieczeństwa w zupełnie sprawnie sunącym po szynach pociągu. Januszkiewicz podszedł do „Niewiele ci mogę dać” Perfectu. Grzegorz Markowski zaśpiewał to w latach osiemdziesiątych tak, że kto wtedy czuwał przy Liście Przebojów Programu Trzeciego aby na kaseciaka nagrać porcję przebojów, a potem warował pod Heliconem na Freta czekając czy pojawi się w sprzedaży charakterystyczna biała płyta z zielonym logo Perfectu - do dziś na samo wspomnienie zapewne uśmiecha się czując ciarki w lekko zwapniałym kośćcu. A tu? San Remo? Biesiada Mazurska przy ognisku? Opole w koncertach dziwadeł? Przepraszam, że dałem się ponieść skojarzeniom. Ale to był zgrzyt. Pierwszy w „Zakochanych” zgrzyt ostrzegawczy. Niby jeszcze sytuację ratowało nieźle w moim przekonaniu zaaranżowane i zaśpiewane „Tylko mnie poproś do tańca”, napisane dla Anny Jantar przez Bogdana Olewicza, ale… 


Niestety zaczęły się dialogi. Nie wiem, kto tym ciekawie śpiewającym Aktorom wcisnął te skecze? Rozmówki konferansjerskie? Można już było tylko liczyć, że nie zejdziemy poniżej poziomu weselnego wodzireja. Rozumiem, że poczucie humoru to kwestia osobista. Ale na miłość boską. Naprawdę kulturalny człowiek w trakcie koncertu ballad o miłości musi dowiadywać się ile mililitrów wody i miligramów białka wymieniają ludzie w czasie pocałunku francuskiego??? Albo ten żart - gwóźdź do trumny: O Tinderze kilkadziesiąt lat przed jego wymyśleniem już pisała Agnieszka Osiecka. Przecież to jej słowa - „moje prawo to jest pańskie lewo”.  Zawstydziłem się. Prawdę powiedziawszy nie spodziewałem się czegoś takiego po dwojgu artystów, miałem wrażenie czujących emocje, wrażliwych i subtelnych. Kto się roześmiał - temu pozwólcie Państwo - przypomnę fragment tekstu wstrząsającej, intymnej, bardzo osobistej ballady-wyznania napisanej przez Osiecką:


 A ja jestem, proszę pana na zakręcie

Moje prawo, to jest pańskie lewo

Pan widzi: Krzesło, ławkę, stół

A ja, rozdarte drzewo

Bo ja jestem, proszę pana na zakręcie

Ode mnie widać, 

niebo przekrzywione

Pan dzieli każdą zimę, 

każdy świt na pół

Pan kocha swoją żonę

Pora wracać, bo papieros zgaśnie

Niedługo, proszę pana będzie rano

Żona czeka, 

pewnie wcale dziś nie zaśnie

A robotnicy wstaną


Jeśli komuś ten tekst wydaje się śmiesznym, z przerażeniem myślę jaki żart opowie na pogrzebie. 


Zrobiło się w Rampie niezręcznie. „Zakochani” stracili impet. Huśtali się między delikatnością ballad o pięknym uczuciu, a przaśnością biesiadnych przyśpiewek. Dialogi nie pomagały. Miotaliśmy się od ściany do ściany. Na dodatek w rejonie kapitalnie zaśpiewanej przez Dąbrowską ballady „Jesteś lekiem na całe zło” Krystyny Prońko, jakieś złe duchy wstawiły disco polowy szlagier „Jesteś szalona” niezapomnianych tytanów kiczu, czyli grupy Boys. Tak. w znacząco zmienionej aranżacji. Ale potworek pozostaje potworkiem. Niezależnie od kilogramów nałożonej na niego szpachli. Szukałem pozytywów. W „Szalonej” był jeden. Gdyby nie równa, ciekawie pomyślana gra Karola Domańskiego na perkusji, byłoby po nastroju. A tak - dzięki panu Karolowi można było to przetrwać udając że gra tylko On. 


I zaczęliśmy zmierzać do końca. Katarzyna Dąbrowska stanęła przed mikrofonem. Zaczęła grać muzyka. Znana. Rozpoznawalna. Podnieśliśmy głowy. Nadciągał wielki finał. Czekałem na taki utwór. Coś, co pozwoli tej klasy Artystce pokazać spektrum. Pełnię możliwości. Nie zawiodłem się. „Och życie, kocham cię nad życie”, czyli wielki przebój Edyty Geppert. Dąbrowska uczyniła z niego przebój niesamowity. Drżała scena, wibrowały mury Rampy. Śpiewała to z lekkością a zarazem wyczuciem. Każdy dźwięk, każda głoska była dopracowana, przemyślana. Zasłuchani myśleliśmy tylko o tym, aby to wykonanie trwało i trwało. A kiedy skończyła - wybuchła zasłużona burza oklasków. Byłem święcie przekonany, że oto nastąpił finał. Rozwiązanie tego nierównego pojedynku liryki z kaszanką. Nic bardziej mylnego! Lekko zakłopotani artyści ukłonili się kilka razy i… powiedzieli, że to jeszcze nie koniec! Nie finał. Zaśpiewali wiązankę piosenek miłosnych, czyli kompilację różnie ze sobą połączonych szlagierów. Była w tym „Miłość ci wszystko wybaczy”. Szkoda, że tylko w kawałku ale trudno. Sam pomysł z tą składanką zupełnie niezły. Jednak po takim wykonaniu „Och życie…” moim zdaniem nie miał już szans na to aby stać się mocnym finałem. Ten wydarzył się o jeden utwór wcześniej. 


Oklaski, okrzyki. Radość. Tak. Uczciwie przyznaję - publiczność Rampy była w dużej mierze rozentuzjazmowana. Nie dziwię się. Dostaliśmy koncert przypominający ciasto. Wielkie, słodkie rodzynki skrywające gdzieniegdzie panoszące się kulki zakalca. Dla mnie było go jednak zbyt dużo. Spodziewałem się większej subtelności. Czegoś bardziej zapadającego w pamięć. Budzącego emocje. Dostałem produkt mainstreamowy. 


Gdzie szukać przyczyn? Co stanowiło mankamenty „Zakochanych”? Moim zdaniem błąd leży w założeniu. Na scenie stanęło dwoje zupełnie różnych Artystów. Mających inne wizje, inaczej śpiewających. Inaczej patrzących na kwestie wrażliwości i uczuć. Kiedyś połączyło ich wykonanie „Zakochanych”. Ale to było piętnaście lat temu. Na jednym wspólnym utworze całego koncertu zbudować się nie da. I nie dało. To dwoje solistów. Dwa odmienne temperamenty, poczucia humoru. Dwa brzegi oddzielone wartkim strumieniem. Nie znalazłem nad nim żadnego mostu. Na dodatek te fatalne wstawki konferansjerskie. Oczywiście - raz jeszcze przypomnę, że poczucie humoru to sprawa osobista. Ale poziom tych dialogów był żenująco płytki. Szkoda. 


Cóż. Pozostaje mi czekać na solowy recital Katarzyny Dąbrowskiej niosąc w myślach nadzieję, że będzie to uczta dla serca i umysłu jednocześnie. 


WYSTĘPUJĄ


Katarzyna Dąbrowska
Marcin Januszkiewicz

Jacek Kita – aranżacje, piano
Tomasz Boruch – gitara
Piotr Domagalski – bas
Jakub Szydło / Karol Domański – perkusja




Komentarze

Popularne posty